Rozdział 10

Od ponad dwóch tygodni nie potrafiłem rozgryźć Takeshi'ego, a uważałem się za człowieka znającego się na ludziach, z wielu czytałem jak z otwartej książki, bardzo przydawało się to w mojej dawnej pracy dla ZPZ. Takeshi był jednak inny. Na pierwszy rzut oka wydawał się kolejnym nieogolonym, niechlujnym, zapatrzonym w swoją pracę jajogłowym ale podświadomie czułem, że to nie wszystko co pozwalał po sobie poznawać, tak jakby tylko udawał słabość...

Nie był typowym naukowcem, tego byłem pewien. Czy był zdrajcą, tak jak podejrzewało dowództwo?

Nie udało mi się znaleźć do tej pory, żadnego, najmniejszego dowodu na takie działania. Sprawdziłem nawet jego prywatny komputer. Był pełen nic nieznaczących naukowych notatek i starych videologów.

Dni mijały szybko, niemal niezauważalnie. Kiedy jest się operatorem wiele rzeczy zaczyna się mieszać, zacierają się granice. W głowie rodzi się pytanie. Co jest tu tak naprawdę snem? Wtedy nie byłem jeszcze gotów na nie odpowiedzieć.

Obudziłem się, na zewnątrz wciąż było jeszcze ciemno. To był nasz czas na odpoczynek po ciężkiej sesji. Coś było jednak nie tak...

- Jane? - szepnąłem.

Jane nie było w swoim łóżku, a Takeshi jak zwykle spał jak dziecko. Jak on to robił?

Zerwałem się na nogi. W głębi duszy dobrze wiedziałem gdzie była teraz Jane. Dużo o tym ostatnio rozmawialiśmy. Mogłem to przewidzieć... Wbiegłem do pokoju połączeń, tak jak się spodziewałem, Jane była podłączona. Spojrzałem na ekrany monitorujące funkcje życiowe avatarów. Avatar Jane miał się dobrze jak nigdy. Była jednak na zewnątrz. Sama. Bez broni i sprzętu.

Nigdy nie wychodziliśmy nocą, Takeshi mówił, że to zbyt duże ryzyko. Duża część drapieżników wyruszała wtedy na łowy... Musiałem działać szybko. Dość już mieliśmy kłopotów.

Sam zainicjowałem połączenie, a następnie wskoczyłem do swojej kabiny.

Otworzyłem oczy. Obudziłem się na pryczy w drewnianej szopie obok modułu mieszkalnego. Tu zostawialiśmy nasze avatary gdy kończyliśmy sesje. Avatara Jane tam również nie było. Podniosłem z pod ściany M-60 i wybiegłem na zewnątrz. Niebo było czarne i pełne gwiazd.

- A niech mnie... – powiedziałem sam do siebie.

Jane miała rację, widok na zewnątrz zaparł dech w piersiach. Wszystko wydzielało swoje własne światło. Jaskrawy błękit i zieleń zdawały się wyzierać z każdej powierzchni, z każdej rośliny i najmniejszego żyjątka.

Nie poznawałem teraz niczego, zrobiłem kilka kroków pomiędzy świecącymi własnym światłem anemonidami, głównie one oświetlały teraz nocny krajobraz. Moduł mieszkalny znikał w ciemnościach w miarę jak, z M-60 w rękach zbliżałem się do wodospadu. On też się zmienił – kaskady spadającej z góry wody mieniły się wszystkimi kolorami, żądłonietoperze co chwila wylatywały zza niesamowitej wodnej kurtyny, gdyż nocą wyruszały na żer.

- Jane?

U szczytu wodospadu dostrzegłem Jane, zdawała się mnie jeszcze nie widzieć. Skoczyła. W kaskadach wody wylądowała w jeziorku.

W milczeniu przyglądałem się jak wychodziła na brzeg. Była ubrana tylko w krótkie szorty i naszyjnik z piór, wyglądała jak jedna z kobiet Na'vi, w rozpuszczonych włosach wplecione były liście pióropusznika które również posiadały własne bioluminescencyjne światło. Świeciły nawet małe kropki na jej ciele. Były dobrze widoczne, gdyż Jane była niemal naga. "To coś nowego" - uwięzło mi w gardle.

Tylko trochę była zaskoczona moim widokiem.

- Alex, musisz coś zobaczyć. Chodź za mną. – powiedziała figlarnym tonem, prawie jak dziecko chcące pochwalić się niezwykłym odkryciem.

Pobiegła wzdłuż brzegu, w stronę lasu, znikając między wysokim roślinami o cebulowatych liściach świecącymi zimnym, błękitnym światłem.

- Jane co ty... Czekaj! – krzyknąłem, uniosłem broń i pobiegłem za nią. Polifem niemal w połowie zakrywał gwieździste niebo. Pobiegłem za nią, ręką torując sobie drogę przez bujną, rozświetloną zimnym światłem roślinność. Nagle moim oczom ukazały się kępy dużych paproci, Jane pogrążona w lekkim półmroku stała wśród nich.

Podszedłem do niej bliżej, przy okazji obracając się na wszystkie strony wypatrując zagrożeń. Dziewczyna nic już nie robiła sobie z faktu, że tutejsza fauna nie należała do najłagodniejszej we wszechświecie.

- Jane? Co ty robisz? – zapytałem stojąc za jej plecami. Zapytałem ponownie, w końcu zrezygnowany pociągnąłem ją za ogon.

- Cii... Patrz... – szepnęła i wskazała na zwierzątko w paprociach.

Na pierwszy rzut oka wyglądała na brzydką, skrzydlatą jaszczurkę. Było ich więcej między paprociami.

- Dzieci mi o tym powiedziały. Biegnij za mną żołnierzu! – krzyknęła i złapała mnie za rękę pociągając za sobą.

Biegliśmy szybko między paprociami. Setki spłoszonych skrzydlatych jaszczurek unosiło się do lotu. Obracając się w powietrzu, składały skrzydła na wzór świetlistego wachlarza mieniącego się niezliczonymi kolorami. Jane zatrzymała się nagle i odwróciła się do mnie.

- Popatrz tylko...

Wokół nas wciąż latały kolorowe dyski - zwierzątka zmęczone kolejnym dniem życia w łańcuchu pokarmowym, szukały miejsca na spokojny odpoczynek. Gdy lądowały na najbliższej gałęzi składały skrzydła, na powrót stając się pozornie brzydkimi, małymi stworzonkami.

- Jaki to ma sens? – zdołałem w końcu złapać oddech.

- A czy musi mieć jakikolwiek?

W jej oczach odbijały się jak przepastne galaktyki te niesamowite, świetliste dyski. Uśmiechała się. Nieopisane piękno w świetle obcego księżyca. Obraz Ziemi wydawał się teraz tylko nierzeczywistym cieniem.

- Jane, musimy wracać... Tu nie jest bezpiecznie. Nie jesteś sobą, jesteś zmęczona, musisz odpocząć...

Odwróciła się chcąc iść dalej ale zatrzymałem ją chwytając za rękę i przyciągając do siebie.

- Czego ode mnie chcesz? – zapytała spokojnie.

Rzeczy które chcę... Ciężko to określić. Byłem rozdarty, z jednej strony poczucie obowiązku i lojalności, z drugiej nieopisany zachwyt. Uczucie, dawno zapomniane, budziło się w głębi.

Jej twarz znajdowała się teraz niebezpiecznie blisko mojej. Jeden krok wystarczył by aby wyjść poza krawędź, zatracić się i już nigdy nie wrócić...

- Chcę... Chcę żebyśmy wracali Jane. - powiedziałem po chwili.

- Biedny chłopiec który sam nie wie czego chce... – dotknęła lekko dłonią mojej twarzy. Gdziekolwiek była teraz dawna Jane, na pewno nie zamierzała szybko wracać.

- Brawo! Nie sądziłem, że odważycie się wyjść na zewnątrz nocą! Całkiem imponujące...

Rozpoznaliśmy głos Takeshi'ego, Jane szybko cofnęła rękę tak jakby dopiero teraz się ocknęła. Odwróciliśmy się równocześnie. Dosiadał, wielkie, sześcionogie stworzenie, dokładnie takie jakie brutalnie zastrzelili swojego czasu żołnierze. Koniec jego warkocza połączony był z wypustką na głowie zwierzęcia.

- Gratulacje, jeszcze nikt przed wami się na to nie odważył, pokazaliście, że nie jesteście jak reszta. Właśnie takich asystentów potrzebuję! – był wyraźnie zadowolony - Jutro wezmę was w Iknamaya.

Staliśmy jak wryci. W duchu musiałem przyznać, że Takeshi zrujnował nieco atmosferę... Zastanawiałem się jak długo stał za nami, obserwując w milczeniu, zanim zdecydował się nam przerwać.

- W góry Alleluja? Selfridge nie przyśle nam nagle helikoptera... – zwątpiła Jane.

- Mroczny koń. Na'vi nazywają je Pa'li. Niezwykłe stworzenia... – powiedział klepiąc zwierzę po grzbiecie. – To wszystko czego potrzebujemy aby się tam dostać... Wasze pokaże wam jutro – powiedział po chwili ciszy.

- Nasze? Czekaj, czekaj. Masz na myśli nasze, własne Pa'li? – Jane zapomniała sytuacji sprzed kilku chwil. Podbiegła do stworzenia, jej ogon poruszał się teraz entuzjastycznie to w prawo, to w lewo.

Stałem cały czas w miejscu z karabinem w ręku.

- Czemu? – zapytałem.

- Co, czemu? – Takeshi pochylił się na grzbiecie wierzchowca.

- Czemu mamy nagle wyruszyać w góry? Co ze szkołą? – byłem nieco zbity z tropu, pytałem głównie aby nie stać bezczynnie z tępym wyrazem twarzy.

- W celach badawczych, to przecież oczywiste! – Takeshi zaśmiał się - Szkoła nigdzie nam nie ucieknie, a okres godowy górskich zmór jest przecież tylko raz do roku, zresztą Grace też tam będzie. Nie przepuściła takiej okazji jak długo ją znam.

Oczy Jane rozszerzyły się w zachwycie, otworzyła usta, nie zdolna wypowiedzieć już słowa. Naukowiec dosłownie otworzył worek z prezentami.

- A kto będzie prowadził szkołę? – wykrztusiła w końcu.

- Doktor René Harper. Jest jej zastępcą, to dobry nauczyciel, a podczas nieobecności Grace Augustine przejmuje w bazie obowiązki szefa programu.

- Nie damy rady nauczyć się jazdy w jeden dzień. – wskazałem na zwierzę.

- Jutro rano zaczynamy naukę, nie martwcie się to nie jest wcale takie trudne, a teraz wracamy do łóżek. Jestem cholernie zmęczony...


Następnego dnia wstaliśmy wcześnie, nieco zmęczeni. Proteinowa papka i kubek niesmacznej kawy niezbyt pobudzały do działania. W milczącym porozumieniu ja i Jane postanowiliśmy nie poruszać za bardzo wydarzeń zeszłej nocy. Następnego ranka człowiek zazwyczaj zaczyna inaczej patrzeć na pewne sprawy.

Po śniadaniu od razu wskoczyliśmy do kabin psionicznych. Jednostka Takeshi'ego była czynna już od jakiegoś czasu.

Skierowaliśmy nasze kroki w stronę wodospadu, Takeshi już tam był, wraz z trzema wierzchowcami.

- Piękny poranek na kilka zdrowych upadków, prawda? – powiedział karmiąc małego żądłonietoperza który wylądował mu na ramieniu. – Szybko, nie mamy całego dnia!

Z lekkim powątpiewaniem wpatrywałem się w końcówkę swojego warkocza - to było dopiero dziwactwo. Włosy były tylko osłoną dla delikatnego splotu nici, poruszających się tak jakby żyły własnym życiem.

- Mam podejść i wsadzić to tam? – wolałem się upewnić, wskazałem na długą wypustkę na głowie zwierzęcia.

- Nie inaczej. Dalej, zabierasz się za to prawie od godziny! – powiedział Takeshi z grzbietu swojego wierzchowca.

Jane załapała dosyć szybko i już od jakiegoś czasu mknęła tam i z powrotem wzdłuż brzegu jeziorka. W moim mniemaniu trochę za bardzo się popisywała, a nie chciałem być gorszy.

- Stój w miejscu do cholery... No dobra, podłączam wtyczkę. – Eee, no dobra, to coś nowego...

To było dziwne uczucie, dość ciężkie do opisania, czułem, że Pa'li stał się nagle częścią mnie. Na jakimś poziomie dzieliliśmy razem swoje myśli, czułem, że zwierze stało się naturalnym przedłużeniem mojego ciała. Wdrapałem się na jego grzbiet.

- Dobrze...– zachęcał naukowiec. – Myśl gdzie chcesz jechać ale nie staraj się całkowicie dominować...

Skupiłem chwilę myśli. Do przodu. Mroczny koń przeszedł kilka kroków po czym stanął.

Spojrzałem na Takeshi'ego, zdawał się lekko zawiedziony, że tak szybko załapywaliśmy. Co więcej nikt ani razu jeszcze nie upadł. Do przodu, teraz trochę szybciej... Na początku powoli ruszyłem z miejsca, zacząłem się rozpędzać, po czym przeszedłem płynnie w galop, minąłem Jane, z jej wyrazu twarzy również dało się wyczytać lekkie zdziwienie. Nie była dziś jedynym i słusznym wirtuozem jazdy wierzchem. Od razu ruszyła za mną w pogoń. Gnaliśmy jakiś czas na równi ze sobą. Zatoczyliśmy koło wokół całego tereny posterunku i zatrzymaliśmy się przed Takeshi'm.

Naukowiec pokiwał głową z aprobatą.

- Nauczyć się jazdy na Pa'li jest łatwo. – powiedział - Dopracować ją do perfekcji jest już dużo trudniej. Nie myślcie, że pozjadaliście wszystkie rozumy. – westchnął - Za godzinę wyruszamy, weźmiecie tylko najpotrzebniejsze graty. Do dzieła.


- Co o nim myślisz Jane? – zapytałem gdy pakowaliśmy do plecaków sprzęt i prowiant.

- O Takeshi'm? Współpraca z nim to najlepsze co mogło nas spotkać, a najlepsze, że Selfridge myśli, że nas ukarał – odparła Jane.

- To wszystko? Nie jesteś ciekawa skąd wziął te Pa'li? Skąd wie to wszystko?

- O co ci chodzi Alex? – zapytała Jane podejrzliwie.

- Chodzi mi o to, że... Myślę, że nie mówi nam wszystkiego.– powiedziałem po czym zważyłem w dłoni maczetę. – Źle to robisz. –powiedziałem gdy zauważyłem gdzie Jane wpycha racje żywnościowe – Pomogę ci.

Chwilę walczyłem z zapięciami.

- Przepraszam za wczoraj – powiedziała cicho - Powinnam ci powiedzieć co zamierzam.

- Nie przepraszaj, gdybyś mi powiedziała nie zgodziłbym się i nie wyruszalibyśmy w góry Alleluja na tych potworkach. - dopiąłem plecak.

- To nie potworki! Są całkiem milutkie... – zaprotestowała.

- Taa, jasne...

Niecałą godzinę później wsiedliśmy wszyscy na nasze wierzchowce, spojrzałem na Takeshi'ego miał przy sobie tylko małą torbę i wielki, bogato zdobiony łuk wraz z kołczanem strzał, u pasa wisiał sztylet. Zastanawiałem się jak długo przebywał z dala od Piekielnych Wrót, nie chciałem jednak pytać otwarcie.

Naukowiec dał znak do wyjazdu, ruszyliśmy za nim. Opuściliśmy Eden 5, wjechaliśmy w wąską ścieżkę między drzewami mijając ogromny konar drzewa pod którym jeszcze dwa tygodnie temu przelatywałem helikopterem.

Gdy przeprawialiśmy się przez rzekę, spotkaliśmy na naszej drodze Sylwanin wraz z kilkoma młodymi myśliwymi, również zmierzali w góry Alleluja. Wymieniliśmy przywitania w rdzennym języku.

- Okres godowy górskich zmór ma duże znaczenie dla Na'vi – wytłumaczył szybko Takeshi gdy jechaliśmy dalej – Nie zdziwcie się jeśli zobaczycie ich w nieco większej liczbie – puścił oko do Jane i z powrotem podjechał do Sylwanin, rozmawiali cicho, nie mogłem dosłyszeć ich rozmowy.

Postanowili nam towarzyszyć, zdawali się być pełni podziwu dla mnie i Jane, że tak szybko opanowaliśmy jazdę na Pa'li choć jazda w terenie nie była wcale taka łatwa, Takeshi miał rację, potrzeba było wiele nauki aby zostać mistrzem, utwierdzał mnie w tym przekonaniu widok myśliwych i samego Takeshi'ego, poruszali się z niespotykaną gracją, ja i Jane bardzo się staraliśmy aby nie opóźniać reszty.

Wkrótce zostawiliśmy posterunek daleko za sobą, jechaliśmy na północ wzdłuż brzegu wielkiej rzeki. W oddali dostrzec można było już niezwykłe latające góry Alleluja. Za nimi majaczyły na horyzoncie masywne kamienne łuki.

Iknimaya, jak je nazywali Na'vi zbliżały się z każdą chwilą.

To co najbardziej mnie zainteresowało było to w jaki sposób Sylwanin odnosiła się do Takeshi'ego. Rozmawiała z nim jak równy z równym, nie było między nimi jakiegokolwiek dystansu, młodzi Na'vi odnosili się do naukowca niemal z szacunkiem. Coś nie dawało mi spokoju...

Kilka godzin później szum wodospadów zagłuszył wszystko, wspinaliśmy się w górę jadąc jedno za drugim stromą skalną ścieżką. Teren wznosił się z każdą chwilą, po jakimś czasie wyjechaliśmy na wielką kamienną półkę. Usłyszeliśmy nagle grzmot z oddali, tak jakby nadchodziła burza o sile przekraczającej wszelkie wyobrażenia.

- Grzmiące Skały! – Takeshi przekrzyczał hałas. – Tak je nazywają Na'vi, góry zderzają się czasem ze sobą w powietrzu, to Iknimaya! Jesteśmy na miejscu!

Jeszcze coś było nie tak, spojrzałem w górę, zamiast niebieskiego nieba ujrzałem las, dosłownie wywrócony do góry nogami. Był to spód masywnej latającej góry, jednej z wielu w zasięgu wzroku. Po wielu godzinach trudnej podróży wreszcie byliśmy na miejscu. Podjechaliśmy kawałek dalej, niemal na krawędź wysokiego klifu, wyjeżdżając z cienia niezwykłej góry. Mieliśmy stąd zapierający dech w piersiach widok na królestwo górskich zmór. Kilka latających gór było widocznych kilometry dalej, pośród chmur.

Setki, tysiące stworzeń pogrążone w podniebnym tańcu szybowało wysoko w górze. Ich przeciągłe ryki odbijały się echem na wiele kilometrów. Spojrzenie w dół natomiast mogło przyprawić o zawrót głowy, byliśmy bardzo daleko od ziemi. Niesamowite formacje skalne w postaci kamiennych łuków spoczywały we mgle.

Sylwanin i reszta myśliwych pogalopowali dalej po niezwykłym kamiennym łuku. Łuk prowadził na jedną z najbliższych latających skał ginącej wśród chmur. Jeźdźcy rozpłynęli się w białej mgle. Takeshi wytłumaczył, że chcieli dogonić innych członków klanu Omaticaya którzy również przybyli obserwować niezwykłe zjawisko. Chcieliśmy jechać za nimi, lecz Takeshi zatrzymał nas gestem.

- Patrzcie tylko... – wyjął z torby kamerę.

- Kiedy przybędzie doktor Augustine? – zapytała Jane.

Odpowiedź pojawiła się natychmiast, znajomy Samson przeleciał obok i zawisł przed nami. W otwartej ładowni dostrzegłem Grace i dwóch innych avatarów, jeden trzymał podręczną kamerę.

- Takeshi ty stary draniu, wiedziałam, że gdzieś cię tu znajdę! – przekrzyczała hałas wirników. - Tym razem to ja będę mieć lepsze ujęcia! – wskazała kciukiem na towarzysza z kamerą który wychylał się z drugiej strony filmując już górskie zmory.

- To się jeszcze okaże Grace! Mam twoich asystentów! – krzyknął naukowiec.

- Tylko mi ich nie zabij! – zaśmiała się - Dobrze. Trudy, podlećmy bliżej!

Śmigłowiec uniósł się i poleciał w kierunku zmór, zachowując jednak bezpieczną odległość. Obserwowaliśmy chwilę jak Samson oddalał się.

- W jaki sposób zdobędziemy lepsze ujęcia? – zapytała zaciekawiona Jane.

- Macie jedno z najlepszych możliwych miejsc, chcę żebyście tu zostali i filmowali co tylko możecie. – powiedział wręczając Jane kamerę – Wrócę tu jutro rano.

- Zostawia nas pan? – Jane była zawiedziona.

- Mam kilka próbek do zebrania, kluczowych dla moich badań, chcę je mieć zanim stąd odjadę, bułka z masłem... – spojrzał na stada zmór w górze – Nie mieszajcie się w rytuały Na'vi, będą je odprawiali całą noc. I tym razem mówię poważnie. Chcę żebyście tu dziś zostali, przygotujcie obóz, zdobądźcie dobre ujęcia. Liczę na was... – wycofał się kawałek, po czym popędził wierzchowca w kierunku w którym udali się myśliwi, tak jak oni znikając nam z oczu we mgle...

Jane zeskoczyła ze swojego Pa'li, zdjęła plecak.

- Cóż, wygląda na to, że trochę tu pobędziemy... – spojrzała na kamerę. – Co ty robisz?

- Idę za Takeshim. – powiedziałem nie zsiadając z mrocznego konia.

- Co? Słyszałeś co powiedział? Mamy zostać, założyć obóz, zebrać dane...

- Dał ci kamerę, a masz pojęcie jak ją obsługiwać? Tak po prostu zostawia nas samym sobie? Zresztą ty nie posłuchałaś już raz zakazu.

- Tym razem to co innego...

- Takeshi coś ukrywa, chcę wiedzieć na czym stoimy. Wrócę. Ty zostań i zabezpiecz obóz.

Ruszyłem przez skalny most, minąłem kilka mniejszych latających skał.

Musiałem zostawić Jane, nie miałem wyboru. „Będzie wściekła ale przejdzie jej", myślałem sobie.

Skalny łuk doprowadził mnie na szczyt latającej góry. Był obficie porośnięty drzewami, mniejszymi jednak od tych jakie można było dostrzec w dole przez luki w gęstej warstwie chmur. W dali helikopter wciąż krążył wokół niebezpiecznych górskich zmór. Wzbierała mgła.

Poważnie zacząłem się zastanawiać czy nie wracać, dalsza droga urwała się nagle, w każdym kierunku nic tylko krawędź.

- Przecież musieli jakoś zejść w dół, nie mają przecież skrzydeł...

Nagle zauważyłem kilka wierzchowców, stały spokojnie przy krawędzi góry spijając długimi językami nektar z kwiatów dzbanecznika. Po ich jeźdźcach nie było najmniejszego śladu.

Zeskoczyłem z wierzchowca, spojrzałem w dół, poza krawędź klifu. Stroma ściana była obficie porośnięta opadającymi ze szczytu korzeniami.

- A niech mnie...

Dostrzegłem kilku Na'vi na swych górskich zmorach. Lecieli w powietrzu, manewrując między licznymi, mniejszymi skałami. W powietrzu dawało się dostrzec więcej Na'vi, niektóre z ich górskich zmór były przystrojone w powiewające na wietrze proporce. W powietrzu nie było drugiego takiego samego Ikrana i jeźdźca, mógłbym przysiąc, że wśród nich był Takeshi. Wszyscy zmierzali w jednym kierunku – w dół, w krainę grzmiących wodospadów i skał.

A więc Takeshi miał również swoją górską zmorę, wszystko zaczynało się powoli układać...

Po raz kolejny rzuciłem okiem poza krawędź, zdawało mi się, że powinienem dać radę, kolejne niżej zawieszone w powietrzu skały zdawały się być wystarczająco blisko siebie...

Rzuciłem plecak na ziemię, za pas wcisnąłem maczetę, karabin przewiesiłem przez plecy, czekała mnie długa droga w dół...


Powoli, krok po kroku schodziłem w dół po skalnej ścianie ostrożnie planując kolejny ruch, korzenie były śliskie.

Byłem w połowie drogi gdy kątem oka dostrzegłem nagle ruch w powietrzu, z przerażeniem odkryłem, że jeden z latających w górze Ikranów odłączył się od reszty i leciał w moim kierunku, nie miał jeźdźca i był bardzo głodny...

Zbliżał się z każdą sekundą, lecąc od strony zachodzącego słońca. Chciał dosięgnąć mnie szponami, lecz w ostatnim momencie puściłem się korzenia spadając kilkanaście metrów w dół, ostatkiem sił chwyciłem się liany schodzącej aż do szczytu kolejnej zawieszonej w powietrzu skały. Spojrzałem w górę, drapieżnik nie zamierzał zrezygnować z tak łatwego posiłku, zaczął pikować w moim kierunku.

Dobyłem maczety, jedną dłonią mocno chwyciłem się się liany. Walczyłem teraz o życie. Tym razem zawisł przede mną, kłapnął szczęką w moim kierunku, ciąłem na oślep, trafiając stworzenie w łeb nad okiem. Krzyk Ikrana rozniósł się echem w powietrzu niemal mnie ogłuszając. Stworzenie zaatakowało ponownie z jeszcze większą furią, chwyciło mnie ogromnymi szponiastymi łapami i porwało w powietrze. Pazury boleśnie wbiły się w bok.

Ponownie ciąłem maczetą, zwierze poluzowało uścisk, zacząłem zsuwać się w dół, w ostatnim momencie Ikran chwycił mnie za nogę. Wisiałem głową w dół, maczeta wyśliznęła się z ręki spadając w otchłań. Zezowałem wzrokiem na sprzączkę karabinu która była teraz na poziomie moich oczu, chwyciłem karabin zanim podzielił los maczety, odbezpieczyłem broń.

- No spróbuj ty obleśny sukin...

Pochylił łeb w kierunku mojej głowy, otworzył paszczę ukazując dwa dwa rzędy ostrych jak brzytwa zębów.

Oddałem serię z karabinu, kule przeszyły lewe skrzydło bestii. Zwierze zawyło donośnie, wyrzuciło mnie wysoko w powietrze, wypuściłem z rąk karabin. Przeleciałem nad drapieżnikiem lądując nieoczekiwanie na jego grzbiecie. Z całych sił chwyciłem się szyi stworzenia, spadaliśmy w dół krzycząc w niebogłosy. Zwierzę obracało co chwila łeb próbując mnie dosięgnąć, przeskakiwałem co chwila z jednego boku drapieżnika na drugi, o centymetry unikając potwornych szczęk.

Grzmiące Skały zostały wysoko za nami, pęd powietrza odbierał mi dech. Wylecieliśmy z chmur oczom ukazała się dolina pełna kamiennych łuków. Przelecieliśmy nad wodospadem, po nim przelecieliśmy pod jednym z większych kamiennych łuków, zlecieliśmy między drzewa, drapieżnik chciał za wszelką cenę pozbyć się pasażera na gapę. Uniosłem się trochę na grzbiecie stworzenia i skoczyłem w stronę najbliższej gałęzi...

Źle wymierzyłem skok. Spadłem w dół łamiąc inną, potem następną i tak dalej aż do samej ziemi...

Krzyk Ikrana jeszcze jakiś czas odbijał się echem w mojej głowie.

Leżałem chwilę bez ruchu starając nieco uspokoić nerwy, dochodziło do mnie powoli, że właśnie przeżyłem jedną z najbardziej popapranych i niesamowitych rzeczy w całym moim życiu. Lot Walkirią to przy tym pryszcz...

Obolały i poharatany powoli podniosłem się z ziemi, nogi wciąż mi się trzęsły...

Rozejrzałem się w koło, nie miałem zielonego pojęcia gdzie jestem. Zdjąłem zakrwawioną i podartą koszulę, odsłaniając podkoszulek z małym logiem ZPZ. To na wypadek gdyby ktoś nie wiedział, czemu wyglądam tak a nie inaczej.

Cienie wydłużały się, słońce powoli zachodziło, zalewając krajobraz czerwienią i złotem.

Zataczając się, wyszedłem z pomiędzy drzew, zmrużyłem oczy przed blaskiem zachodzącego słońca. Zorientowałem się nagle, że stałem na małym drewnianym pomoście.

Gdzie okiem sięgnąć znajdowały się podniebne góry, znajdowałem się na dnie wielkiej skalnej doliny pełnej kamiennych łuków i szumiących wodospadów. Ściany kotliny pokrywały pnące się w dół formacje roślinne oraz lekkie drewniane konstrukcje służące za pomosty między kolejnymi skalnymi półkami. W dole płonęły już liczne ogniska. Sylwetki setek Na'vi przemykały w ich blasku. Zmierzali teraz ze wszystkich stron do centrum wioski, gdzie płonęło największe z ognisk. Zapadała noc, budząc galaktyki bioluminescencji wokół...

Nie wiedziałem do końca jak tego dokonałem ale dotarłem na miejsce.