ROZDZIAŁ 5
Światło. Białe, bardzo jasne światło.
Cholera a jednak...
- Jestem martwy?
- Nie. Ale zaraz będziesz tego żałował. Może lekko zakłuć.
Poczułem silne ukłucie w prawe przedramię. Ból był nie do opisania.
- Spokojnie, to tylko lek.
- Arghhh...
- Miałeś szczęście żołnierzu.
Pokój zaczął nabierać ostrości - leżałem w czymś w rodzaju ambulatorium. Kolorowe plamy nade mną zaczęły zlewać się w twarz. Kobiecą twarz.
Kobieta po czterdziestce o dość przyjemnych rysach twarzy, pochylała się nade mną.
- Gdzie jestem?
- W Piekielnych Wrotach.
- Dziękuje - z trudem wydobyłem z siebie głos.
- To nie mi powinieneś dziękować. Podziękuj naszej Trudy, to ona zorientowała się że, nie ma cię wśród ocalałych.
- Co? - powoli zaczęły wracać do mnie wydarzenia ostatnich kilku godzin.
- Czekała najdłużej ze wszystkich, potem wzięła dwóch ludzi i poszła cię szukać.
- Wygląda na to że, wiszę jej kolejkę. Ale... Jak to możliwe?
- Co, możliwe?
- Że żyję. Rozmawiam z tobą. Oddycham...
- Miałeś egzopak, kiedy cię znaleźli. Mimo to, zbyt długo byłeś wystawiony na działanie trującej atmosfery...
- Darowali mi życie...
- Jeszcze wiele się musisz nauczyć o Na'vi, Pinbaker...
- Ale dlaczego?
- Nie jesteś w stanie tego zrozumieć, daj już temu spokój. Nazywam się Grace Augustine.
Wtedy sobie przypomniałem. Osławiona, szefowa programu Avatar. Nie sądziłem że, tak będzie przebiegać pierwsze spotkanie...
- Dziękuje doktor Augustine, mieliśmy dzisiaj rozpocząć wspólną pracę, dla Konsorcjum, wygląda na to że, nieźle to spieprzyłem... - próbowałem się uśmiechnąć ale rany na łuku brwiowym i prawej części twarzy dały o sobie znać.
- Wiesz co naukowcy tacy jak ja robią, żeby się tu dostać? Nie zdajesz sobie sprawy, co to oznacza spełnić marzenie. – kobieta momentalnie spochmurniała - Ty jesteś tylko kolejnym, zwyczajnym najemnikiem który chce zarobić. Żadnej pasji w tym co robisz, a wzięli cię z miejsca. Szczęśliwy drań.
Do pokoju, spokojnym krokiem, wszedł Parker Selfridge, a za nim sam pułkownik Quaritch.
- Myślisz Grace że, nasz pacjent czuje się już dużo lepiej?
- Nic mu nie jest, krótki odpoczynek i będzie jak nowy.
- W takim razie lepiej jak nas zostawisz. Sprawy ZPZ, mam nadzieje że, rozumiesz...
- Tak... - Grace wyszła przez rozsuwane automatycznie drzwi - wydawała się wściekła. Nie dziwiłem się jej. Zwykły wojskowy mieszał się w jej marzenie...
- Gdy tylko drzwi zamknęły się za nią, Selfridge odpuścił sobie urzędniczy ton. Był wściekły.
- No i jak kowboju? Jesteś z siebie zadowolony? Masz pojęcie, ile w tym momencie nas kosztujesz?! Słowo daje, zrób mi taki numer jeszcze raz a przysięgam że osobiście cię uduszę - Selfridge nie był najlepszą alternatywą dla miłej, do czasu oczywiście,doktor Augustine.
- Nie słuchaj gryzipiórka, masz jaja synu. Teraz już wiem za co dali ci medal. - powiedział do mnie Quaritch.
Parker spojrzał na pułkownika z ukosa. Po czym mówił dalej.
- Dobra, słuchaj mnie uważnie Pinbaker. Dobrze wiesz co tam się stało. Nasi ludzie potwierdzają że, nasza automatyczna ochrona nie działała, a niebieskie małpy użyły naszych własnych ładunków. - kontynuował Selfridge.
- Nie wiemy czy działali sami. – pułkownik wystąpił naprzód - Wątpię w to. Myślę że, mamy w naszych szeregach parszywego zdrajcę. Kreta. Nie zdziwiłbym się, mieliśmy już tu podobne sytuacje. Pandora źle działa, jajogłowym na mózgi.
- Dowództwo na Ziemi jest zgodne co do jednego - zbyt dużo tajnych informacji wycieka ostatnio z Pandory, dla tego zmieniamy ci rozkazy. Przypiszemy cię do zespołu Augustine, znajdziesz mi to kółko adoracji, dzikusów. – wtrącił administrator.
- To nie była część umowy, sir.
- Przez 3 lata robiłeś to samo dla nas na Ziemi. Szukałeś zdrajców. Nie widzę problemu. Szefostwo na Ziemi też, chyba że, wolisz wrócić do domu na najbliższym statku. Lepiej się wyśpij, bo jutro punkt ósma idziesz zobaczyć swoją kukiełkę.
Wszelka dalsza dyskusja nie miała sensu, miał mnie w garści. Nie miałem najmniejszego zamiaru wracać. Bo niby do czego?
To tylko praca...
Nie spałem dobrze, rzadko dobrze sypiam od momentu odejścia z armii i rozpoczęcia pracy dla ZPZ, ale miała być innego rodzaju robota, miałem z tym skończyć. Nowy start - powtarzali.
Klepali mnie po plecach, mówiąc że, jestem stworzony do rzeczy wielkich. Przeszłość dopadła mnie nawet tu. Pięć lat świetlnych dalej od starej, dobrej Ziemi. Mogłem tak uciekać w nieskończoność...
Następnego dnia wstałem wcześnie. Byłem w pełni zdrów, lekko tylko obolały. Na twarzy miałem dwa opatrunki. Mała cena za bliskie spotkanie trzeciego stopnia.
Selfridge i pułkownik poinstruowali mnie wczoraj dokładnie o wszystkim co miałem robić...
Ubrałem się, a następnie poszedłem do kantyny – umierałem z głodu.
Na śniadaniu spotkałem Trudy Chacon. Podziękowałem jej za wszystko. Zabawne że, przydzielili jej Winefleeta na stałe. Nie sądzę żeby obydwoje byli z tego faktu zadowoleni.
Po posiłku skierowałem kroki do laboratorium, na pierwsze spotkanie z moim niebieskim klonem.
Bio-laboratorium było wielkim pomieszczeniem z mnóstwem przylegających pokoi. Dwa nowe zbiorniki stały tam już dawno rozładowane. Jakiś jajogłowy stał przy nich i czytał pomiary. Trochę dalej, przy drugim ze zbiorników, stała młoda kobieta.
Max Patel - jak się przedstawił był specem od połączeń mentalnych operatora z avatarem. Odnosił się do mnie dosyć chłodno, nie sądzę abym był teraz zbytnio lubiany w środowisku naukowców z Piekielnych Wrót.
- To on, to pański avatar, panie Pinbaker. – wskazał na najbliższy ze zbiorników.
Sam nie wiedziałem czego mam się spodziewać. Na'vi w lesie byli rozmytymi cieniami pośród drzew. Do teraz zastanawiałem się czy większość z tego co wtedy widziałem, nie była zwykłym majaczeniem. Nawet trzy lata szkolenia nie mogły mnie na to przygotować – oto przede mną w wielkim zbiorniku pływała 3 metrowa niebieska sylwetka. Wyglądała jak pogrążona w głębokim śnie - szczęściarz. Gdy odwróciła głowę w moją stronę zauważyłem że, ma kocie uszy i nos, lecz moje rysy twarzy, oraz długie włosy i jeszcze dłuższy warkocz. Dziwne uczucie widzieć siebie z ogonem.
- Za godzinę zainicjujemy pierwsze połączenie. – powiedział chłodno Patel, po czym oddalił się z trudem ukrywając irytację moją osobą.
Przede mną pojawiła się nagle doktor Grace Augustine.
- Robi wrażenie nawet na tobie co? - spojrzała na mojego avatara - Nie mam wyboru, muszę cię przyjąć do zespołu. - tym razem nie dawała poznać po sobie choć, najmniejszej oznaki złości - Jak chcesz nam się przydać żołnierzu?
- Mogę robić wszystko, o co mnie tylko poprosi zespół. Przeszedłem 3 letni kurs na operatora. Pracowałem nie mniej niż reszta.
- Jak twój Na'vijski?
Wiedziałem że, będę sprawdzany pod tym kątem i mimo że, nie byłem wybitny w językach obcych, to przyswoiłem sobie dość sporo.
- Nie sądzę aby sprawiał mi większy kłopot. - naprawdę się postarałem.
Czytając z wyrazu jej twarzy widocznie dostatecznie jej zaimponowałem, z całą pewnością nie spodziewała się że, zawróciłem sobie głowę, nauką języka wroga. Jeśli mogłem coś sobie przyznać to właśnie to że, byłem dokładnym człowiekiem. Wszystko zawsze doprowadzałem do końca.
- Niech będzie, będę tego żałować, za godzinę spróbujemy zainicjować pierwsze połączenie.
- Na nic innego nie liczę, doktor Augustine.
Byłem gotów na jedną z najdziwniejszych rzeczy w moim życiu. Poprawka – na najdziwniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek dane mi było zrobić. Normalny człowiek powiedział by sobie: "Co ja tutaj robię, do jasnej cholery?"
Mi było już wszystko jedno. Nie miałem nic do stracenia.
