ROZDZIAŁ 9

Pod bronią dowieziono nas do Piekielnych Wrót. Żołnierze majora odprowadzili nas prosto do ośrodka dla avatarów. Kazano nam położyć się na pryczach, gdy to zrobiliśmy żołnierz zameldował przez komunikator, że avatary są na miejscu.

Tym razem było tak jak gdyby ktoś wyciągnął wtyczkę – natychmiastowo przerwano połączenie.

Wieko mojej kapsuły uniosło się.

Twarz majora Riker'a nie należała do rzeczy jakie chce się oglądać zaraz po przebudzeniu. Malował się na niej wyraz tryumfu. Był świadom, że miał teraz asa w rękawie...

Naukowcy protestowali. Patel był wściekły, że Riker sam, bez jakiejkolwiek autoryzacji przerwał połączenie. Zastąpił mu drogę grożąc, że złoży skargę na jego działania ale nic nie mogło teraz zatrzymać majora. Było dla mnie jasne że, długo czekał aby dobrać się do tych „jajogłowych" którzy tak często składali donosy na jego działania.

To była jego prywatna zemsta. Kazał zejść Patel'owi z drogi, dłoń powędrowała do kabury pistoletu.

Naukowiec odstąpił.

Przez głowę przebiegało mi teraz wiele myśli. To miał być ten nowy start? Co ja najlepszego narobiłem? Bezpowrotnie zmarnowałem swoją ostatnią szansę...

Niedługo potem byliśmy już w biurze administratora. Było już w pełni urządzone, artefakty Na'vi wisiały na ścianie, moją uwagę przykuł ogromny łuk. Przypomniałem sobie jak szybko Sylwanin powaliła tych żołnierzy.

Parker Selfridge siedząc za biurkiem, uważnie słuchał raportu Rikera. Pułkownik Quaritch stał przy oknie za administratorem. Jeden rzut oka i wiedziałem, że wszelki podziw pułkownika dla tego co zrobiłem kilka dni temu zniknął bezpowrotnie.

Zza drzwi biura dobiegł hałas. Strażnicy postawieni przy drzwiach bardzo nie chcieli kogoś wpuścić.

Drzwi rozsunęły się i do pomieszczenia, mimo protestów żołnierzy weszła szybkim krokiem Grace Augustine. Musiała dopiero skończyć swoją sesję z avatarem. Selfridge zaklął pod nosem.

Stanęła obok mnie i Jane.

- Co to ma znaczyć do cholery? Jakim prawem moi asystenci zostali zatrzymani?

Riker zwrócił się teraz ku Grace.

- Zaatakowali moich ludzi. To chyba dostateczny powód doktor Augustine?

- Gdyby nie Alex, żołnierze zastrzelili by Sylwanin! – krzyknęła Jane. – Uratował ją!

- Nikt ci nie udzielił głosu - warknął major.

Grace spojrzała na mnie z mieszaniną zdziwienia i podziwu. Zwróciła się szybko do Selfridge'a.

- Sylwanin jest księżniczką klanu Omaticaya. Jeśli to prawda Alex Pinbaker zapobiegł wojnie...

- Zaatakował moich ludzi! – major tracił panowanie nad sobą -To ostateczny dowód. Nie można już wam ufać. Dla tego, wnioskuje o przeniesienie programu pod dowództwo Sec-Ops.

- Znaczy się pod twoje? – zapytała gniewnie Grace.

- To tylko jedna z możliwości. Posiadam odpowiednie przeszkolenie i doświadczenie, więc zgłaszam swoją kandydaturę na tymczasowego szefa operacji naukowych.

- To śmieszne! Selfridge, posłuchaj mnie, jeśli Sec-Ops zacznie dowodzić programem sprawy tylko się pogorszą. Co robił tak daleko od bazy?

- Czyścił strefę bezpieczeństwa z potencjalnych zagrożeń. Działał na mój rozkaz. – powiedział spokojnie pułkownik Quaritch.

- Poprzez wypalanie i karczowanie lasu? Jaki to ma sens?! – odezwała się Jane. – To się wam wymyka spod kontroli!

Selfridge spoglądał na kawałek rudy Unobtanium lewitującej na małej podkładce. Rozważał coś.

- To wszystko prawda Pinbaker? – zapytał po chwili.

- Tak, sir. – nie zamierzałem kłamać, nie tym razem.

Odchylił się na krześle, westchnął. Podjął decyzję.

- Riker, tymczasowo wstrzymuję wszelkie operacje wojskowe poza Piekielnymi Wrotami. Twój tyłek zostanie tu, w bazie.

Jane i Grace spoglądały po sobie zaskoczone, nie spodziewały się takiego obrotu spraw.

- Nie rozumiem, sir. – Riker był zbity z tropu - Na'vi są nam zbędni. Strach to jedyne co do nich przemawia!

- Wojna nie jest tania. Przybyliśmy to kopać, nie wdawać się w cholerne wojny! Jeśli masz z tym problem mogę wysłać cię do domu jednym telefonem.

- Pułkowniku... – zwrócił się zdesperowany do Quaritcha

- Dostaliście rozkaz majorze. Odmaszerować. – Quaritch również był wściekły ale nie mógł zapomnieć kto łożył pieniądze. Właśnie dla nich tu walczyli.

- Tak jest, sir.

Major wyszedł. Zrozumiałem wtedy, że zyskaliśmy sobie groźnego wroga. Riker, tak samo jak ja zdawał się być człowiekiem który doprowadzał sprawy do końca i tak samo jak ja na pewnym etapie zorientował się, że miał gdzieś pieniądze...

- To wszystko. Możecie odejść. Pinbaker zostaje.

W biurze zostaliśmy tylko ja i Selfridge.

- Ty przebiegły sukinkocie. O to właśnie chodziło, widziałeś jak na ciebie patrzała nasza pani doktor? Masz ich teraz na widelcu. Ratując córkę wodza zdobyłeś ich uznanie, potrzebowałem właśnie kogoś takiego. Mówili, że masz nietypowe metody...

Mówiąc to rzucił na biurko dwa zdjęcia. Podniosłem je. Pierwsze przedstawiało skomplikowane urządzenie przypominające nadajnik radiowy, drugie jakiegoś naukowca.

- Łączność nadświetlna. Źródło wycieku informacji. To co przechodzi przez nasz nadajnik jest monitorowane . Musi być drugi, mniejszy, nielegalny. Gdzieś na Ziemi jest odbiornik, a te małe pracowite pszczółki wciąż robią z nas kretynów. Nadążasz?

- Tak, sir.

- Prościej już nie będzie. Znajdź nadajnik i będziesz mógł biegać do woli po lesie jak jakiś kretyn. Dowiedziesz mi, że Augustine jest w to zamieszana a ja wysunę nawet twoją kandydaturę na nowego szefa programu.

Drugie zdjęcie, jak wyjaśnił Selfridge, przedstawiało naukowca imieniem Takeshi - facet był specem od łączności a także członkiem programu Avatar.

- Co z Riker'em? – zapytałem gdy szedłem już w kierunku wyjścia.

- Jest przydatny kiedy chce się kogoś postraszyć. Skrócę mu smycz. Na trzy miesiące. Jeśli do tego czasu nic nie dostanę, rozważę jego propozycję. A teraz idź, jestem zajętym człowiekiem.

Wyszedłem. Najgorsze było to, że traciłem do tego wszystkiego dystans...

- Selfridge chce aby sprawa przycichła. – powiedziałem Jane i Grace gdy siedzieliśmy w stołówce wraz z innymi operatorami. - Nie chce nas w bazie, jutro mamy zmienić dwóch naukowców na stanowisku numer 5. Obcina fundusze więc nie będą nas codziennie zabierać. Mamy zostać tam na dłużej.

- To dobrze, nie będą się mieszać. Kogo tam teraz mamy? - Grace zwróciła się do jednego z operatorów.

- Dwóch naszych i Takeshi'ego. – odpowiedział naukowiec.

- Cóż... Lepsze to niż karcer. Posterunek 5 znajduje się dosyć blisko szkoły, będziecie mogli przychodzić razem z Na'vi. Dam im znać.

- To świetnie! Nie mogę uwierzyć, że mamy takie szczęście! – powiedziała Jane.

- Pamiętajcie, że to wciąż nie będą wakacje. Tereny Tipani są nie daleko, a oni nie są nam zbyt przychylni.

- O co chodzi z Riker'em? – nie dawało mi to spokoju.

- Hm? – Grace podniosła głowę znad jedzenia.

- Dla czego tak nienawidzi tego miejsca? Dla czego tak bardzo uwziął się na program?

- Był jak ty – wzięła łyk kawy – Co jakiś czas przysyłają nam wojskowego. Miał być ekspertem od technologii militarnej. Były czasy gdy zarząd łudził się, że zrobi z Na'vi górników i żołnierzy... – zaśmiała się cicho.

- Jest operatorem? – zapytała Jane.

- Był. Kilka lat temu, podczas rutynowego patrolu coś go zaatakowało. Pożarło żywcem. Spotkała go najgorsza rzecz jaka może spotkać operatora – śmierć własnego avatara.

Wszelkie rozmowy przy stole ucichły, wszyscy słuchali teraz doktor Augustine. Wzięła kolejny łyk kawy, po czym kontynuowała.

-Załamał się. Najpierw obwiniał siebie, potem mnie, w końcu cały program. Proponowano mu wysoką odprawę i powrót do domu. Odmówił, chciał zostać, więc dowództwo postanowiło zrobić z niego użytek. Szybko awansował. Został zastępcą szefa ochrony. Od tamtego czasu nieustannie utrudnia nam życie. Myślę, że kieruje nim zwykła zazdrość. Niemal mi go żal...

Skończyła. Byłem pewny, że wszyscy myśleli teraz o tym samym. Śmierć własnego avatara była dla nich jak wyrok. Nagłe, brutalne odcięcie od świata na zewnątrz uosabiało ich największy lęk.

- Nie wiem jak wy ale ja padam z nóg. – odezwała się w końcu Grace przełamując niemalże namacalną ciszę.

Po posiłku szedłem z Jane opustoszałym, podziemnym korytarzem w kierunku pomieszczeń sypialnych. Rozmawialiśmy. Na błahe, pozornie nic nie znaczące tematy. Zorientowałem się, że dopiero teraz miałem okazję porozmawiać z tą ludzką wersją Jane.

- ...gdy odszedłem z wojska ZPZ dało mi dach nad głową.

- To dla tego jesteś tak lojalny Konsorcjum?

- Wdzięczny. To było by odpowiednie słowo.

Zrozumiałem jak bardzo myliłem się co do niej. Imponowała mi swoja pewnością siebie, zawziętością, nigdy nie przestanie wierzyć w to co robi. Nigdy nie zwątpi w siebie...

- To było bardzo odważne Alex – rzuciła do mnie w wejściu swojego pokoju. – Uratowałeś Sylwanin... – zawahała się chwilę - ...i mnie.

- To nie byłaś ty, tylko twój avatar Jane. – zwróciłem jej uwagę ale czułem, że sam w to nie wierzyłem. To przestawała być tylko marionetka.

- Dobranoc Alex.

- Dobranoc.


Co się z tobą dzieje Alex, rób swoje! Powtarzałem sobie w myślach. Nie jesteś jednym z nich! Siedziałem sam w swoim pokoju.

Od trzech dni, włączałem videolog tylko po to aby nie moc powiedzieć słowa. Bo co miałem niby mówić? Miałem być ze sobą szczery? Zrezygnowany wyłączyłem komputer i położyłem się na łóżku.

Następnego dnia o dziewiątej ja i Jane lecieliśmy już z Trudy Chacon w kierunku posterunku numer 5.

Siedzieliśmy w kabinie Samsona obok pilota. Nasze avatary leżały w ładowni wraz ze sprzętem i zaopatrzeniem. Spojrzałem na spektakularny widok za oknem.

Przelatywaliśmy wzdłuż ogromnego wodospadu, tak wielkiego, że musieliśmy wyglądać jak mała plamka na jego tle. W dali widoczne były słynne kamienne łuki i lewitujące góry Alleluja. Jane tłumaczyła, że to jakiś efekt magnetyczny trzymał je w powietrzu. Czasami cieszyłem się, że nie jestem naukowcem, gdyż mogłem się tym wszystkim zachwycać bez zaprzątania sobie głowy jak to działało. Dla mnie to po prostu było.

Po chwili, wodospad ustąpił miejsca lasom, jeszcze dzikszym i wyraźnie starszym od tych w okolicach Piekielnych Wrót. Zeszliśmy niżej. Niemal między drzewa.

- Teraz może być trochę ciasno – powiedziała Trudy.

Przelecieliśmy pod olbrzymim powalonym konarem. Z gałęzi drzew, do lotu podnosiły się leśne zmory spłoszone przez helikopter. Manewrowaliśmy jeszcze chwilę między drzewami.

Trudy włączyła radiostację.

- Eden 5, tu Samson Jeden Sześć. Zbliżamy się do waszej pozycji. Przygotujcie się na powitanie.

Z radiostacji dobiegł męski głos.

- Przyjąłem Samson Jeden Sześć, tu Eden 5, witamy was.

Naszym oczom ukazał się wodospad wpadający z wysokiej skarpy do małego jeziorka. U jego brzegu znajdował się posterunek 5. Był to niewielki, przenośny moduł mieszkalny, zapewniający operatorom tylko warunki niezbędne do przetrwania. Obok niego stała szopa - zbudowana zapewne z okolicznego surowca. Konstrukcja była wielkości modułu mieszkalnego.

Wylądowaliśmy.

Dwóch naukowców wyszło nam na spotkanie. Pomogli wyładować sprzęt i nasze avatary.

Wszystko przebiegło sprawnie i szybko. Piętnaście minut później Samson był gotowy do odlotu, avatary naukowców zajęły miejsca w ładowni.

- Takeshi może z początku wydać się trochę dziwny. – rzucił do nas jeden z nich, wchodząc do kabiny helikoptera – ale to dobry naukowiec . Aha, i nie dotykajcie jego rzeczy bez pozwolenia. Łatwo go tym wkurzyć.

Staliśmy bez ruchu patrząc jak Samson odlatuje. Wkrótce odgłos wirników helikoptera ustąpił miarowemu szumowi wodospadu nieopodal. Okolice posterunku były pokryte dużymi roślinami o płaskim talerzowatym wierzchołku.

- To Anemonidy - powiedziała Jane - Kiedyś mogą się przydać na Ziemi w procesie oczyszczania gleb. Kolejny cudowny wynalazek Pandory. Poszliśmy w stronę wejścia do posterunku.

Gdy przeszliśmy przez śluzę powietrzną okazało się, że w środku modułu jest jeszcze ciaśniej niż mogło by się wydawać z zewnątrz. Trzy jednostki psioniczne stały wzdłuż jednej ze ścian. Wszędzie stały kubki niedopitej kawy. Każdą płaską powierzchnie natomiast pokrywały zdjęcia roślin i zwierząt. Przy mikroskopie siedział mężczyzna w średnim wieku. Patrząc na niego domyśliłem się, że zapewne już od dłuższego czasu żył o samej kawie. Nie odrywając wzroku od mikroskopu wskazał na Jane i ku jej zdziwieniu kazał sobie dolać. Minął jakiś czas zanim zorientował się w końcu, ze ma do czynienia z nową zmianą.

Przedstawił się nam jako Takeshi Yamoto. Wytłumaczył, że na stanowisku Eden 5 obecnie badano wpływ człowieka na ekosystem Pandory.

Spędziliśmy cały dzień na zapoznawaniu się z nowym miejscem.

Takeshi wydawał się być geniuszem który, często zapominał o rzeczach przyziemnych. Były to głównie drobiazgi takie jak higiena osobista i porządek w miejscu pracy.

Od razu zaczął oprowadzać nas po okolicy. Zwróciłem uwagę, że jego avatar nie nosił butów. Powiedział, że tak jest dużo lepiej i sam nas do tego zachęcał. Gdy staliśmy w ciałach swoich avatarów przy wodospadzie, charakterystycznie zaklaskał językiem. Z jednej ze szczelin w skale wyleciał dorosły żądłonietoperz i wylądował na ramieniu Takeshi'ego. Naukowiec wyjął z kieszeni spodni trochę owoców. Zwierzę zaczęło jeść mu z ręki.

- Tutejsi nazywają je Riti. Uważaj na żądło.

Mówiąc to podał kilka owoców Jane, która od razu, bez cienia strachu zaczęła karmić stworzenie.

Była zachwycona. Słuchała jego rad i często zadawała pytania na które Takeshi ochoczo odpowiadał. Tak samo jak Jane, podziwiał pracę Augustine. Tych dwojga mogło rozmawiać o niej godzinami.

Opowiedział, że kiedyś te tereny częściej odwiedzali Tipani, a głównym zadaniem Edenu 5 było budowanie mostu porozumienia.

- Te czasy minęły. ZPZ wciąż obcina nam fundusze i wkrótce będę musiał stąd spakować manatki... - powiedział nam, gdy szliśmy wąską ścieżką wśród paproci, których liście do złudzenia przypominały duże, opalizujące ptasie pióra. Jak wytłumaczył Na'vi używali ich jako ozdób. Wsadził kilka z liści we włosy Jane na co ta zareagowała śmiechem.

Wkrótce zakończyliśmy sesję. Takeshi usiadł do badań, Jane uzupełniała videolog a ja zabrałem się za czyszczenie M-60. Jako były wojskowy dostałem karabin maszynowy. Takeshi nie protestował.

Wieczorem dostaliśmy przekaz video od doktor Augustine. Powiedziała, że jutro wraz z Na'vi będziemy mogli udać się do szkoły, jeśli tylko będziemy chcieli.

- Jeśli uda się wam nadążyć. – zaśmiał się Takeshi pochylając się nad mikroskopem.

Noc nastała na Pandorze. Już w bazie miałem problemy z zasypianiem, teraz wydawało mi się to niemal niemożliwe - niesamowite i przerażające odgłosy dobiegały zewsząd, gdy tylko zgasły ostatnie promienie słońca. Prawdziwy zew pierwotnego świata. Jane również, oszołomiona bogactwem rzeczy jakie widziała tego dnia, nie mogła zasnąć, jedynie Takeshi chrapał jak zabity.

Rankiem, w umówionym miejscu spotkaliśmy Sylwanin. Podziękowała mi i przeprosiła za wcześniejsze zachowanie.

- Wiem, że nie wszyscy Ludzie Nieba są tacy sami. Dobro jest we wszystkim. – powiedziała mi gdy szliśmy po konarze wielkiego, obrośniętego mchem drzewa. Jane wraz z Neytiri, Tsu'Tey'em i Ninat szli nieco dalej.

- Znałam kiedyś chodzącego we śnie takiego jak ty – powiedziała w końcu – Nazywał się Ryan...

- Dla czego mi o tym mówisz? – zapytałem.

- Przypominasz mi go, chodzący we śnie. Chciał nam pomóc, jednak pewnego dnia przestał śnić. Nigdy się nie obudził... - nagle zamilkła. Wspomnienie sprawiło jej ból. Powiedziała więcej niż chciała.

Przypomniałem sobie historię opowiedzianą przez Wineeflet'a, o wojskowym, którego znaleziono martwego w pokoju połączeń...

Czy mógł być zdrajcą? To było pytanie które nie dawało mi spokoju. Zbliżałem się do niebezpiecznej granicy której nie wolno nigdy przekroczyć całkowicie.

Lud Omaticaya chciał zrozumieć co nami kierowało. W oczach Sylwanin, Ludzie Nieba zaczęli ostatnio upominać się jednak o zbyt wiele. Dotarliśmy do szkoły, lecz Sylwanin nie poszła z nami. Grace martwiła się o nią.

- Wciąż bardzo denerwuje się o wycinkę lasu. – powiedziała do nas Grace – Nie sądzę aby w najbliższym czasie złożyła nam wizytę. Będzie jednak waszym przewodnikiem. Szczególnie, jeśli wie, że zawdzięcza Alexowi życie.

Grace była zaskoczona tym, że w tak krótkim czasie udało zdobyć się nam ich zaufanie. Takeshi również darował nam zbieranie próbek i wciąż zachęcał do dalszych kontaktów z tubylcami.

W przerwach pomiędzy kolejnymi, coraz dłuższymi sesjami, wraz z Jane szlifowałem język Na'vi. Czułem, że razem wchodziliśmy coraz bardziej w głąb ich świata, co zbliżało nas do siebie coraz bardziej. Zaczynałem rozumieć jej motywację, czułem się już niemal nie jak żołnierz ale jak odkrywca nowego świata.

- Zastanawiałeś się jak to jest wyjść nocą? – zapytała. – Musi być pięknie...

- Tak, musi być wspaniale ale nie zapominajmy, że to zbyt niebezpieczne Jane, nie możemy przesadzać...

Zaśmialiśmy się równocześnie. Jane albo bardzo się zmieniła od naszego pierwszego spotkania albo to ja stawałem się coraz bardziej otwarty. Coś z mojego avatara zostawało teraz ze mną. Zauważyłem, że zgubiłem parę kilo - w przerwach niezbyt dobrze się odżywialiśmy.

Chciałem zapomnieć doszczętnie po co Selfridge mnie tam przysłał. Poszukiwanie nadajnika i tak zeszło już dawno na drugi plan. Takeshi wcale nie zachowywał się podejrzanie, więc mówiłem sobie, że wciąż miałem jeszcze czas...

Z każdym dniem pozwalaliśmy sobie na coraz dalsze podróże. Gdy kończyły się zajęcia, towarzyszyliśmy dzieciom w drodze powrotnej do domu, często spotykając młodych myśliwych z Sylwanin na czele.

Dosiadali dużych, sześcionogich wierzchowców. Rozpoznałem w nich zwierzę które zastrzelili niegdyś żołnierze Sec-Ops'u. Co ciekawe do ich prowadzenia Na'vi nie potrzebowali uzdy. Łączyli neuralną końcówkę swojego warkocza z jedną z dwóch wypustek na głowie wierzchowca przez co ich umysły stawały się jednością. Warkocze avatarów były tak samo zbudowane, lecz Jane nie śmiała prosić łowców o możliwość spróbowania jazdy na zwierzęciu. Na'vi mimo, że byli przyjaźni, to traktowali nas z pewną rezerwą. Byliśmy w ich oczach jak dzieci którym trzeba wszystko po kolei tłumaczyć. Nie narzekaliśmy, gdyż wciąż zaskakiwali nas czymś nowym.

Na'vi, zaczynali się do nas przyzwyczajać. Coraz częściej towarzyszyliśmy im podczas zwykłych, codziennych czynności, takich jak zbieranie owoców lub leczniczych ziół. Kobiety Na'vi często przy tym śpiewały. Jednego dnia, Jane nieoczekiwanie zaczęła śpiewać wraz z nimi. Piękny śpiew wypełnił przestrzeń. Bylem oczarowany. Przez moment obawiałem się jednak reakcji kobiet klanu Omaticaya. Niesłusznie. Przystroiły włosy Jane w liście pióropusznika i dały jej w prezencie jeden z bogato zdobionych naszyjników.

- Brawo! Urodziłaś się do tego! - krzyknąłem bijąc brawo. Na'vi zauważyli moją reakcję i również zaczęli klaskać, starając się mnie naśladować. Nie mogłem oderwać wzroku od Jane. Nie widziałem jej jeszcze tak szczęśliwej. Starałem bezskutecznie wmawiać sobie, że nie wymiękałem na jeden jej uśmiech.

Wioska klanu Omaticaya pozostawała jednak dla nas zamknięta. Nawet Grace Augustine nie była na tyle blisko aby tam ją wpuszczono. Z oddali obserwowaliśmy ich ogromne Drzewo - Dom. Aby być tam razem z nimi trzeba było być jednym z nich. A było to dla nas nie osiągalne...

Zauważyłem, że młodzi myśliwi z pewną nieufnością patrzeli na karabin maszynowy , gdy przeczesywałem okolicę w poszukiwaniu zagrożeń. Uważali to za śmieszne i bezcelowe, a samą broń uważali za niegodną jej miana w ich języku.

W szkole za to, zwróciłem uwagę na zabawkę którą bawili się Neytiri i Tsu'Tey. Przedstawiała skrzydlate stworzenie.

- To Ikran – Neytiri wskazała na zabawkę – Pewnego dnia gdy zostanę myśliwym jak moja siostra, dosiądę własnego.

Już dzień później miałem okazję zobaczyć prawdziwe Ikrany na swoje własne oczy.

Dotarliśmy bardzo daleko. Dalej niż kiedykolwiek. Góry Alleluja, czy Grzmiące Skały jak nazywali je Na'vi, były teraz bardzo blisko. Staliśmy na krawędzi urwiska z którego roztaczała się panorama na zniewalający, baśniowy krajobraz.

W oddali nad kamiennymi łukami widzieliśmy Na'vi dosiadających te skrzydlate bestie. Sylwetki ich podniebnych wierzchowców tańczyły na tle Polifema. Byli wolni.

Spojrzałem na Jane, byłem pewien, że myśleliśmy wtedy o jednym: Jak wspaniale było by tam być razem z nimi.