ROZDZIAŁ 2
Wyswobodziliśmy się z pasów. Podoficer załadunkowy wstał z siedzenia, a następnie krótko poinstruował nas jak używać egzopaki. Standardowa procedura.
Powietrze było obecne na Pandorze, ale niestety skażone zbyt dużym stężeniem mieszaniny dwutlenku węgla, siarki i ksenonu. Ludzie nie przeżyli by tu kilku minut bez maski.
Obserwowałem jak rampa luku transportowego schodzi powoli w dół, ukazując osławione Piekielne Wrota - jedyną ludzką kolonię na Pandorze. Ruszyliśmy w dół po rampie promu, prosto do bazy tak jak nam kazał. Mówił też żeby się nie rozglądać, a to było już nieco trudniejsze.
Ogrom tego miejsca zapierał dech w piersiach. Kolonię otaczał wysoki mur na bazie pięciokąta. Na każdym wierzchołku znajdowało się zautomatyzowane stanowisko strzeleckie i cokolwiek czyhało za murami tego miejsca, miało marne szanse na przedarcie się do środka.
Jedną trzecią kolonii zajmował ogromny pas startowy. Resztę rozmaite hangary, budynki zaplecza technicznego, laboratoria i moduły mieszkalne. Dalej za lądowiskiem dla helikopterów było widać ogromną rafinerię Unobtanium. ZPZ przybyło tu głównie po surowiec, który obecnie napędzał naszą gospodarkę. Odkrycie w tym miejscu inteligentnych form życia schodziło na dalszy plan.
Odwróciłem się na moment w stronę wahadłowca. Gdy ostatni żołnierze opuścili ładownie zabrano się za wyładunek cennego sprzętu. Jako ostatnie, powoli, z wielką ostrożnością zaczęto wyładowywać zbiorniki amnio. Były szczelnie zakryte. Moja przyszłość tutaj, zależała właśnie od zawartości jednego z nich. Mojego avatara.
Ruszyłem szybko dalej. Na moment zwolniłem trochę kroku przyglądając się lądowisku pionowego startu.
Nagle poczułem lekkie szturchnięcie w ramię.
– Oto powód, dla którego tu jestem – odezwała się do mnie młoda kobieta o czarnych włosach. Wskazała mi na jeden ze śmigłowców startujących właśnie z lądowiska.
- Samson SA – 2, zasięg 1500 kilometrów, prędkość do 270 kilometrów na godzinę. Latam jednym z tych cudeniek. Na imię mam Trudy. Trudy Chacon. - Była bardzo ładna nawet z maską filtrującą na twarzy
- Imponujące, pilocie Trudy. Jestem Alex – obdarowała mnie promiennym uśmiechem, po czym ruszyliśmy razem w kierunku bazy.
- A ty marine? Czego tu szukasz tak daleko od domu? Też jesteś pilotem?
- Można tak powiedzieć.
30 minut później prawie setka nowo przybyłych zajmowała miejsca w kantynie służącej aktualnie jako sala odpraw. Moja nowa przyjaciółka siedziała obok mnie. Trochę dalej zajęli miejsca - Sean Fike i niejaki Winefleet.
Gwar rozmów ucichł gdy do pomieszczenia wkroczył mężczyzna, wyglądający na wojskowego starej daty.
- To pułkownik Miles Quaritch – powiedział cicho Fike do Winefleet'a – cholerna legenda.
Mimowolnie człowiek zaczynał wpatrywać się w blizny idące przez całą prawą stronę głowy pułkownika.
- Jako szef ochrony witam was na tym skrawku cywilizacji jakim jest kolonia ESC 01. Nie bez powodu mówią na to Piekielne Wrota. Jesteście bardzo daleko od domu panie i panowie. Jesteście na Pandorze i lepiej żebyście o tym pamiętali. Szanujcie ten fakt. – Tu pułkownik Quaritch zrobił pauzę dla lepszego efektu, widocznie lubował się w odprawach - Jak zapewne wiecie, pewne problemy sprawia nam rasa tubylców zwana Na'vi. Dzikusy z klanu Omaticaya ostatnio zdają się trzymać głowę nisko, ale to nie jedyna banda dzikusów w okolicy. Są jeszcze Tipani, którzy wierzcie lub nie, wkroczyli na ścieżkę wojenną. Mamy kod żółty. Widocznie jedna lekcja to dla nich za mało... Po posiłku zajmiecie swoje pokoje w modułach mieszkalnych, a następnie zgłosicie się do swoich przełożonych, macie jedną godzinę. To wszystko, możecie się rozejść.
Chwilę później, już na korytarzu zatrzymał mnie jeden z członków personelu.
- Alex Pinbaker?
- Tak, to ja.
- Nowy administrator chce się z panem widzieć.
Nie mogłem kazać czekać mojemu nowemu chlebodawcy.
