ROZDZIAŁ 6
Godzinę później wraz z jednym z nowych operatorów - młodą dziewczyną, znajdowaliśmy się już w pokoju połączeń. Był to wielkie białe, okrągłe pomieszczenie z mnóstwem komputerów.
Dwie Jednostki psioniczne były otwarte i wysunięte z wnęk w ścianie laboratorium. Spojrzałem na dziewczynę - na pierwszy rzut oka jajogłowa. Na drugi zresztą też. Prostokątne okulary i włosy spięte w ciasny kok dopełniały obrazu dziewczyny, która podpierała ścianę na każdej imprezie.
Zdobycie zaufania było jednak kluczowe w mojej pracy.
- Cześć , nazywam się Alex Pinbaker, będziemy pracować razem.
Zdołała oderwać wzrok od swojej jednostki i skupić na mnie uwagę. W przeciwieństwie do niej mi, udawało się w jakimś stopniu ukrywać zdenerwowanie.
- Przepraszam, nazywam się Jane. Jane Stamphson. - była tak podekscytowana że, ledwo mnie zauważyła.
- Miło mi cię poznać Jane.
Nie dane było nam kontynuować drętwej gadki - poszedł do nas Max Patel.
- Jesteście gotowi?
- Tak - odpowiedzieliśmy równocześnie, Jane prawie bezgłośnie.
Laboratorium, jak wytłumaczył Patel, było bezpośrednio połączone z pomieszczeniem gdzie już niedługo mieliśmy "obudzić" się w ciałach swoich avatarów. Patel będzie nadzorował połączenia. Technicy poprowadzili mnie i Jane do naszych jednostek psionicznych.
Jak dla mnie wyglądały trochę zbyt bardzo jak trumny.
Położyłem się wygodnie.
Technik poświecił mi lampką w oczy, kazał zrelaksować się i oczyścić umysł.
Wieko zatrzasnęło się nade mną.
Poczułem ruch, jednostka wsunęła się do wnęki. Maksymalnie rozluźniłem mięśnie i zamknąłem oczy.
Po chwili przed oczami zaczęły formować się dziwne światła, które momentalne połączyły się w coś w rodzaju pulsującego tunelu. Przez moment miałem dziwne wrażenie szybkiego ruchu.
Otworzyłem oczy, zalała mnie fala białego światła.
- Pinbaker? - głos Patel'a dobiegał z głośnika.
- Eee... Obecny - leżałem na plecach. Obraz zaczął się wyostrzać. Lekarz w egzopaku pochylił się nade mną.
- Spokojnie wielkoludzie - powiedział.
- Hej doktorku, coś uwiera mnie w tyłek. To normalne?
- To twój ogon.
Uniosłem trochę głowę. Skupiłem wzrok na... Nie mogłem się powstrzymać. Musiałem nim poruszyć na próbę, bo bym nie uwierzył. Mój własny ogon.
Następnie podniosłem dłoń do oczu.
Tak, była niebieska. Obróciłem głowę w prawą stronę.
Trzymetrowa, niebieska wersja Jane też już się budziła.
Naprzeciwko, za szybą, Patel wciąż ze wzrokiem w monitorze pochylił się do mikrofonu.
- Dobrze, teraz musimy przeprowadzić parę testów. Na początek motoryka ruchowa...
Kilka testów później, mogłem wstać wreszcie o własnych siłach, na nowiutkich niebieskich nogach. Dopiero teraz patrząc na lekarzy zdałem sobie sprawę z mojego wzrostu - wyglądali przy mnie jak dzieci.
Obróciłem głowę.
Jane, szło nie gorzej niż mi, co więcej - role się teraz odwróciły. Teraz to ona zachowywała spokój, podczas gdy ja dziwiłem się wszystkiemu, jakbym pierwszy raz o tym słyszał.
Trzy lata pobieżnych treningów i studiowania anatomii nie przygotowały mnie na to.
Chwilę potem, poprowadzono mnie do czegoś w rodzaju szatni z wielkim lustrem. Tu mogłem zmienić szpitalną koszulę na normalne ciuchy i oswoić się ze swoim nowym wyglądem.
- Nie jest tak źle - powiedziałem sam do siebie - Czarne włosy z warkoczem, płaski nos, szpiczaste uszy i duże oczy, poza tym stary, dobry Alex. Może już nie taki stary - miałem aparycję około dwudziestoletniego Na'vi. Zadziwiające jak, pomimo oczywistych różnic, byłem do siebie podobny. Te same rysy twarzy...
Zacząłem męczyć się z ubiorem. Już na samym starcie napotkałem problem. Spodnie i ogon to nie zbyt dobra kombinacja.
Jakieś 30 minut później wciąż walczyłem ze spodniami. Drzwi szatni rozsunęły się. Do pomieszczenia wszedł inny avatar.
W lustrze rozpoznałem znajomą twarz.
- Doktor Grace? - jej avatar wydawał się nieco młodszy niż oryginalna Grace, miał też nos o ludzkim kształcie. Ubrana była w koszulkę i szorty.
- Idziesz żołnierzu? Tylko na ciebie tu jeszcze czekamy.
Po wstępnym, lekkim szoku jakim był jej widok, uświadomiłem sobie że stoję przed lustrem w do połowy wciągniętych spodniach.
- Niech ci pomogę... - była lekko zniecierpliwiona.
- Nie trzeba, dam sobie... - To był naprawdę szybki ruch - Auu!
- A teraz chodź.
Wyszliśmy na zewnątrz.
Wziąłem głęboki wdech - powietrze które wcześniej omal mnie nie zabiło wydawało się teraz rześkie. Prawdziwie orzeźwiające.
Rozejrzałem się w około.
W przeciwieństwie do reszty Piekielnych Wrót tu było inaczej. Przede wszystkim zielono. Pandorańska roślinność pokrywała tereny pomiędzy rozmaitymi budynkami ośrodka. Zabawne, że nie zauważałem wcześniej jak piękne było to czyste, błękitne niebo. Rzecz normalna na Pandorze, na Ziemi urosła by do rangi cudu.
Doszliśmy do avatara Jane ubranej podobnie jak Grace - w niebieskiej wersji prezentowała się dosyć ładnie, zupełnie jak inna dziewczyna... - ale gdy zdałem sobie z tego sprawę jak najszybciej odrzuciłem od siebie te myśli - wydawały mi się co najmniej dziwne.
Jane obdarzyła mnie dość chłodnym spojrzeniem po czym odwróciła wzrok ku doktor Grace.
- Kiedy możemy zaczynać doktor Augustine?
- Proszę, mów mi Grace. Znajdujecie się w ośrodku szkoleniowym dla avatarów, jest to etap pośredni pomiędzy warunkami w Piekielnych Wrotach, a warunkami w pandorańskiej dżungli. Macie cały dzień aby oswajać się w nowych warunkach.
- Macie tu koszykówkę, fajnie... - dodałem wskazując na boisko do gry w kosza, a na nim dwóch grających avatarów.
Grace wyraźnie mnie ignorując mówiła dalej.
- Najpierw, przejdziecie trening fizyczny mający imitować warunki w dżungli. Tam – wskazała na kompleks budynków przed nami - znajdują się pokoje rekreacyjne i siłownia. Później przejdziecie szkolenie na temat rozpoznawania i przygotowania pandorańskiej żywności. Macie przed sobą cały dzień ciężkiej pracy, więc do dzieła!
Może nie przyznał bym się Jane albo doktor Augustine ale, w brew temu co sądziłem o tym wszystkim wcześniej, było świetnie.
Prawdę mówiąc, dawno się tak dobrze nie bawiłem.
Trening z przeszkodami był w moim przypadku czystą formalnością ale, za nic nie oddał bym widoku potykającej się nieustannie Jane. Mojej nowa koleżanka ledwo dobiegła do końca, ale dzielnie odmawiała jakiejkolwiek pomocy z mojej strony.
Za to na treningu ze sprzętem laboratoryjnym to ona górowała. Zabawy z nauką nie były moją mocną stroną.
Humor poprawił jej się na tyle że, zamieniła ze mną wtedy kilka słów. W moim odczuciu chciała jednak trochę zrewanżować się za tor przeszkód i nieustannie mnie pouczała. Pozwoliłem jej na to małe zwycięstwo.
Ośrodek dla avatarów wydawał się małą rajską wyspą na całym industrialnym oceanie Piekielnych Wrót. Było tu wszystko czego można było zapragnąć: siłownia, pokój gier, miejsce spotkań, kuchnia, kantyna...
Największy szok tego dnia przeżyłem właśnie w kantynie. Z początku niechętnie podchodziłem do tych osobliwie wyglądających... Owoców? Tak, tak chyba mogłem je nazwać i mimo, że nie miałem porównania do tych dawnych Ziemskich to na Boga - smak był cudowny.
Późnym popołudniem siedzieliśmy już w pokoju spotkań, poznaliśmy resztę personelu ośrodka. Siedzieliśmy pośrodku pomieszczenia, reszta naukowców na fotelach pod ścianami. Zauważyłem, że w ośrodku panowała dosyć przyjazna atmosfera, wszyscy zdawali lubić się tu nawzajem. Wykluczało by to z pewnością odosobnioną grupę wywrotową, kolaborującą z nieprzyjacielem. Jeśli tak, to musieli działać jako całość lub dobrze się ukrywali. Pomyślałem, że rozgryzę to prędzej czy później.
- Pamiętajcie o tym aby prowadzić skrupulatnie swój videolog. To ważna część projektu. – powiedziała do nas doktor Grace.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu, wszystko było dopasowane do naszego wzrostu: krzesła, półki monitory...
Wreszcie to do mnie dotarło. Hormony buzowały w mojej głowie. Myślałem teraz ze dwa razy intensywniej. Chciałem biegać, skakać, nieustannie myślałem o boisku do koszykówki. Mentalnie cofnąłem się chyba do czasów szkoły średniej.
- Pinbaker? Słuchasz mnie w ogóle? – to Grace zwróciła mi uwagę, przysiągłbym, że przez ułamek sekundy na jej twarzy zagościł lekki uśmiech.
Grace kontynuowała.
- Jutro wezmę was ze sobą w teren.
Nastała chwila ciszy, wszyscy czekali na naszą reakcje. Nie zamierzałem wyskakiwać z butów z podniecenia ale z drugiej strony byłem naprawdę ciekawy tego w co tak wierzą ci naukowcy, a co według Selfridge'a i jemu podobnych robi się nieprzydatne.
- Zobaczymy szkołę? – Jane była wyraźnie podekscytowana.
- Nic nie stoi ku temu na przeszkodzie. To wszystko, do końca dnia daje wam wolne. Alex, ty zostań.
Wszyscy wyszli. Zostałem sam na sam z doktor Augustine.
- Postawmy sobie sprawę jasno żołnierzu. Wiem po co przypisali cię do projektu. Wiem że, czekają na moje potknięcie, szczególnie teraz po ataku Tipani. Ale wiedz że, nie pozwolę aby ktoś spieprzył prawie 10 lat mojej ciężkiej pracy. Ta szkoła to jedyna dobra rzecz którą sfinansowało tu ZPZ. Rozumiesz?
- Rozumiem doktor Augustine.
- Zaufam ci ten jeden, jedyny raz Alex. Nie zawiedź nas.
- Nie zawiodę. To tylko praca...
- Słuchaj Alex, znałam już takich jak ty, takich którzy udają że, mają wszystko gdzieś, ale uwierz mi to miejsce zmienia ludzi... To z pewnością nie jest tylko praca. - przez chwilę popatrzyła mi w oczy - To wszystko co chciałam ci powiedzieć, pamiętaj żeby wieczorem skierować się do pomieszczenia sypialnego.
Resztę dnia spędziłem na oswajaniu się z moim nowym ciałem. Grałem w kosza - dawno już tego nie robiłem, ostatni raz właśnie w szkole średniej. Chciałem nawet zamienić słówko z Jane ale ta, jak cień podążała za doktor Augustine, była w nią tak zapatrzona...
Czas płynął szybko. Za szybko.
W końcu nadszedł moment w którym mieliśmy kłaść się spać. Ociągałem się z tym jak dzieciak.
W końcu jednak, niechętnie położyłem się na pryczy.
Zamknąłem oczy.
Otworzyłem oczy w ciemności. Kabina wysunęła się, otworzyłem wieko. Nad sobą dostrzegłem Grace z papierosem w ustach.
Jane wychodziła akurat z pomieszczenia. Nie spodziewałem się, że będzie miała siły na małą pogawędkę, ochoty zresztą też.
Czułem się troszkę zmęczony, tak jakbym wstał po ciężkiej nocy.
- Musisz coś zjeść, sterowanie avatarem niezbyt dobrze wpływa na organizm. – powiedziała Grace, bardziej z poczucia obowiązku niż z troski o moje zdrowie.
Wyszedłem z kabiny. Znowu miałem 1.83 centymetra wzrostu. Niemal dziwne.
- I pamiętaj jutro masz być tu punktualnie o ósmej.
Chwilę później byłem już w kantynie. Wziąłem swoją tackę.
Chyba w każdej stołówce we wszechświecie występuje podobny, nieformalny podział. Minąłem stoły administracji i górników.
Przechodząc obok stołów dla naukowców zauważyłem Jane rozmawiającą z Patelem. Grace nigdzie nie było, zapewne spożywała kolację samotnie w laboratorium - nie należała do przesadnie towarzyskich.
Czułem na sobie ich spojrzenia ale zwracałem na to uwagi. Wciąż byłem przecież żołnierzem. Poszedłem dalej, do stołów dla wojskowych.
- Hej Chacon, nasz niebieski chłopak tu idzie. – rozpoznałem głos Winefleet'a. Wieści szybko rozchodziły się po bazie.
Znalazłem wzrokiem Trudy i usiadłem naprzeciwko niej.
Chwilę jedliśmy w ciszy, chociaż w moim przypadku było to maczanie łyżką w tacce. Biała proteinowa papka była marną alternatywą dla wcześniejszego posiłku.
- Zęby mnie bolą od tego gówna – wtrącił krótko Winefleet – pierwszy raz w życiu musiałem przyznać mu rację. Dopóki nie miałem porównania nie zwracałem uwagi na to co jem.
- No więc jak było? – zapytała w końcu Trudy.
- Normalnie, nic szczególnego. Przede wszystkim niebiesko.
Wciąż miałem siłę żartować - pozostałość po młodziku jakim byłem godzinę temu.
- Taa, akurat... – po krótkiej chwili odezwała się znowu - Wiesz co dostałam nowy przydział. Będę wozić avatary na misje. Więc między innymi będę wozić twój tyłek.
- Ja się na to nie pisałem. Ale dobrze że, mamy kogoś takiego jak ty wśród tych jajogłowych – wtrącił się znowu Winefleet.
- Może znowu będziesz miała okazję uratować mi tyłek. Nie wiem czy kiedykolwiek ci się odwdzięczę.
- Nie dziękuj, lepiej wcinaj bo wyglądasz jak byś co najmniej tydzień nie spał.
- Hej Pinbaker! – Winefleet na chwilę odwrócił się od Fike'a - Gadałem ostatnio ze starym kwatermistrzem i wiesz co mi powiedział?
- Pewnie zaraz się dowiem.
- Kiedyś też tu mieli wojskowego i podobno jak raz otworzyli kabinę to koleś się już nie obudził. Mózg mu podobno usmażyło, więc lepiej uważaj tam na siebie – zaczął się głupkowato śmiać, po czym odwrócił się na powrót do nieodłącznego kumpla.
Po posiłku poszedłem prosto do łóżka. Przez pewien czas nie mogłem zasnąć. Skłamałem jej w oczy...
To tylko praca, to tylko praca... Powtarzając to sobie w końcu zasnąłem.
