ROZDZIAŁ 8

Źródłem hałasu okazał się dziecięcy śmiech.

Wyszedłem z budynku, ujrzałem doktor Grace śmiejącą się i dosłownie, obleganą przez grupkę młodych Na'vi w różnym wieku. Dzieci ciągnęły ją za ręce i śmiejąc się prowadziły w kierunku szkółki.

Krzyczały: Sa'nok – co po Na'vijsku znaczy matka. Wśród nich była też jedna nieco starsza Na'vi – mogła być w wieku avatara, mojego lub Jane. To musiała być Sylwanin. Grace opowiadała nam o niej jeszcze na szkoleniu w ośrodku. Sylwanin była córką Eytukana i Tsahik, czyli córką wodza i szamanki.

Był to tylko jeden z naprawdę długiej listy powodów wymienionych przez Grace, aby jej nie podpadać, nie wspominając o tym, że była jednym z lepszych myśliwych w swym plemieniu. Nie byłem ignorantem, sam widziałem przecież do czego zdolna była ta rasa uzbrojona w neolityczne łuki.

Jane szła uśmiechnięta zaraz za całą grupą. Radosne śmiechy ustały, gdy dzieci zdały sobie sprawę z mojej obecności, stałem w drzwiach nie wiedząc jak się zachować. Jedna z dziewczynek pobiegła ku mnie, zatrzymała się i zaczęła wpatrywać się we mnie wielkimi oczyma.

Nagle przypomniałem sobie szkolenie, podniosłem dłoń w geście przywitania...

Lecz gdy tylko otworzyłem usta dziewczynka uciekła, chowając się za resztą.

Nastała niezręczna cisza. Czułem na sobie ich spojrzenia. Grace przyklękła, wskazała mnie palcem i powiedziała do dzieci coś, czego nie zdołałem usłyszeć.

Ponownie rozległy się śmiechy po czym, dzieci zaczęły wbiegać do budynku, jako pierwsza do środka weszła Sylwanin, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Grace jako ostatnia powoli wchodziła po schodkach.

- Ja i Jane zajmiemy się teraz dziećmi, a ty żołnierzu staraj się ich nie przestraszyć. Ciężko zdobyć ich zaufanie – było dla mnie jasne że, Jane i Grace z trudem utrzymywały powagę – Aha, i staraj się być trochę mniej oficjalny, to w końcu tylko dzieci.

- Co im pani powiedziała, pani doktor?

- Po prostu powiedziałam im, że nie muszą się ciebie obawiać. Zaakceptują cię z czasem.

Weszły do środka, a ja niechętnie za nimi. Przez jakiś czas obserwowałem doktor Grace przy pracy. W szkole, wśród dzieci była zupełnie inną osobą. Wcześniej zdawało mi się że, bardziej ceni sobie towarzystwo książek i sprzętów laboratoryjnych niż innych osób.

Przede wszystkim, Grace wyglądała na szczęśliwą.

Próbowałem bezskutecznie spamiętać imiona wszystkich dzieci. Sylwanin i jej młodsza siostra – Neytiri były ulubienicami nauczyciela, były tam też Ninat, Beyral, młody Tsu'Tey – ten dzieciak sprawiał problemy...

- Tsu'tey, zostaw Neytiri! – Grace skarciła łagodnie chłopaka który zaczepiał jedną z dziewczynek, strojąc głupie miny – chyba w każdej klasie we wszechświecie znajdzie się jeden taki.

Nagle do pomieszczenia wszedł ktoś jeszcze, zapadła cisza, Grace wstała. Odwróciłem się aby ujrzeć nowego przybysza.

- Widzę cię Mo'at – powiedziała Grace z wyraźnym szacunkiem.

- I ja cię widzę Doktor Grace Augustine.

Mo'at – Tsahik klanu Omaticaya, ona też odwiedzała szkołę, mieliśmy tu niemal cały komplet rodziny królewskiej.

Przyjrzałem się dokładnie nowemu gościowi. Była wysoką Na'vi w wieku Grace. Wstałem z miejsca i podszedłem bliżej. Dzieci obserwowały...

- To są ci nowi chodzący we śnie? – Mo'at wskazała na mnie i Jane.

Zrozumiałem że, lepiej będzie jak nie będę wykonywał gwałtownych ruchów.

- Przybyli tu wraz ze mną w pokoju, aby uczyć się o ludzie Omaticaya.

- Pozwól Doktor Grace Augustine że sama, przyjże się tym przybyszom.

Najpierw podeszła do Jane. Nie śmiała drgnąć gdy, Mo'at wpatrywała się jej w oczy.

- Jak masz na imię? – odezwała się po angielsku.

- Jane. Jane Stamphson.

- Czemu tu przybyłaś, chodząca we śnie?

- Przybyłam tu aby uczyć się o ludzie Omaticaya.

- Masz dobre serce Jane. Wierzę ci. Niechaj Eywa poprowadzi cię w twej podróży.

Po chwili, pokiwała głową z akceptacją i podeszła do mnie.

Spojrzałem na Grace, jej wymowne spojrzenie starało mówiło: „Tylko tego nie schrzań"

Mo'at stanęła przede mną. Spojrzała mi prosto w oczy, jej wzrok był niczym dwie przepastne czarne studnie...

Czułem jakby patrzyła wprost przeze mnie.

- Jak ci na imię?

- Alex Pinbaker – odpowiedziałem z wypracowanym spokojem.

- Czemu tu jesteś?

Oto pytanie na które nie mogłem dać szczerej odpowiedzi.

- Aby się uczyć...

Mo'at odezwała się do mnie cicho, tak abym jej słowa słyszał tylko ja.

- Widzę pustkę w sercu. Wielki smutek. W nic nie wierzysz, jak możesz nauczyć się od nas skoro w nic nie wierzysz, chodzący we śnie?

Miała rację – pustka – to właśnie to czułem każdego dnia po przebudzeniu - goniła za mną jak głodna bestia. Mo'at mierzyła mnie jeszcze chwilę wzrokiem i odeszła nie czekając aż dam odpowiedź.

- Wyrażam zgodę, mogą uczyć się od nas, mogą tu przebywać. Może, zaczną widzieć.

- Jestem tego pewna Mo'at, twoje słowa napełniają radością mnie i moich towarzyszy. – Grace dyskretnie odetchnęła z ulgą.

Chyba się udało, atmosfera znowu zrobiła się radosna, wszyscy wrócili do swych zajęć, Mo'at usiadła wśród dzieci i z ciekawością słuchała doktor Augustine, która z przyjemnością wprowadzała ich w meandry angielskiego, sama też wiele uczyła się od swych podopiecznych.

Obraz ten znacząco różnił się od tego co serwowane jest o Na'vi w zdawkowych relacjach na Ziemi czy w Piekielnych Wrotach. Byli równie inteligentni jak my, szybkość przyswajania wiedzy była zdumiewająca. Pomyślałem, że może dowództwo nie wie wszystkiego, nie rozumiałem jak można było kwestionować pożytek z tego przedsięwzięcia. Tak jak powiedziała mi doktor Augustine - wiele jeszcze się muszę nauczyć o Na'vi.

Przed południem ja i Jane byliśmy gotowi na pierwszy rekonesans w terenie. Może nie do końca gotowi, gdyż nie miałem ze sobą broni. Czułem się bez niej jak bez ręki, choć wątpię, że jeden karabin maszynowy zdziałał by coś w starciu z próbką tutejszej megafauny. Cholera, tu nawet paprotka mogła stanowić śmiertelne zagrożenie, a ja miałem przy sobie tylko zestaw probówek.

Grace została w szkole razem z dziećmi i Mo'at.

Naszym przewodnikiem została, zgodnie z wolą matki, Sylwanin - jej reakcja na to stanowisko może nie była zbyt entuzjastyczna ale przynajmniej nie okazywała wrogości. Mówiła całkiem dobrze po angielsku co, przynajmniej w moim wypadku znacznie ułatwiało sprawę.

- Idźcie za mną. Traktujcie las z szacunkiem, a on będzie was też szanował. – powiedziała Sylwanin z charakterystycznym, mocnym akcentem.

Spojrzałem na naszą przewodniczkę.

Różnica tkwiła w detalach – dopiero teraz dostrzegłem, że Na'vi mieli większe oczy niż avatary, wydawały się jeszcze bardziej dzikie. Nie dostrzegłem też u nich brwi. Co dziwne, Sylwanin mogła wydawać się piękna, nawet według ludzkich standardów.

Według moich standardów.

To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w mojej teorii, że ciało avatara oddziaływało również na „te" partie mojego umysłu.

Była smukła i wysportowana, włosy miała powiązane w warkoczyki a z tyłu na plecach spoczywał długi czarny warkocz, identyczny jak mój i Jane. Miała przy sobie łuk, oraz sztylet u pasa.

Młoda Neytiri podbiegła do nas szybko, nim zdążyliśmy wyruszyć. Zapytała siostrę czy może iść z nami. Sylwanin odwróciła się do siostry. Były do siebie bardzo podobne.

- Nie, siostro. Nie dam rady pilnować was wszystkich, wciąż jesteś zbyt młoda. Muszę dziś poprowadzić chodzących we śnie. Proszę cię, zostań. – powiedziała łagodnie do Neytiri.

Neytiri, wyraźnie zawiedziona, obserwowała nas jeszcze gdy wchodziliśmy między drzewa. Po chwili straciłem ja całkiem z oczu.

Szliśmy wąskimi ścieżkami między ogromnymi drzewami. Grunt pokryty był porostami i roślinami o purpurowym kolorze. Gigantyczne, poskręcane korzenie drzew utrudniały wędrówkę. Nasza przewodniczka w przeciwieństwie do nas, poruszała się z niebywałą gracją, przystawała jednak uprzejmie gdy zauważała, że nie nadążamy.

Zauważyłem, że zmysł zapachu również bardzo mi się wyostrzył, jako avatar postrzegałem otaczający świat na kilku płaszczyznach równocześnie - zapachy równie intensywnie jak widoki docierały do mojej świadomości.

Dziwaczne i niesamowite rośliny otaczały nas ze wszystkich stron. Co więcej, dosłownie śledziły nasze ruchy – mogłem przysiąc, że niektóre z nich obracały się w naszym kierunku, tak jakby były ciekawe nowych gości.

Gdy przedzieraliśmy się przez coś w rodzaju ogromnych paproci Sylwanin zaczęła tłumaczyć jakie rośliny są bezpieczne, a które lepiej omijać z daleka. Pokazała nam Paywill – roślinę która w swych podłużnych liściach magazynowała wodę, wystarczyło tylko przechylić jeden z nich aby szybko ugasić pragnienie.

Sylwanin szła z przodu, zatrzymywała się co jakiś czas i uważnie nasłuchiwała.

Kiedy Jane zatrzymywała się w celu zbadania bliżej jakiejś rośliny, Sylwanin przystawała i tłumaczyła nazwę zwierzęcia lub rośliny w swoim rodzimym języku.

Wiedziałem, że na wiele się tutaj nie przydawałem, próbki zbierała Jane, ja byłem od podawania i potakiwania. Chyba zdawała sobie sprawę z mojej ignorancji jeśli chodzi o fachowe nazwy i katalogowanie.

Idąc dalej, coraz głębiej w las, dostrzegliśmy kilka dziwacznych drzewek, z czymś w rodzaju wielkich purpurowych pomponów na gałęziach. Rumut, jak nazwała je Sylwanin miały tendencję do nagłego wybuchania, więc minęliśmy je w bezpiecznej odległości.

Jane dokładnie dokumentowała wszystko przy pomocy małego elektronicznego notatnika.

Zatrzymaliśmy się na dłużej w pobliżu wodospadu wpadającego do niewielkiego jeziora ukrytego wśród drzew. Po drugiej stronie pasło się małe stado sześcionogów. Yerik jak nazywała je Sylwanin po obu stronach głowy posiadały rozciągane błony, stosowane zapewne w celu odstraszenia przeciwnika. Były to jedne najłagodniejszych stworzeń zamieszkujących Pandorę. Często przypłacały to życiem - kończyły upolowane przez drapieżniki lub samych Na'vi.

Sylwanin tłumaczyła nam, że taki jest właśnie sens ich istnienia. Czasami przeznaczeniem zwierzęcia jest stać się częścią ludu, a czasem przeznaczeniem myśliwego jest stać się częścią bestii. Wszystko łączy matka wszechrzeczy - Eywa.

Promienie słońca przebijały się poprzez korony drzew nadając krajobrazowi dziwną, nierealistyczną poświatę.

Nasza przewodniczka z ciekawością spoglądała na kolejne rzeczy jakie Jane wyjmowała z plecaka, badając podstawę ogromnego 3 metrowego grzyba - Oktofungusa. W okolicy było jeszcze kilka takich samych.

Sylwanin nagle poderwała głowę, jej uszy drgnęły.

To był wyraźny odgłos wystrzału. Nie pomylił bym go z niczym innym. Wkrótce padł kolejny, a po nim jeszcze następny. Stado sześcionogów spłoszone zerwało się do biegu. Jane wstała, wyraźnie przestraszona.

- Przyszli aż tutaj. Oni nigdy nie przestaną... – Sylwanin ruszyła biegiem w kierunku z którego dobiegały starzały.

Jane wzięła z ziemi plecak i biegiem ruszyliśmy za naszym przewodnikiem.

Dopiero teraz mogłem zobaczyć jak szybko potrafią się poruszać Na'vi - Sylwanin biegła po olbrzymich konarach drzew, wysoko w górze, ledwie dostrzegalna.

Jane nie dawała już rady. Mimo, że tak naprawdę śniła wiele kilometrów stąd, zmęczenie było bardzo realne. Złapałem ją za rękę. Bieg wydłużał się w nieskończoność.

Wyszliśmy z pomiędzy drzew na otwarty teren pokryty wysoką trawą.

Niedaleko można było dostrzec Piekielne Wrota. Rozglądałem się w poszukiwaniu Sylwanin.

Zamiast niej dostrzegłem źródło wystrzałów.

Był to pojazd bojowy typu łabędź, a w nim trzech żołnierzy. Pojazd swoją nazwę zawdzięczał stanowisku strzeleckiemu na trzy i pół metrowym ramieniu na tyle pojazdu. Ścigali coś.

Padł kolejny potężny wystrzał, echo rozniosło się po równinie.

- W cholerną dziesiątkę! - krzyknął strzelec.

Zatrzymali się.

Strzelec zeskoczył z siedziska. jeden z pasażerów również wyszedł z pojazdu. Kierowca został. Wszyscy byli uzbrojeni w ciężkie karabiny maszynowe.

Starałem dostrzec do czego strzelali. Jane powoli szła zaraz za mną.

Żołnierze podeszli do stworzenia leżącego w wśród traw, mogło przynosić na myśl dawne ziemskie konie. Zdawali się przy nim bardzo mali. Stworzenie w agonii piszczało niemiłosiernie i wierzgało wszystkimi ze swoich sześciu nóg.

- Widzicie, wisicie mi sto baksów. - powiedział spokojnie żołnierz.

- Brzydkie to jak jasna cholera. - stworzenie skamlało coraz bardziej - Barker, nie baw się tylko to dobij! - krzyknął drugi z żołnierzy.

Na te słowa najemnik przycisnął butem głowę zwierzęcia do ziemii i wyjął z kabury rewolwer.

Zajęci zwieńczeniem swojego małego safarii nie mogli zauważyć cienia biegnącego ku nim pośród traw. To była Sylwanin.

Z błyskawiczną szybkością wyskoczyła na nic nie spodziewających się najemników.

Jeszcze w locie zdjęła łuk i z ogromną siłą uderzyła nim najbliższego żołnierza . Poleciał kilka metrów w tył, wypuszczając z dłoni karabin.

Następnie obróciła się uderzając drugiego z nich. Nie zdążył wystrzelić - strzał z rewolweru poszedł w powietrze. Gdy padł na ziemię, przycisnęła go stopą do podłoża, prychając groźnie.

Jane wyprzedziła mnie biegnąc ku Sylwanin.

Kierowca, widząc całe zajście, wezwał przez radio posiłki i przeskoczył z siedzenia pasażera na stanowisko strzelca.

Sylwanin nieświadoma zagrożenia podeszła do rannego stworzenia, poruszając szybko ustami wyjęła nóż i szybkim ruchem skróciła jego męki.

- Jane, czekaj! Uważaj!

Biegłem najszybciej jak potrafiłem.

Kierowca przeładował działko.

Dogoniłem Jane. Jednym ruchem rzuciłem ją na ziemię.

Biegłem dalej ku Sylwanin.

Wstała chowając nóż. Nie wiedziała, że kierowca brał ją na cel.

Zwróciła pełen zdziwienia wzrok ku mnie, prychnęła gdy wpadłem na nią z pełną szybkością. Powaliłem ją na ziemię, nie było czasu na etykietę plemienną.

W tym momencie żołnierz otworzył serię z działka.

Kule świszczały koło uszu gdy leżałem przyciskając Sylwanin do ziemi.

Strzały niespodziewanie ustały.

Podniosłem głowę, kierowca mocował się z mechanizmem zamka. Broń się zacieła. Nie czekając z krzykiem ruszyłem ku niemu. Doskoczyłem do strzelaca i jedną ręką złapałem go za kamizelkę, wyrzucając z maszyny.

Powaleni żołnierze nie byli w stanie się ruszyć, po części z bólu, po części ze strachu.

Jane i Sylwanin wstały.

Obróciłem się ku nim.

- Sylwanin uciekaj! Będą tu za...

Nie dokończyłem zdania.

Oczy Sylwanin rozszerzyły się w przerażeniu, Jane otworzyła usta nie mogąc wypowiedzieć słowa.

Odwróciłem się.

Więcej zwierząt uciekało w amoku, kawałek dalej biegło w popłochu stado gromowołów. Padały od kul z karabinów.

Następnie minęło nas małe stado oszalałych ze strachu sześcionogów. Za nimi z lasu jako pierwsze wyłoniły się kombinezony PZM uzbrojone w miotacze ognia i karabiny maszynowe, miażdżąc wszystko pod swymi metalowymi stopami. Drzewa za PZM padały pod ostrzem ogromnego kombajnu do karczowania lasów wielkości domu.

To była przemyślana, wojskowa operacja.

Zwierzęta uciekające przed monstrualną machiną i ogniem trafiały prosto pod serie z broni pokładowej kolumny pojazdów jadącej od strony Piekielnych Wrót.

Dobiegłem do Sylwanin.

- Musisz uciekać!

Nie reagowała, z oczu obficie ciekły jej łzy. Twarz zastygła w niemym przerażeniu.

- Mój Boże, co oni tu robią? - powiedziała Jane, nie mogąc uwierzyć w to co widziała.

Spojrzałem Sylwanin w oczy, były pełne bólu poza ludzkim wyobrażeniem.

Pojazdy były coraz bliżej.

- Uciekaj Sylwanin. Uciekaj! Proszę cię...

- To wszystko, wasza wina! Wasza! Ludzi Nieba! - krzyknęła głosem pełnym złości i rozpaczy.

Popchnęła mnie i pobiegła razem ze stadem uciekających zwierząt.

Chwilę później wszystko zagłuszyl ryk silników.

Otoczyły nas pojazdy bojowe. Kilka z nich pojechało dalej za Sylwanin.

Dowódcę rozpoznałem od razu. Z jednego z pojazdów wysiadł sam major Riker, w egzopaku i z karabinem maszynowym. Z pojazdów zeskoczyła reszta odziału. Wszystkie lufy skierowano na nas.

- Zabrać mi stąd tych żołnierzy. - wskazał na trzech wciąż leżących na ziemi najemników.

Na jego rozkaz wzięto ich na nosze i zabrano do pojazdów.

- Riker, ty wredny sukinsynu!

Jane rzuciła się do niego, lecz ten podniósł broń.

- Zbyt dużo nas kosztujesz aby tak poprostu cię zastrzelić ale jeśli mnie do tego zmusisz to zrobie to z przyjemnością. Zapomnieliście po czyjej jesteście stronie?

Jane zatrzymała się kilkadziesiąt centymetrów od niego odsłoniła białe zęby, coś pierwotnego odzywało się teraz w dziewczynie. Nie widziałem jej jeszcze tak wściekłej.

Major zwrócił się do mnie.

- Wiesz, Pinbaker kiedy o tobie usłyszałem pomyślałem, że wreszcie program Avatar się na coś przyda. - podszedł bliżej, bez cienia strachu. - Co jest z tobą Pinbaker? Zgubiłeś jaja w tej leśnej szkółce?

Nie odezwałem się ani słowem. Spojrzałem ponad głowami żołnierzy. Kombajn dosłownie zmiatał drzewa z powierzchni ziemi. Wszędzie leżały ciała zwierzat.

Jeśli operatorzy śnią, to nie był to już ten sam piękny sen. To był koszmar.

Koszmar który przywiedliśmy tu ze sobą. Chciałem coś odpowiedzieć majorowi, ale nie mogłem. Wszystko wydarzyło się za szybko. Czar prysł przez ogień i metal.

Riker odstąpił i wydał rozkaz powrotu.

Nim nas zabrali, Riker odwrócił się do nas raz jeszcze.

- Bym zapomniał. Witamy w strefie bezpieczeństwa.