Rozdział 11

Gdy zgasły ostatnie promienie słońca postanowiłem podkraść się bliżej, do wielkiego ogniska. Miałem świadomość, że idę na żywioł, za wszelką cenę chciałem doprowadzić to do końca, poznać prawdę...

Zeskoczyłem w dół z drewnianego pomostu, lądując lekko wśród trawy. Skaliste ściany doliny rozświetlały teraz tylko płomienie ognisk i niekiedy opadająca z góry bioluminescencyjna roślinność. Niezliczone, obce gwiazdy wypełniały czarny aksamit nieba, Polifem swym groźnym, burzowym okiem spoglądał z góry na zebranych. Ciekawe jak Pandora wygląda nocą z jego perspektywy, przypuszczam, że musi to być coś w stylu odległych świateł wielkiego miasta...

Przeczekałem spokojnie aż przejdzie dwóch wojowników uzbrojonych we włócznie, następnie pochylony pobiegłem do małego wzniesienia pokrytego nieco wyższą trawą. Położyłem się na brzuchu, miałem stąd dobry widok na główne ognisko i zgromadzonych. Światło ogniska padało na twarze Na'vi, za nimi w półmroku dawało się dostrzec niekiedy Ikrany lub Pa'li przystrojone w proporce najróżniejszych kształtów i barw. W spokoju obserwowały...

Rozpoznałem Sylwanin i Mo'at , u ich boku stał zapewne Eytukan – lider klanu Omaticaya, miał ostre rysy twarzy a jego klatka piersiowa pokryta była długimi bliznami otrzymanymi prawdopodobnie w starciach z wieloma drapieżnikami, jego oczy były teraz spokojne, skupione na innych. Wokół ogniska bowiem stali też inni i nie byli to tylko Omaticaya jak zauważyłem. Niektórzy wyglądali na nieco silniej zbudowanych, ich twarze i ciała były pomalowane w białe barwy wojenne, jeszcze inni nosili maski. Niektórzy byli ubrani byli nieco ciężej od dotychczas spotykanych mi Na'vi, mieli na sobie nawet coś w rodzaju lekkich pancerzy, które zapewne w ich przekonaniu mogły ich ochronić przed ogniem z karabinu. Niemal wszyscy uzbrojeni byli w łuki i włócznie, kilku z nich miało przy sobie także coś w rodzaju mieczy.

Jako pierwsza odezwała się Mo'at.

- Musimy zrozumieć Ludzi Nieba! – powiedziała głośno do zebranych – Eywa milczy, więc musimy czekać!

- Ludzi Nieba nie można zrozumieć, są szaleni. Przyjdą tu po kamień. – odezwała się starsza Na'vi naprzeciwko niej.

- Pozwól, ze to ja przemówię w imieniu Tipani Tsahik Sänume.

Naprzód wyszedł wysoki, dobrze zbudowany Na'vi, minęła chwila zanim zorientowałem się, że to Takeshi.

Ledwo go teraz poznałem, był wymalowany jak reszta Tipani. Był jednym z nich...

Różnica tkwi w szczegółach. To było ledwo miesiąc temu, a już w duchu śmiałem się z ignoranta jakim wtedy byłem. Nie potrafiłbym odróżnić avatara od Na'vi. Wtedy nie...

Wspomnienie było jak uderzenie z bliska w twarz. Pierwszy dzień pobytu i atak na kolonię, wojownik który rozniósł PZM na strzępy, wojownik który wyrzucił mnie z kabiny z taką łatwością, wojownik... Wojownik który darował mi życie...

Wszystkie elementy były już na miejscu. Takeshi był zdrajcą którego szukało dowództwo. To koniec. Gdy się zorientują zamkną program wściekli z powodu jego zdradzieckich rezultatów. Poklepią po ramieniu i powiedzą: „Dobra robota synu", jak wiele razy wcześniej...

- Byłem jednym z Ludzi Nieba. Chciałbym móc powiedzieć inaczej, naprawdę ale to wszystko prawda. Przynoszą ze sobą smutek i zniszczenie. Będą obiecywali cuda lecz pewnego dnia przyjdą zabrać nam to co kochamy... Przybędą w latających kunsip i spalą wszystko...

Takeshi kontynuował, opowiedział jak udało mu się pomóc w ataku, opowiedział jak odciągnęli główne siły. Byli jak cienie... Nie mogłem już słuchać. Chciałem aby zamilkł, każde słowo pogrążało go przecież coraz bardziej.

- Zrobiliśmy to aby ratować naszych braci! Ten którego zwą Riker chciał wiedzieć o wielkiej naradzie. O nas! Zadawał ból naszym braciom, musieliśmy ich uratować, musieliśmy stawić czoła Ludziom Nieba...

Zamknij się, proszę zamknij się, nie rób tego...

- Więc co powinniśmy zrobić? Takeshi, Nie- człowieku Nieba? - Zapytała Mo'at.

- Chciałbym móc powiedzieć inaczej ale musimy walczyć, do ostatniego człowieka...

- Jeśli nawet ten który był jednym z nich mówi że nie można ich uleczyć, to nic nie pozostaje... Tipani będą dalej walczyć! – powiedziała Sänume, na jej słowa wojownicy za jej plecami unieśli do góry łuki i włócznie, wydając z siebie dziki okrzyk.

- U'imi huyuticaya staną do walki! – krzyknął wojownik w białej masce, członkowie jego klanu zareagowali entuzjastycznie wydając z siebie okrzyk podobny do wycia wężowilka.

Za ich przykładem poszły inne klany, wkrótce niemal każdy z nich ogłosił gotowość do walki z obcymi. Nie mogłem uwierzyć, naprawdę chcieli porwać się z łukami i dzidami na ogień z karabinów...

- Walczmy matko! Walczmy z obcymi, to jedyna droga! – Sylwanin wybiegła przed Mo'at, wpatrując się w nią pełnymi żalu oczyma. – Widziałam co zrobili, nigdy nie przestaną!

- Córko, musisz zaufać matce... – odezwał się w końcu Eutukan, aż do tej pory zachowywał milczenie – Uczą nasze dzieci swego języka, chcą się uczyć, chcą widzieć. Eywa milczy, więc mówię aby dać im szansę!

To było zbyt wiele... Nie byłem sobą, ukryłem twarz w dłoniach, chciało mi się wrzeszczeć. Po co ci to było pieprzony szpiegu? Tak Alex, jesteś pieprzonym szpiegiem bo to przecież tylko praca. Twoja praca...

Dalej padły nazwiska, Takeshi wymieniał tych którzy gotowi są pomóc ich sprawie. Niejaki René Harper był również gotów aby zostać jednym z Tipani.

- Nie widzicie nadziei? Zatem lud Omaticaya... – zaczął Eutukan.

- Stójcie! Jest nadzieja! Wciąż jest nadzieja! – kolejny znajomy głos.

Tylko nie to... Znowu obróciłem się na brzuch, wokół ogniska panowało zamieszanie ktoś wybiegł z tłumu za Omaticaya. Rozpoznałem Jane. Dysząc stanęła przed Mo'at i Eytukanem.

- Wciąż jest jeszcze nadzieja. Nie idźcie na wojnę z Ludźmi Nieba...

- Kim jesteś chodząca we śnie? – zapytała spokojnie Tsahik Sänume, gestem uspokajając swoich wojowników, natychmiast odstąpili od Jane.

- Znam ją, była w szkole Grace Augustine, chodziła z ludem Omaticaya – odezwała się Sylwanin.

Wybiegłem z ukrycia i wciąż wrzeszcząc przecisnąłem się do ogniska, Na'vi mnie nie zatrzymywali. Musieli być w niezłym szoku. Nie miałem pojęcia co robiłem ale czułem się z tym dobrze. W końcu czułem, że słusznie robię. Stanąłem obok Jane.

- Co ty tu robisz? – zapytałem kątem ust, rozglądałem się po twarzach zebranych, spotkałem oczy Takeshi'ego – był w szoku, wreszcie udało się nam go czymś zaskoczyć. – Której części słowa „zostań" nie zrozumiałaś?

- „Zostań i zabezpiecz obóz", myślałeś, że puszczę cię samego? Pojechałam tylko łatwiejszą drogą... – odpowiedziała cicho Jane.

- Kazałem wam zostać! – krzyknął Takeshi, następnie zwrócił się do Sänume– Musiałem ich ze sobą zabrać, są nierozważni, a nie chciałem aby Ludzie Nieba coś podejrzewali...

- Dla czego uważasz, że nadzieja nie zgasła chodząca we śnie? – Sänume zignorowała Takeshi'ego. Wpatrywały się teraz na nas dwoje. Reszta klanów również zamilkła, ciekawa wyniku nieoczekiwanego wydarzenia...

- Nie wszyscy są tacy jak Quaritch czy Riker. Jest jeszcze Grace Augustine i jej szkoła...

- Kim jest ten o pustym wzroku? Niespokojny duch... –wskazała na mnie, nie była pierwszą osobą która tak mówiła.

- To Alex Pinbaker, chodzący we śnie który uratował moją córkę. – Mo'at również wystąpiła naprzód. W jej oczach zapłonęła iskierka nadziei...

Sylwanin potwierdziła słowa matki. Szepty przebiegały teraz wśród reszty zebranych.

Sänume chciała dowiedzieć się więcej o Grace i jej szkole. Jane odpowiadała na wszystkie pytania. Takeshi wyraźnie zbity z tropu milczał, czekając na decyzję przywódców klanów.

Po chwili milczenia Sänume odezwała się w końcu:

- Teraz przywódcy klanów zadecydują. Zostawcie nas .

Kazała nas odprowadzić, reszta Na'vi ruszyła za nami pozostawiając przy wielkim ognisku jedynie przywódców każdego z klanów. Decyzja która miała zmienić resztę mojego życia zapadała...

Odprowadzono nas na jeden z odosobnionych pomostów z dala od ognisk, obok małego wodospadu. Staliśmy tam teraz tylko we troje. Takeshi, Jane i ja.

- Uratowałeś Sylwanin, bardzo odważnie... – odezwał się w końcu Takeshi przełamując ciszę.

- Dlaczego? Jak to możliwe... – zapytałem.

- Bo nadchodzi czas w którym każdy musi wybrać stronę. Ja wybrałem Na'vi. Nie ustąpię dopóki będą tu ludzie tacy jak Riker, Falco czy Quaritch. Nie wiem jak to zrobiliście ale udało wam się przeszkodzić w połączeniu sił wszystkich klanów...

- Przeszkodziliśmy rzezi! – krzyknęła Jane – Jesteś naukowcem, jak możesz podżegać do wojny?

- Bo to jedyne co można zrobić! Wiesz ile dałby Riker aby dowiedzieć się o tej naradzie? Wiesz co by zrobił?

- Patrzałem teraz w oczy wojownika, nie naukowca. Miałem dosyć kłamstw...

- Podejrzewali cię Takeshi. Dla tego tu jestem. Miałem znaleźć zdrajców.

- Wiem o tym. Od początku wiedziałem... Na tydzień przed twoim przybyciem dostałem szyfrowany przekaz z Ziemi.

Jane spoglądała teraz to na mnie, to na Takeshi'ego.

- Wiedziałeś? Więc dla czego...

- Widziałem to wtedy w twoich oczach Alex. Wtedy pierwszego dnia, rozpoznałem cię, chciałem cię zabić... Nie potrafiłem... Nie jesteś taki jak oni! Nie jesteś...

- Macie mi sporo do powiedzenia. – powiedziała z wyrzutem.

I tak się właśnie stało, opowiedzieliśmy o wszystkim, łącznie z atakiem i jego finałem. Powiedziałem do czego naprawdę potrzebował mnie Selfridge.

- Więc wszystko... Było kłamstwem? – Jane miała łzy w oczach, nie podobał jej się człowiek jakim się okazałem.

- Nie, Jane to było prawdziwe. Jak sen ale prawdziwe, jak nic innego w moim życiu...

- Co teraz masz zamiar zrobić żołnierzu? Jak to się zakończy? – zapytał w końcu Takeshi.

Czasami człowiek staje na rozstaju, kolejna decyzja decyduje o wszystkim...

- Darowałeś mi życie, myślisz że mógłbym teraz cię im wydać? Nie, Takeshi, to dług którego nie będę w stanie spłacić...

Wybrałem. Miałem wrażenie, że od początku podążałem właśnie do tego momentu...

Wezwano nas do przywódców klanów...

Okazało się, że odważny wyczyn Jane poskutkował. Tipani nie pójdą na wojnę a inne klany poszły ich śladem. Co więcej Tsahik Sänume uznała, że dzieci Tipani również pójdą uczyć się od Grace Augustine pod jednym warunkiem...

- Wy również będziecie nauczać się od ludu Tipani. Pokażecie swoim wodzom, że jest to możliwe. Takeshi pokaże wam jak być jednym z nas.

Takeshi z szacunkiem przyjął powierzone mu zadanie, jutro mieliśmy wyruszyć wraz z Tipani do ich Drzewa-Domu. Teraz jednak musieliśmy odpocząć. Położyłem się niedaleko jednego z ognisk i zamknąłem oczy.

Obudziłem się w swoje kabinie. Przez jakiś czas patrzałem tępo przed siebie zanim zdecydowałem się wyjść.

Po całym dniu dziwnie było teraz patrzeć na Jane i Takeshi'ego w ludzkich postaciach.

- Co robimy? – to jedyne co miałem siłę powiedzieć. Czułem się jakby przybyło mi kilka lat.

- To co chcą Tipani. – odpowiedziała Jane. – Selfridge chciał zdrajców ale my damy mu coś lepszego. Damy mu święty spokój, powiedział przecież, że wojna nie jest tania...

- Nie jest wojskowym, zrozumie, a jeśli to nie podziała sam się oddam w jego ręce i przyznam do wszystkiego. Nic nie tracicie...

- To nie będzie konieczne, uda się nam... – zapewniła Jane.

Poszedłem prosto do łóżka. Nie miałem sił by śnić o czymkolwiek.