ROZDZIAŁ 4
Chaos. Nikt się tego nie spodziewał.
Na korytarzach kompleksu panowało zamieszanie, wszystkie oddziały zmierzały do zbrojowni.
Dołączyłem do jednego z nich.
Założyliśmy egzopaki i wybiegliśmy na zewnątrz. Piloci, a wśród nich Trudy Chacon biegli już, przygotować maszyny do startu. Szeregowi Fike i Winefleet pojawili się nagle za moimi plecami.
- To będzie dobre! – krzyknął Winefleet – pierwszy dzień i już akcja. Kocham to miejsce!
- Przypomnę ci twoje słowa po wszystkim Lyle, jak będę wyjmował ci półtorametrową strzałę z tyłka – Fike starał się przekrzyczeć ryk silników.
Wszystkie odziały dotarły do ogromnego budynku zbrojowni. Żołnierze zaczęli zajmować miejsca w kombinezonach PZM stojących rzędami wzdłuż ścian.
Kwatermistrzowie wydali broń. Dostałem lekki karabin szturmowy typu GS.
Biegnąc na lądowisko dopinałem mocowania kamizelki kuloodpornej. Pułkownik Quaritch stał już u luku załadunkowego ogromnej kanonierki –Smoka C-21 – dowodząc załadunkiem żołnierzy i kombinezonów. Krzyk dowódców wydających rozkazy, mieszał się ze świstem śmigieł startujących helikopterów.
Śmigłowce bojowe Skorpion wzniosły się w powietrze. Dostrzegłem Trudy. Miała jeszcze kilka wolnych miejsc w swoim Samsonie. Dołączyli do mnie Fike i Winefleet, lekko spóźnieni prawdopodobnie dla tego że, wybierali dla siebie jak największe pukawki.
- Potrzebuję kogoś przy karabinie stacjonarnym! – krzyknęła Trudy do Winefleeta
- Zwariowałaś?! Nie będę latał z kobietą. - zaprotestował.
- A chcesz tu zostać? Jak nie, to ruszaj dupę na pokład! – Winefleet rozejrzał się z desperacją na boki i widząc pustoszejące lądowisko klnąc, wbiegł do śmigłowca i zajął miejsce przy karabinie. Fike zrobił to samo po drugiej stronie maszyny.
- Ciężki dzień się nam szukuje, prawda pilocie Trudy? – odwróciła się do mnie.
- Nie gadaj tylko wskakuj, marine!
Po chwili wszystkie jednostki były już w powietrzu, skierowaliśmy się w formacji bojowej ze Smokiem na czele w kierunku kopalni.
Nie mogłem się powstrzymać aby nie wyjrzeć ponad głowami innych żołnierzy na roztaczający się przed nami widok. Piekielne Wrota malały w oczach. W dole widziałem sznur pojazdów bojowych mknący w tym samym kierunku co my. Zwróciłem wzrok, nie ku wielkiej wyrwie jaką była kopalnia Unobtanium, ale na lasy w oddali. Lasy po horyzont. Niespotykana paleta barw. Takich miejsc nie ma już na Ziemi.
Z pewnością nie wyglądało to dla mnie jak piekło. Z mojej perspektywy mogłem zaryzykować stwierdzenie że, paradoksalnie, przez Piekielne Wrota trafiłem do raju.
Wszystko zależy jednak, od odpowiedniej perspektywy.
Wylądowaliśmy na miejscu eksplozji. Wielki kombajn do karczowania lasu płonął, leżąc na dnie wielkiego, kopalnianego krateru 100 metrów w dole. Wyglądało na to że ziemia zapadła się pod nim.
Nie nie było to dzieło natury, lecz ładunków wybuchowych.
Wyskoczyliśmy z helikopterów.
- Musze zrobić nawrót po resztę! Powodzenia! – Trudy wzniosła Samsona w powietrze i skierowała śmigłowiec w stronę Piekielnych Wrót.
Skorpiony patrolowały powietrze wokół kopalni.
Nieopodal, wylądowała kanonierka pułkownika, z luku załadunkowego wybiegło 30 żołnierzy a za nimi 10 kombinezonów PZM, uzbrojone w chłodzone gazem GAU-90. Gdy zakończyła wyładunek ponownie wzniosła się w powietrze, zawisając nad terenem.
Cisza była przytłaczająca.
Skierowałem wzrok na automatyczne stanowiska strzelnicze, służące do obrony terenu – nie funkcjonowały. Zajęliśmy pozycje na granicy lasu, uważnie lustrując perymetr. Kropelki potu wystąpiły mi na czoło.
Palec drżał na spuście. W masce, słyszałem już tylko miarowy oddech. Głos jednego z żołnierzy dobiegał do mnie stłumiony.
- Hej! Ktoś użył naszych ładunków! To nie mogły być te dzikusy!
Nie słuchałem. Gigantyczny pas pradawnej zieleni przede mną zdawał się obserwować. Czekał.
- No i? Gdzie oni są? Pokażcie się dzikusy! – usłyszałem głos Winefleeta obok mnie.
To był ułamek sekundy, jednak zdawał się prawie wiecznością. Czas zwolnił swój bieg. Wielka półtorametrowa strzała wyleciała spośród drzew. Przeleciała centymetry obok mojej twarzy, trafiając żołnierza po mojej prawej. Siła uderzenia była tak wielka że, najemnik ze strzałą w piersi przeleciał kilka metrów, zanim padł na ziemie w pośmiertnych torsjach.
- To zasadzka! Strzelać bez rozkazu! – ryknął dowódca.
Na ten rozkaz wszyscy bez wyjątku otworzyli ogień. Odgłosy wystrzału zagłuszyły wszystko. Marines w 4 metrowych kombinezonach PZM ze swoich działek dosłownie masakrowali las przed nami. Skorpiony i kanonierka również otworzyły ogień z powietrza. Smugi pocisków kontra rosnący z każdą chwilą deszcz strzał.
Jednak mimo przeważającej siły ognia, padaliśmy jeden po drugim. Mieli nas jak na tacy.
- Na przód! Do lasu! Nie zatrzymywać się! – dowódca w porę zorientował się w sytuacji.
Nie mogliśmy czekać na wsparcie pojazdów. Pierwsze, między gigantyczne drzewa, wbiegły PZM. Ja i reszta wciąż strzelając, za nimi. Biegłem przeskakując nad zabitymi i rannymi, po chwili las mnie pochłonął, zrobiło się ciemno. Konary dziwnie powykręcanych drzew jak z dziwnego snu, całkowicie przesłoniły niebo.
Strzały świszczały mi koło ucha. Żołnierze padali martwi w mroku pomiędzy drzewami. Surrealistyczny widok jak z sennego koszmaru.
Kolumna PZM mimo to parła naprzód wciąż odpowiadając ogniem. Do czasu.
Nagle, kombinezony w tym samym momencie przewróciły się na ziemię. PZM wierzgając stalowymi nogami próbowały podnieść się ze straconej pozycji. W najlepszym wypadku kończyły na plecach. To był nasz koniec.
Potknąłem się o coś – zwykła rozciągnięta na ziemi lina zamaskowana wśród podłoża – prosta przyczyna naszej zguby. Cały teren był nimi pokryty.
Żołnierze w popłochu wyskakiwali z maszyn salwując się ucieczką - tylko po to, żeby paść na ziemię z grotem zatrutej strzały w plecach.
Wtedy ich ujrzałem – wielkie, mroczne sylwetki, niczym duchy na tle drzew, byli wszędzie. Przybyli wraz z mgłą.
- Odwrót! Odwrót! – odległy głos jednego z dowódców, był teraz jedyną rzeczą która łączyła mnie jeszcze z realnym światem.
Zostałem sam, zbyt daleko z przodu a Na'vi byli zbyt blisko. Ucieczka nie była żadnym rozwiązaniem. Podbiegłem do jednego z pustych kombinezonów. Wskoczyłem do środka. Zatrzasnąłem wejście kabiny. Zapaliły się kontrolki. Gdy ciśnienie w kabinie wyrównało się, zdjąłem egzopak. Na'vi byli coraz bliżej, widziałem ich cienie wszędzie dookoła.
- Potrafisz to zrobić w 20 sekund! Weź się w garść Alex! – krzyczałem sam do siebie próbując wstać do pionu.
- No dalej do cholery! Dalej!
Jedną z nóg złapałem grunt. Udało się. Potężnym metalowym ramieniem podniosłem dwuręczny GAU – 90. To było jedyne co zdążyłem zrobić. Sekundę później wpadła na mnie wielka trzy metrowa niebieska sylwetka. Przebiegła po szybie kabiny i błyskawicznym ruchem wylądowała za moimi plecami. Odwróciłem się, zdążyłem wystrzelić kilka pocisków lecz żaden nie trafił w cel gdyż, wojownik zrobił unik. Na'vi był zbyt szybki. Podskoczyłem nad rozciągniętą na ziemi liną.
Na moment spojrzałem w górę – inni Na'vi przyglądali się nam w oczekiwaniu.
Obserwowali starcie.
Gorączkowo starałem się znaleźć wzrokiem mojego przeciwnika. Znowu był za mną. W lusterku wstecznym ujrzałem jak wojownik napina cięciwę łuku gotów do strzału. Gdy odwróciłem się ponownie w jego stronę, nie zdążyłem wystrzelić, gdy strzała leciała już ku mnie.
Trafiła w newralgiczny punkt kombinezonu - mały skrawek odsłoniętego przewodu hydraulicznego pod prawym ramieniem. Jak gdyby wiedział o nim od samego początku. Z miejsca trafienia zaczął tryskać obficie, płyn hydrauliczny.
Zapłonęła czerwona kontrolka. Straciłem całkowicie kontrolę nad prawym ramieniem. Upuściłem działko na ziemię, wraz z taśmą amunicji.
Stał teraz naprzeciwko mnie. Nasze oczy spotkały się. Czekał.
Lewym ramieniem sięgnąłem do miejsca trafienia, wyjąłem strzałę i rzuciłem mu ją pod nogi. Ostateczne wyzwanie.
Następnie sięgnąłem po broń alternatywną – wielki stalowy nóż służący do torowania drogi przez dżunglę. Podniosłem wzrok, niebieskie sylwetki cały czas przyglądały się w ciszy naszemu morderczemu starciu. Zaczęliśmy się okrążać.
Sam nie wiedząc czemu, przełączyłem się na głośnik.
- Myślisz że, ci się uda?! Dalej, spróbuj mnie zabić! Przecież tego chcesz! Dawaj!
Ruszyliśmy na siebie. Ciąłem na oślep w poprzek. Mój przeciwnik odchylił się, chwycił oburącz za stalowe ramię i raz jeszcze wskoczył za mnie. W lusterku zdążyłem zobaczyć jak przeturlał się po ziemi i ku mojemu przerażeniu chwycił za leżący na ziemi GAU - wiedział jak go używać.
Wiedziałem że, to już koniec. Pierwsza kula trafiła w główny motywator na plecach. Zdążyłem się obrócić w stronę przeciwnika. Kombinezon padł jednak na kolana. Całkowicie straciłem zasilanie.
Drugi pocisk trafił w pancerną szybę, która zaczęła pękać.
Trzeci, ostatni pocisk utkwił w fotelu obok mojej głowy rozbijając szybę kabiny całkowicie. Kawałki szkła poraniły mi twarz.
Gorączkowo zacząłem rozpinać pasy. Wojownik ruszył ku mnie. Nie zdążyłem założyć swojego egzopaka. Wielkie niebieska dłoń chwyciła mnie za kamizelkę i wyrzuciła z kabiny z ogromną siłą.
Uderzyłem o pień drzewa, osuwając się na ziemię. Przed oczami mi pociemniało – trująca atmosfera księżyca upomniała się po mnie – zacząłem tracić przytomność. Wokół mnie, widziałem już tylko wielkie, rozmazane niebieskie sylwetki.
Więc taki będzie, obiecany mi przez Konsorcjum, nowy start.
Zanim całkowicie straciłem przytomność, leżąc na ziemi, dostrzegłem że, wojownik z którym chwilę temu walczyłem w morderczym starciu, podszedł do kabiny PZM.
Zdawało mi się że, słyszę głos mojej matki.
Zapadła ciemność.
