ROZDZIAŁ 7

Obudziłem się wcześnie.

Zwykle pierwsza myśl po przebudzeniu to taka że, czuję się zmęczony. Zmęczony życiem, tym co robię. Każdego dnia kiedy patrzyłem w lustro starałem się unikać swego spojrzenia.

Zadziwiające jak mało mnie wszystko obchodziło.

Do tej pory.

Dzisiaj było inaczej, wstałem wypoczęty. Można powiedzieć że, byłem ciekawy dzisiejszego dnia.

Cholera, cieszyłem się na myśl wejścia w skórę niebieskiej wersji mnie.

Ale wtedy, zaczynała do mnie docierać jednak myśl o tym co miałem tu naprawdę robić, znowu szpiegować dla ZPZ, znowu niszczyć dobrych ludzi... Nigdy od tego nie ucieknę.

Wstałem z łóżka i poszedłem prosto do laboratorium.

Tym razem miało być prościej. Ja, Jane i Grace zajęliśmy miejsca w kapsułach.

Zainicjowano połączenie.

Zamknąłem oczy i na powrót byłem w ciele niebieskiego Alexa Pinbaker'a.

Znowu te uczucie... Tak jakby ubyło mi kilkanaście lat.

Grace i Jane już były na nogach.

- Dobra, musimy się przebrać i spakować, za 30 minut widzimy się na lądowisku. – Grace wyszła.

Dokładnie 30 minut później ja i Jane szliśmy dopiero w stronę lądowiska.

Oboje ubrani byliśmy w standardowe ubrania dla avatarów, na misjach w terenie - lekkie i praktyczne ciuchy koloru khaki.

Oprócz identycznych koszul Jane miała na sobie szorty, ja – bojówki. Oboje mieliśmy na sobie plecaki ze sprzętem pomiarowym.

Przez chwilę gdy szliśmy przez ośrodek dla avatarów, nie było słychać nic prócz chrzęszczenia żwiru pod naszymi butami.

- A więc, czemu tu jesteś? – postanowiłem przełamać ciszę.

- Dla nauki. Staram się zrobić coś dobrego. Program Avatar to jedna z nielicznych, dobrych rzeczy jaka wyszła spod rąk ZPZ, choć według nich nie tak miało to wyglądać.

- Dla czego mnie unikasz? Przecież pracujemy razem. – za wszelką cenę to właśnie ja chciałem uniknąć pytania: „A ty? Czemu ty tutaj jesteś?" bo nie byłbym w stanie dać jasnej odpowiedzi. Tak naprawdę doszło do mnie że, miałem głęboko gdzieś pieniądze.

- Wcale nie unikam. - zabrzmiała teraz jak nastolatka.

- Daj spokój, widziałem jak na mnie patrzyliście wczoraj. Wiem że, nie cieszę się tutaj zbytnią popularnością. Ale chcesz tego czy nie, będę waszym cieniem.

- Z rozkazu szanownego, zarządu ZPZ?

- Pamiętaj że, to Konsorcjum finansuje to wszystko, to dzięki nim spełniasz teraz marzenia.

- ZPZ to jedyny sposób aby się tutaj dostać, to prawda, ale to nie znaczy że, popieram to co oni tu robią. - chyba poruszyłem czuły punkt - Widzą tylko zyski z wydobycia. Niszczą inną kulturę, a to miejsce mogło by nas uratować.

- Uratować? – ileż to razy słyszałem podobne frazesy.

- Są cenniejsze rzeczy na Pandorze niż Unobtanium, Pinbaker. Zniszczyliśmy swój świat, nie ma już zieleni na naszej planecie - Jane była teraz wyraźnie wzburzona - Przy pomocy poznanych tu roślin i zwierząt, moglibyśmy odwrócić nasz los. Na'vi...

- Miałem już okazję poznać bliżej tych "Na'vi". Nie są tak święci i bezbronni jak o nich mówicie. Potrafią zabijać. Wielu naszych zginęło.

- W desperacji bronią swojego domu...

Dotarliśmy na lądowisko. Drogę przecięła nam kolumna pojazdów i żołnierzy. Pełni profesjonaliści, uzbrojeni w ciężką broń maszynową i miotacze płomieni, zmierzali w stronę otwartych wrót, eskortując ogromny kombajn do karczowania lasów.

Od czasu ataku duży nacisk został położony, właśnie na ochronę i eskortę sprzętu do wydobycia i karczowania.

Administracja nie mogła sobie pozwolić na stratę kolejnego kombajnu. Były bardzo drogie.

Na czele jechał otwarty wóz terenowy. Zwróciłem uwagę na mężczyznę na siedzeniu pasażera.

- Przez takich jak on, kontakty tylko się pogarszają – wskazała na mężczyznę

- Kto to?

Mężczyzna zwrócił na nas uwagę, odwrócił się, uśmiechnął i nawet pomachał w naszą stronę, zarzucając na bark ciężki karabin maszynowy. Coś dziwnego było w jego spojrzeniu. Uśmiech też wydawał się wymuszony, niemal drwiący. Miał krótkie czarne włosy i wydawał się dosyć blady.

- To major Riker.

Major na pierwszy rzut oka był dosyć młody jak na swój stopień, musiał tu szybko awansować.

- Max Patel opowiedział mi o nim wczoraj. To następca majora Cage'a. Kawał bydlaka. Łamie wszelkie zasady, a my naukowcy nic nie możemy zrobić, składane są skargi, lecz ZPZ nie zrezygnuje z takiego psa gończego.

- Psa gończego?

- Pewnego dnia, wjechali na tereny święte dla miejscowych, kilka strzał Tipani wylądowało w kołach traktorów, a oni w odwecie spalili wszystko. Wszystko - całą wielką połać tętniącego życiem terenu zamienili w jałowe pobojowisko. On i jego banda, od jakiegoś czasu eskortują maszyny wydobywcze. Powiększają nieustannie "Strefę bezpieczeństwa". Strzelają do wszystkiego jak do kaczek. – Jane nie kryła już pogardy w swym głosie – Riker prowadzi swoją małą wojenkę, z pełnym poparciem szefostwa kolonii. Przekroczył granicę.

Mimo że, nie zgadzałem się z Jane we wszystkich aspektach, to musiałem przyznać że, coś dziwnego było w tym młodym mężczyźnie.

Wyglądał mi na człowieka który zbytnią przyjemność czerpał z tego co robił. Jeszcze na Ziemi, przekonałem się że, ważny jest chłodny dystans do rzeczy, które robiło się dla Konsorcjum.

Facet jechał w otwartym pojeździe, na wrogie terytorium, a humor go nie opuszczał.

Niepokojące, lecz jego wysoka ranga znaczyła, że skrupulatnie wykonuje swoje obowiązki.

Wkrótce sznur pojazdów bojowych zniknął za masywnymi wrotami bazy.

- To nasz Samson - Jane wskazała na duży, lekko wysłużony już helikopter, ładownia otwarta była z obu stron. W środku Winefleet sprawdzał stacjonarny karabin maszynowy.

Gdy podeszliśmy bliżej Trudy wciąż rozmawiała z Grace, nagle odwróciła się w moją stronę

- Proszę, proszę ale nam wyrosłeś marine. - Trudy wyglądała na bardzo zadowoloną ze swojego nowego stanowiska.

- Widzisz jak dobrze nas tu karmią. – uśmiechnąłem się do niej.

Grace przedstawiła Jane, Trudy. Po niezbędnych formalnościach wszyscy zajęli swoje miejsca w maszynie.

Gdy Trudy zajęła miejsce w hermetycznym kokpicie, mogła już zdjąć egzopak.

Z uwagi na moją militarną przeszłość, dostałem stanowisko drugiego strzelca, broń stacjonarna, była jednak w moich rękach na tyle mała że, mogłem ją trzymać jak zwykły karabin szturmowy.

Przez otwarte drzwi ładowni helikoptera spojrzałem na okna centrum operacyjnego, Parker Selfridge uważnie obserwował nasz start.

- Pamiętaj Alex, Omaticaya to nie Tipani. Lud Omaticaya jest do nas pokojowo nastawiony więc "to" – wskazała na broń w moich rękach – zostaje w helikopterze, czy ci się to podoba czy nie.

- Rozumiem – przyznałem niechętnie.

Chwilę potem lecieliśmy już nad gigantycznym lasem deszczowym nie podobnym do niczego co widziałem w swym życiu...

W dole ciągnęły się rzeki, a na ich brzegach stada dziwacznych stworzeń. Gromowoły, Młotogłowy...

Nie nadążałem za Grace i Jane w rozpoznawaniu i nazywaniu ich.

Wychyliłem się przez otwarte drzwi ładowni i spojrzałem w niebo – gigantyczna powierzchnia Polifema była doskonale widoczna na czystym, niebieskim niebie, nawet w świetle dnia.

- Hej Chacon! – Winefleet z egzopakiem na twarzy przerwał na chwilę wypatrywanie zagrożeń – Pamiętasz te stare filmy wojenne? Puść jakiś żywy kawałek!

Z głośników zaczęła dobiegać muzyka - całkiem nieźle wpasowała się w nastrój. Mieliśmy wtedy cały ten pierwotny, nowy świat u naszych stóp. Człowiek uświadamiał sobie nagle jaki jest mały. Nie my tu rządziliśmy. Na Ziemi dawno już o tym zapomniano.

Lecieliśmy jeszcze jakiś czas, gdy muzyka momentalnie ucichła. Z głośników dobiegł za to głos naszego pilota.

- Winefleet na dziewiątej!

- Widzę go... O cholera...- skierował broń w stronę wielkiego czerwonego kształtu na niebie. Wychyliłem się kawałek aby bliżej przyjrzeć się temu, co tak bardzo zaniepokoiło Trudy.

- Leonopteryx wielki. Mamy szczęście, nieczęsto można je tu spotkać - szepnęła Grace

- Szczęście? Jakiś czas temu to cholerstwo strąciło jedną z naszych maszyn! - Trudy nie podzielała entuzjazmu doktor Augustine.

Teraz widziałem dokładnie - wielka, czerwona, majestatyczna sylwetka na tle Polifema, emanowała grozą i pięknem jednocześnie. Gigantyczny drapieżnik szybując po niebie nie poruszał praktycznie skrzydłami.

Gdy wydał z siebie długi, przeciągły ryk, skóra ścierpła mi na karku, a zwierzęta w dole pierzchały na wszystkie strony.

- Piękny - szepnęła Jane gdzieś obok mnie. Odwróciłem się do niej. Nasze oczy spotkały się na jeden dłuższy moment.

Wzdrygnęliśmy się oboje gdy drapieżnik zaryczał po raz kolejny, tak jakby chciał pokazać nam kto naprawdę jest panem przestworzy.

Chwila milczącego zrozumienia między nami dwojga minęła. Jane ponownie pogrążyła się w rozmowie z doktor Augustine.

Lecieliśmy na równi z nim jeszcze jakiś czas, po czym stworzenie machnęło swymi ogromnymi skrzydłami i skierowało się na północ. Obserwowałem chwilę, jak się oddalał. Winefleet odetchnął i zdjął palec ze spustu. Po chwili w dole pojawiła się nagle mała polanka czystego terenu na tle drzew.

- Ok. To tutaj. Lądujemy – Grace wstała z miejsca.

Wylądowaliśmy na polanie pomiędzy drzewami. Były ogromne - nic dziwnego, że ZPZ używa sprzętu wielkości dużego domu.

Nie zdążyliśmy wyskoczyć i wyładować jedno pudło ze śmigłowca, gdy ten już odlatywał.

Wszystko musiało przebiec szybko aby nie straszyć „uczniów". Grace powiedziała że, helikopter przyleci po nas za kilka godzin. Miałem taką nadzieję - czułem się dosyć nieswojo w miejscu gdzie zwykła roślina mogła nagle ożyć i połknąć człowieka na śniadanie.

Poczułem tęsknotę za karabinem który odleciał razem z Trudy.

- To jest to? Drewniana szopa w środku lasu? – wskazałem na skromny budynek pośrodku polany z dachem pokrytym strzechą.

- To wszystko czego nam potrzeba – Grace ignorowała moje uwagi, wciąż byłem trochę zły że, nie pozwoliła mi wziąć broni. Niespokojnie rozglądałem się na wszystkie strony.

– Przydaj się na coś żołnierzu i wnieś to do środka. – wskazała na spore pudło u moich stóp.

Według Grace, do przybycia Omaticaya zostało jeszcze trochę czasu. Jane i Grace udały się w stronę linii drzew, ja tym czasem zrobiłem co mi kazała pani doktor.

Miałem okazję żeby się tu trochę rozejrzeć, nie mogłem zapominać o moim prawdziwym zadaniu.

Wszedłem do chaty.

Podłoga zatrzeszczała pod moimi butami.

Położyłem pudło na stole i rozejrzałem się po pomieszczeniu

Szczerze mówiąc sam nie wiedziałem czego miałem się spodziewać – wyglądało to jak zwyczajna szkoła. Była tam tablica, sprzęty laboratoryjne, półki z książkami, zabawki...

Zajrzałem do pudła które tu wniosłem – było pełne dziecięcych książeczek – z pewnością nic podejrzanego.

Wszystko dopasowane było jednak do wzrostu Na'vi - jak meble w Piekielnych Wrotach, było tu jednak nieco skromniej.

Zwróciłem uwagę na prace na ścianie – kolorowe odbicia małych czteropalczastych dłoni. Spojrzałem na swoją rękę – miała pięć palców, był to uboczny skutek ludzkich genów.

Avatary różniły się nieznacznie od rdzennej ludności Pandory, jednak te małe różnica dzieliły nas od nich na tyle aby nie do końca nam ufać.

Może to i dobrze. Dobrze dla nich.

Usłyszałem hałas na zewnątrz, skierowałem się szybko w stronę drzwi, uważając żeby nie trącić czegoś ogonem – wciąż przyzwyczajałem się do nowej fizjonomii.

Wyjrzałem na zewnątrz.