Rozdział 12

To było takie proste. Za proste. Czy człowiek może się zmienić? Tamta noc skierowała mnie na inny tor, to było pewne. Dokąd w takim razie prowadził?

Możliwe, że szukałem tam odkupienia, zadośćuczynienia za to co robiłem wcześniej, a może robiłem to tylko dla siebie? Jedno było pewne – Nie miałem zamiaru się poddać. Przekroczyłem punkt bez powrotu, a widownia czeka w skupieniu i zastanawiała się w zadumie jak to się wszystko skończy...


Następnego ranka jechaliśmy już konno wraz z Takeshim i kilkunastoma innymi jeźdźcami. Żaden z nich prócz naukowca nie odzywał się do mnie i Jane, nawet na nas nie patrzyli, Takeshi mówił, że niezwykle ciężko jest zdobyć zaufanie Tipani. Pomyślałem, że jeśli jemu się jakoś udało to może nam też. Mieliśmy w końcu tylko niecałe trzy miesiące, wiedziałem, że będę musiał się przyłożyć, dać z siebie wszystko.

Przejechaliśmy wąską ścieżką między wysokimi skalnymi ścianami. Tipani wysoko wśród drzew okrzykami informowali się nawzajem, że nadjeżdżamy. Ścieżka wyprowadziła nas na tereny wokół ogromnego drzewa. To dopiero było drzewo... Większego w życiu jeszcze nie widziałem, choć przyznam, że drzewa zacząłem widywać częściej dopiero tu, na Pandorze. Wcześniej może ze dwa razy na wystawie, za grubą, masywną szybą...

Na'vi widząc przybywających do wioski wojowników, oraz swoją Tsahik, porzucali codzienne czynności i gnali do stop Drzewa–Domu. Jego ogromne konary niemal całkowicie przykryły niebo nad naszymi głowami. Wjechaliśmy do jego wnętrza, przejeżdżając pod jedną z gigantycznych kolumn podtrzymujących całe drzewo. To była katedra. Spojrzałem w górę. Wnętrze było pełne naturalnych nisz i zagłębień, prowadziła do nich spiralna droga pnąca się w górę przez całe drzewo aż do ginącego w mroku sklepienia. Czułem na sobie wzrok kolejnych mieszkańców, kilka dziewczyn Na'vi obserwowało młodych wojowników szepcząc między sobą, mały chłopiec rzucił mi strachliwe spojrzenie tuląc się do piersi matki. Sanume zeszła z wierzchowca, weszła na jedną z niższych nisz Drzewa-Domu i zaczęła opowiadać o wynikach narady. Nie zrozumiałem każdego słowa, ale zorientowałem się gdy dotarła do tematu o obcych mających uczyć się od Tipani. Zwrócili uwagę na dziwnie ubranych przybyszy:

Dobra chodźcie za mną. – rzucił Takeshi gdy zsiedliśmy z wierzchowców. Na'vi wciąż z ciekawością i pewną rezerwą patrzyli na obcych z zewnątrz.

Chwilę potem byliśmy już ubrani na wzór Tipani.

Przepaska wydawała się dosyć wygodna i funkcjonalna, taka zresztą była. Może na początku zdawała się lekko uwierać. Takeshi powiedział, że to kwestia przyzwyczajenia. Postanowiłem uwierzyć na słowo.

- A więc mam z was zrobić jednymi z nas. – powiedział do nas gdy staliśmy przed nim kawałek dalej od Drzewa-Domu, reszta Na'vi wróciła już jakiś czas temu do swych codziennych czynności, kilkoro zbierało owoce z okolicznych drzew - Mam nadzieję, że nie pożałuje. Mamy niewiele czasu, więc będziecie starać się robić to co ja, mówić tak jak ja i poruszać się tak jak ja.

- A więc... Co teraz? – zapytała Jane.

- Po pierwsze przestań być jajogłową. Słuchaj... Patrz... Poczuj to całą sobą. – Takeshi nie brzmiał już jak naukowiec - Myślę, że wszyscy mamy już dosyć naukowej gadki. Za mną!

Był to początek długiej nauki. Pierwsze lekcje odbywały się niemal bez słów. Starając nadążyć za naszym mentorem, obserwowaliśmy każdy jego ruch. Uczył nas jak czytać ślady, jak traktować las z szacunkiem.

Pewnego dnia zapytałem czy nie dało by się zdobyć szacunku Tipani, rzucając im na ruszt grubszego zwierza. Takeshi słysząc to zaśmiał się tylko i powiedział, że wiele czasu minie zanim dane mi będzie zapolować choćby na yerika. Ugryzłem się w język zanim zdążyłem wspomniec cokolwiek o Ikranach.

Kiedy nie kierowaliśmy ciałami Avatarów, Takeshi tłumaczył nam czym jest tak naprawdę ich bogini - Eywa. Była dla nich matką wszechrzeczy, łączyła wszelkie życie, była prawdziwa...

Uświadomiłem sobie wtedy jak bardzo uciążliwe musiało być dla Takeshiego powracanie za każdym razem do ludzkiego ciała. On wierzył w to całym sobą...

Następnego dnia po przyjeździe do wioski, Takeshi przedstawił nam wojownika imieniem Raltaw. Był największym Na'vi jakiego spotkałem do tej pory. A mnie się zdawało, że byłem dośc wysoki.

- Chodzący we śnie chcą łuków Tipani? - wojownik Raltaw, zaśmiał się głośno, przynosząc ze sobą dwa łuki na prośbę Takeshi'ego - Weźcie je chodzący we śnie. Używajcie ich jeśli uważacie, że możecie.

Raltaw wręczył nam broń, następnie podał nam dwa kołczany strzał. Takeshi poprowadził nas w wysoką trawę nad rzeką, słońce małymi smugami przenikało przez korony drzew. Dwóch Na'vi przerwało połów ryb i przypatrywało się nam z nieukrywanym rozbawieniem.

Nic dziwnego, że patrzeli z politowaniem - pierwszy raz trzymałem w rękach taką broń, nie wspominając już o Jane. Pocieszała mnie myśl, że w odróżnieniu od niej potrafiłem chociaż naciągną cięciwe.

- Łuk to broń myśliwego, jeśli Tipani uznają was jednymi z ludu, będziecie mieli prawo stworzyc własny z gałęzi Drzewa-Domu. - wskazał na swój, bogato zdobiony łuk - Ale do tego momentu czeka nas długa droga...

Podszedł powoli do Jane, delikatnie złapał ją za ręce, pomógł jej przybrać odpowiednią postawę i napiąć cięciwę, strzała poleciała ze świstem. Podekscytowana spojrzała na naukowca, zareagował lekkim uśmiechem.

Napiąłem mięśnie. Tym razem to ja wystrzeliłem. Nie wiedziałem dlaczego ale chciałem zwrócić na siebie ich uwagę.

Takeshi śledził wzrokiem strzałę przecinającą powietrze, znikła wśród falujących na lekkim wietrze traw.

- Dobrze. Jeszcze raz.

Jeszcze raz... To były słowa które Takeshi powtarzał nam najczęściej, mogło by się zdawać, że początkowo absolutnie nic nie robiliśmy tak jak powinniśmy.

Każdy ranek poświęcałem na naukę walk ostrzami, sam na sam z Takeshi'm. Walczyliśmy w świetle poranka leniwie rozlewającym się po nieboskłonie. Starałem się utrzymać równowagę uskakując przed drewnianym ostrzem. Staliśmy na wysoko położonym konarze Domowego Drzewa. Jane obserwowała często nasze pojedynki. Ikrany odpoczywające wśród najwyższych gałęzi również. Kibicowała różnie, w zależności kto utrzymywał przewagę. Takeshi często sprawiał mi łomot, więc opowiadała się po mojej stronie.

- Chociaż tyle... - myślałem sobie gdy zgięty w pół podnosiłem „miecz".

Każdego dnia szliśmy o krok dalej, uczyliśmy się więcej, staraliśmy się patrzeć na świat oczami Na'vi. Jazda na Pa'li szła mi coraz lepiej. Udało mi się nawet nakłonić Raltaw'a na mały wyścig.

Ruszyliśmy równo wśród okrzyków kilku towarzyszy Raltaw'a – wiadomo po czyjej stronie była widownia. Galopowaliśmy w rozbryzgach wody wzdłuż brzegu dużego jeziora, dumne stado gromowołów na drugim brzegu nic nie robiło sobie z małego zamieszania.

Oczywiście, że przegrałem ale było kilka momentów kiedy zdawało mi się, że prawie go miałem. Skończyło się jednak tylko na tym, że według Raltaw'a chodzący we śnie nie ma najmniejszych szans z ludem Tipani. Nie Widziałem tak jak on. Jeszcze nie...

Może i nie, lecz zauważałem jak z każdym dniem staje się silniejszy, za każdym razem gdy dobywałem łuku strzelałem mocniej, celniej, byłem praktycznie gotowy na pierwsze polowanie. Jane zresztą też.

Oel ngati kameie – Widzę Cię. – to powitanie Na'vi... W jakiś sposób określało ich osobę. Wszystko czym byli. Cały ten świat, wraz z Na'vi i wszelkim innym stworzeniem oddawał cześć Eywie.

Na'vi nie znali określeń na kłamstwo, biedę, zazdrość. Nie mieli w sobie żądzy posiadania. To były wartości których tak długo szukałem. Znalazłem je dopiero tu, sześć lat świetlnych od... Nie, nie od domu. Tamto to nie dom. Za długo stałem sam w ciemności, na dnie tak głębokim, że z jego dna próżno było szukać nadziei. Pustka – to o niej śniłem dopóki nie dotarłem tutaj. Wszechogarniająca życiowa pustka, bez jakichkolwiek wartości, pozbawiona moralności klatka własnego umysłu. Odeszła... Żyłem w klatce, a teraz byłem wolny. Śpiewy Na'vi, ich piękne, wzruszające pieśni wypełniały moje sny. Moje sny... Jane też tam była. Popijała rankiem kawę, gładziła włosy, strzelała z łuku, jeździła na Pa'li. Zagryzała wargi gdy się zamyślała, bawiła się kosmykiem włosów ślęcząc nad książką, krzyczała na mnie, śmiała się, biegła po swojej ulubionej gałęzi, to spojrzenie które posyłała mi coraz częściej...

Odbierało mi mowę gdy patrzałem na roześmianą Jane i młodziutką dziewczynę imieniem Marali. Bawiła się razem z przyjacielem – chłopcem o imieniu Beyda'amo. To właśnie tych dwojga towarzyszyło nam najczęściej. Z czasem przyprowadzali coraz więcej przyjaciół. Wszyscy oni byli w wieku dzieci uczęszczających do szkoły Grace Augustine.

Nadzieja tkwi w naszych dzieciach. – powiedziała Tsahik Sanume podczas jednej z wieczerzy przy ognisku patrząc na dzieci bawiące się z jaszczurkami wachlarzowymi nieopodal.

Odezwała się do mnie wtedy pierwszy raz od czasu narady.

Tak. Nadzieja nigdy nie umrze, dopóki dbamy o nasze dzieci. To nasza przyszłość.– odpowiedziałem wpatrując się w świetliste kolorowe dyski. Tsahik twierdząco skinęła głową i na powrót zamilkła. Po drugiej stronie ogniska siedział Takeshi pogrążony w rozmowie z Raltaw'em i myśliwym Hukato. Zwróciłem wtedy uwagę, że każdy z wojowników klanu miał swoją wybrankę, gdzie była w takim razie wybranka Takeshi'ego? Myśli natychmiast zboczyły na inny tor gdy usiadła koło mnie Jane, podając tacę pełną owoców.

- Irayo. – podziękowałem i wziąłem z tacy soczysty owoc.

Oficjalnie nie byliśmy członkami klanu ale Tipani traktowali nas życzliwie. Jak mogłem kiedyś myśleć o nich jak o krwiożerczych wojownikach?

- Jedz Alex. Co tak patrzysz?. – Jane roześmiała się serdecznie.

- Ja... – byłem specem od gadania a w takich sytuacjach brakło mi słów – Ty też musisz jeść jeśli chcesz dotrzymać mi kroku! – nie do końca to chciałem jej powiedzieć.

Zaśmieliśmy się jednocześnie. Do końca posiłku rozmawialiśmy tylko ze sobą.

Gdy dzień chylił się ku końcowi Na'vi podążali do Drzewa-Domu. My zostawaliśmy, wciąż zachwyceni nocnym krajobrazem. Przy okazji nie marnowaliśmy cennego czasu. Wśród nocy rozświetlonej zimnym światłem bioluminescencji wciąż spędzaliśmy czas na nauce rzucania bolą.

Bola służyła myśliwym do krępowania zwierzyny. Takeshi mówił że będzie nam to niezwykle potrzebne jeśli kiedykolwiek będzie nam dane ujarzmić swego ikrana. Beyda'amo i Marali przyglądali się nam wtedy często z ciekawością

W końcu przychodziła jednak pora na spoczynek, wchodziliśmy wtedy wysoko po wewnętrznej, spiralnej strukturze Drzewa Domowego oświetlanej błękitnym, kojącym światłem lampionów. Następnie kładliśmy się na hamakach zwanych nivi zawieszonych na konstrukcjach wysoko pomiędzy wspornikami drzewa.

Reagowały na dotyk przybierając kształt otulającego kokonu. Często rozmawialiśmy wtedy o dniu który właśnie mijał...

Jednego razu gdy kładliśmy się na spoczynek Jane powiedziała coś co szczególnie zapadło mi w pamięć:

- Myślę Alex... Myślę, że zaczynam Widzieć. - powiedziała cicho Jane

Zaraz potem zasnęła ukołysana oddechem nocy. Wpatrywałem się w nią jeszcze chwilę zanim zamknąłem oczy. Chciałem jej to wtedy powiedzieć. Oboje zasnęliśmy jednak w objęciach Eywy.


Minęło półtorej miesiąca ultimatum postawionego przez Selfridge'a. Stało się coś czego obawiałem się już od jakiegoś czasu:

- ...chcę raportu Pinbaker. Dziś wyślę po ciebie transport. Znajdziesz jakąś wymówkę. – obraz Selfridga na ekranie monitora zmuszał nieco do zejścia na ziemię.

Najgorsze było to, że nie miałem nic co mógłbym mu dać. Tego dnia mieliśmy wyruszyć na pierwsze polowanie co dodatkowo mnie frustrowało. Powiedziałem o tym Takeshi'emu. Odpowiedział, że i tak musiałby iść z Jane sam. Tak należało czynić. Gdy wspomniałem o raporcie jakim mam zdać, nie zmartwił się zbytnio.

- Zdam się na twoje przeczucie Alex. Jeśli będzie zbytnio naciskał zrobimy tak jak mówiłem kiedyś, przyznam się do wszystkiego po waszym przeszkoleniu. I po tym kiedy będę wiedział, że lud Tipani jest bezpieczny.

Skinąłem głową i wyszedłem. Samson już na mnie czekał. Pilot nie wyłączał silników.

Kilka godzin byłem już w centrum operacyjnym. Myślami byłem jednak gdzieś w Pandorańskiej puszczy. Zastanawiałem się jak idzie Jane. Selfridge w idealnie skrojonej białej koszuli i krawacie stał jak zwykle nad hologramem konsultując coś z dwoma doradcami.

- Mój złoty chłopak! –powiedział głośno gdy tylko mnie zauważył. – Chodź za mną.

Selfridge zaprowadził mnie prosto do biura. Kilka gotowych do polerowania nagród z turniejów golfowych stało na biurku.

Riker też tam był, stał obok okna. Nienaganny mundur majora wiele o nim mówił. Był człowiekiem dokładnym w każdym calu. Takich trudno oszukać kłamiąc im w oczy. Oczy były właśnie tym co najbardziej niepokoiło mnie w majorze. Nie pasowały do reszty, były szare i inteligentne ale coś takiego w nich było co wzbudzało podświadomy lęk.

- Witaj Pinbaker. Zaczynałem się zastanawiać czy w ogóle przylecisz. Praca z prawdziwym naukowcem musiała wciągnąć cię bez reszty. – powiedział lodowatym tonem Riker, prostując się na całą wysokość.

- Wiesz Pinbaker, umawialiśmy się na trzy miesiące ale wiesz co? – Selfridge obrócił się w stronę Rikera i kontynuował, silnie gestykulując. – Nasz major uprzedził cię Pinbaker!

Pytająco spojrzałem na Selfridga, czułem jak zimny kawałek lodu opada w dół na dno żołądka.

- Właśnie tak Pinbaker. Mamy ten pieprzony nadajnik! – Selfridge zaśmiał się ironicznie.

Administrator opowiedział następnie jak Riker dostał tajne zezwolenie na mały rekonesans w rejonie Edenu 5. Znalazł tam nadajnik. Udało się wychwycić sygnał dopiero gdy podeszło się dosyć blisko. Pobliskie Iknimaya blokowały sygnał. Cały ten czas Riker wpatrywał się we mnie z szerokim, wilczym uśmiechem na ustach.

- Teraz zostaje nam Takeshi. Wystawisz go nam Pinbaker. – odezwał się major po chwili.

- Nie sądzę, że jest to dobry pomysł. – całkowicie wyszedłem z wprawy.

Co? – Selfridga opuścił nagle dobry humor. – Słuchaj mnie Pinbaker, wiesz jaki zaczynasz się robić? Nieprzydatny, jak Augustine i jej banda jajogłowych. – silny nacisk administrator położył na słowo „nieprzydatny". – Wiele włożyliśmy w ciebie pieniędzy, jako nasz wielomilionowy projekt przydaj się nam na coś do cholery!Powiedz nam wszystko co wiesz o Takeshi'm...

Tym właśnie byłem dla Selfridge'a i jemu podobnym. Wielomilionowym projektem.

Mieli mnie. Nie było już jak kłamać, kończyły mi się wyjścia z sytuacji.

Opowiedziałem o Takeshi'm pomijając jedynie to że jest zdrajcą i członkiem Tipani.

- To wszystko? Takeshi jest kolejnym zapatrzonym w drzewa głupcem? – zapytał z rosnącą złością Ja i Riker wpatrywaliśmy się teraz w siebie. Cisza była tak gęsta, że aż namacalna. Obaj wkroczyliśmy na ścieżkę na której końcu mogło być tylko jedno.

- Spokojnie panowie, nie skaczcie sobie do gardeł. Za półtorej miesiąca „Vanture Star 2" kończy dokowanie, chce mieć to do wtedy załatwione na tip top. Pinbaker, już monitorujemy nadajnik. Ktokolwiek jest kretem i tak będzie nasz.

- Takeshi pracuje nad czymś ważnym. – powiedziałem, powoli odwracając wzrok od Riker'a. – Jeśli damy mu trochę czasu Tipani usiądą do stolika, a Grace Augustine przybędzie nowych uczniów. Tipani zejdą ze ścieżki wojennej, zaufają nam... – dobierałem ostrożnie każde słowo.

Selfridge na te słowa na chwilę się uspokoił. Rozpoznałem od razu, że chwilę walczył z myślami. Udało się uderzyć w dobry punkt. W końcu zapytał:

- Niebieskie małpy idą po rozum do głowy? Dobrze więc, będziemy mieli dwie pieczenie na jednym ogniu. Pinbaker, dopilnujesz żeby ten podstarzały idiota dopiął swego, i wtedy go zgarniemy. Co o tym myślisz Eliot?

- Myślę, że potrzebne jest działanie natychm... – zaczął Riker

- Słuchaj Riker, przydałeś mi się. Brawo. Nie zapominaj jednak kto tu jest szefem i pociąga za sznurki! A teraz zajmijcie się swoimi sprawami. Wybaczcie, jestem cholernie zmęczony.

Usiadł za biurkiem i sięgnął po ściereczkę którą zaczął z zapamiętaniem czyścić jedno z trofeów.

Jakiś czas potem szedłem jednym z podziemnych korytarzy w stronę lądowiska. Kroki miarowo odbijały się echem w pustym tunelu. Niespodziewanie, zza rogu wyszedł na mnie Riker, był ubrany w czarny podkoszulek. Srebrne nieśmiertelniki wisiały na szyi, a mokre włosy były zaczesane do tyłu. Chwycił mnie za gardło i przyparł do ściany.

- Słuchaj mnie teraz! Już drugi raz wchodzisz mi w paradę ty cholerna, nic niewarta kupo gówna!

Z trudem odepchnąłem od siebie majora.

- Odsuń się Riker. – warknąłem w jego kierunku. Odszedł kilka kroków w bok gdy zauważył, że kilku naukowców, w tym Max Patel szli korytarzem.

Ruszyłem w kierunku śluzy atmosferycznej.

- Masz szczęście, że nie jesteś jednym z moich żołnierzy. Mnie nie tak łatwo wykiwać jak tego durnia Selfridg'a, przejrzałem cię Pinbaker! Myślisz sobie, że tam jest przecież tak pięknie i kolorowo. Nikt i nic was tam nie dosięgnie co? Dam ci ostatnią szansę, powiedz mi wszystko co wiesz o tym starym pryku! – nie zwracając uwagi na jego słowa zmierzałem do końca korytarza. - Jeśli wyjdziesz teraz przez te drzwi będziesz skończony!

- Myślę, że zaryzykuje. – rzuciłem do niego gdy przechodziłem przez wejście śluzy. W środku założyłem egzopak, wciąż wpatrując się przez szybkę w sylwetkę Riker'a.

- Słuchaj mnie uważnie. Przerżnę ten twój kawałek idylli. Zrównam go z ziemią... – to było ostatnie słowa majora jakie dosłyszałem zanim całkiem zamknąłem drzwi.

Zabawne jak obce wydawały mi się już Piekielne Wrota. Dźwięk stąpających po płycie lądowiska PZM i odgłosy śmigieł Skorpionów wylatujących na patrol były teraz obce jak niegdyś lasy Pandory. Mijałem techników, żołnierzy i pilotów. Nie byłem już jednym z nich. O nie.

Było już sporo po południu gdy wreszcie wróciłem do Edenu 5. Jane i Takeshi wciąż kontynuowali sesję. Spojrzałem na monitor na którym widniał obraz śpiącej Jane. Powieki poruszały się jak podczas sennej fazy REM. Odczyty wskazywały ekscytację, rytm bicia serca był nieznacznie zwiększony. Wraz z Takeshi'm polowali daleko stąd na yerika, gdzieś w okolicy Drzewa-Domu klanu Tipani.

Położyłem się na łóżku rozmyślając chwile nad tym co zaszło w Piekielnych Wrotach.

No cóż, chciałem szybko się z nim zobaczyć.

Niemal natychmiast pobiegłem do mojej jednostki połączeń.