ROZDZIAŁ 3

Zaprowadzono mnie do centrum operacyjnego Piekielnych Wrót. W samym jego sercu znajdował się pokój kontrolny pełen monitorów. Pomieszczenie na pierwszy rzut oka przypominało wierzę kontroli lotów. Stąd właśnie, pracownicy nadzorowali wszelkie operacje wydobywcze, rafineryjne, transportowe i militarne na terenie kolonii i poza nią. Przez pancerne szyby pomieszczenia roztaczała się spektakularna panorama na industrialne miasto.

Dopiero stąd, dostrzegłem jak kolonia wyróżniała się na tle Pandorańskiej dżungli. W oddali kopalnia odkrywkowa wyglądała jak wielka wyrwa, na tle całej tej nieziemskiej zieleni.

Aktualnie w pomieszczeniu panowało lekkie zamieszanie, związane zapewne ze zmianą administracji.

Pracownicy nieustannie informowali się o postępach prac. Wciąż ktoś pytał o raporty.

Zatrzymałem pracownice ze stertą dokumentów przechodzącą akurat obok mnie.

- Przepraszam. Pani szef chciał się ze mną widzieć...

Nie odpowiedziała mi, tylko wskazała palcem na drugi koniec pomieszczenia na młodego mężczyznę w koszuli i krawacie, stojącego obok stołu holograficznego i konsultującego coś z jednym z techników.

Podszedłem bliżej.

- Dlaczego to nie działa do cholery? Do jutra chcę pełną aktualizację. Słowo daje, niezły tu macie burdel.

Teraz sobie przypomniałem. To był ten nieustannie wymiotujący ważniak z Venture Star 2. O ile godzinę temu wydawał się półprzytomny, to teraz widocznie czuł się jak ryba w wodzie.

Minęła chwila za nim w końcu mnie zauważył.

- Alex Pinbaker?

- Tak, Sir.

- Parker Selfridge. Miło mi. Chodź za mną władco marionetek - odsunął się od blatu i szybkim krokiem ruszył w kierunku odosobnionego biura. Poszedłem za nim.

Pomieszczenie było pełne nierozpakowanych pudeł. Nie licząc torby z kijami golfowymi w rogu pomieszczenia i magnetycznej podstawki, z kawałkiem czystego Unobtanium na biurku.

Selfridge usiadł ciężko za biurkiem, za jego plecami na ścianie wisiało wielkie logo ZPZ. Westchnął i wyjął żółtą teczkę z najbliższego pudła.

- Cholera, naprawdę imponująca kartotekę tu macie żołnierzu. Dostaliście medal. Imponujące.

- To stare dzieje, sir.

- Wiesz może co było pierwotnym założeniem programu Avatar? - odezwał się po chwili nie odrywając wzroku od dokumentów.

- Nie, sir.

- Siła robocza do kopalni. Zero ochrony środowiskowej, mogliby spożywać pokarmy prosto z Pandory. Ale wiecie co? - podniósł wzrok znad teczki - Koszty stworzenia mentalnych łączy dla takiej liczby robotników były by zbyt wysokie.

- Domyślam się, sir.

- Konsorcjum nie chciało jednak zarzucać projektu, avatary przecież mogły by stać się naszymi ambasadorami wśród tej bandy dzikusów prawda? Przecież wyglądają jak oni. Ale kto mógł wiedzieć, że leśne ludki będą ich traktować jak odszczepieńców? Nikt. – Selfridge odchylił się na krześle - Aktualnie, niebotycznie drogi program Avatar znajduje zastosowanie w postaci małej, uroczej, leśnej, szkółki w środku lasu, gdzie Doktor Grace Augustine i jej zespół, badają paprotki i uczą małe szkraby Na'vi angielskiego - zaczął się śmiać - rozumiesz do czego zmierzam? Program Avatar to żart. Czas na zmiany.

- Zamieniam się w słuch, panie Selfridge.

- Naszym obecnym celem jest pełna militaryzacja programu Avatar. Wykorzystywanie kukiełek tylko i wyłącznie do celów operacyjnych. Oznaczanie złóż, zwiad, i kwestie ochrony. Ale to omówisz już z...

- Panie Selfridge? – jeden z operatorów kombajnów odwrócił się od monitora wyraźnie zaniepokojony.

- ...pułkownikiem Quaritchem. Przydzielę cię do zespołu Grace Augustine. Masz poznać dobrze to miejsce. Przy okazji chcę żebyś miał oko na nią i jej...

- Panie Selfridge?!

- ... zespół. – odchylił się na krześle i spojrzał za moje plecy w kierunku pracownika - Co znowu, do jasnej cholery? Staram się...

W tym momencie odczułem silny wstrząs. Reszta załogi zresztą też. Parker Selfridge wstał z krzesła, nie spuszczając wzroku z punktu za moimi plecami. Odwróciłem się w kierunku w którym właśnie patrzył. Panowało poruszenie.

Wszyscy pracownicy centrum operacyjnego opuścili swoje stanowiska pracy i stali teraz jak wryci przy oknie wychodzącym na kopalnie Unobtanium. Jeszcze teraz, grzyb eksplozji był bardzo widoczny. W całym kompleksie zaczęły wyć syreny alarmowe.

Selfridge zaczął przeciskać się między ludźmi, podchodząc do samej szyby.

Odezwał się po chwili, wskazując palcem w kierunku eksplozji cedząc przez zęby każde słowo.

- Jak. To. Się. Stało.

- Naprawdę nie wiem proszę pana. Straciłem obraz z kamery a potem ładunki same odpaliły.

Z głośników dobiegł nagle głos pułkownika Quaritcha.

- Mamy kod czerwony, panie i panowie. To nie są ćwiczenia. Powtarzam, to nie są ćwiczenia. Pełna mobilizacja, wszystkie jednostki ochrony za 5 min na lądowisku pionowego startu. Prawdopodobnie mamy do czynienia z atakiem tubylców.

- Nie wierzę, pierwszego dnia zdarza mi się takie gówno. Pinbaker? Pinbaker! – ledwo słyszałem głos Selfridge'a ponieważ, już dawno biegłem korytarzem. Byłem członkiem ochrony. Wypadało spełnić swój obowiązek jako żołnierza.

Poza tym, chciałem bliżej poznac tych Na'vi.