Rozdział 13

Gdy się obudziłem zauważyłem, że hamaki wokół były puste. Wszystkie. Nie było w tym nic dziwnego, reszta Na'vi zajmowała się już dawno swymi codziennymi czynnościami.

Gdy dotarłem na sam dół drzewa zauważyłem grupkę myśliwych, na czele szła Jane, z dorodnym yerikiem przerzuconym przez plecy. W ręku trzymała swój łuk.

A niech mnie, udało jej się...

Paleniska już płonęły, kobiety zaczynały przygotowania do oprawienia zwierzyny. Dostrzegłem Takeshi'ego. Opowiadał innym o polowaniu wraz z Jane. Zauważył mnie od razu gdy podszedłem, przeciskając się między innymi Na'vi.

- Twoja przyjaciółka będzie dobrym myśliwym! Żałuj, że tego nie widziałeś, zadała śmierć szybko niczym Lenay'ga.

- Musimy porozmawiać, chodzi o Rikera...

- Nie marnujmy czasu, ciebie też czeka polowanie. Opowiesz mi w drodze! Wciśnięto mi do ręki łuk i kołczan strzał, Takeshi ruszył od razu w stronę dziczy.

Nie czekając ani chwili ruszyłem za nim. Tym razem nadążałem za nim krok w krok. Byłem równie szybki jak on. Biegliśmy w górze, po poziomych konarach drzew stale czujnie nasłuchując i wypatrując oznak zwierzyny.

Stąpaliśmy lekko nie wydając najmniejszego szmeru. Czyżby zapomniał co chciałem mu powiedzieć? Postanowiłem przełamać ciszę.

- Riker i Selfridge wiedzą o nadajniku. – szepnąłem w końcu gdy przekradaliśmy się przez gaj pióropuszników.

- Przypuszczam, że to była kwestia czasu... – odpowiedział Takeshi z dziwnym spokojem, nie odwracając się nawet.

- Obserwują nadajnik, podejrzewają cię...

- W takim razie mamy trochę mniej czasu niż myślałem. Patrz...

Zauważyłem od razu. Samotny yerik kluczył między spiralnymi Loreyu. Robił to tak zwinnie, że nie chowały się one od razu pod powierzchnie gruntu.

Zbiło mnie to na chwilę z tropu. Cało zajście w Piekielnych Wrotach straciło na znaczeniu.

Druga część mnie, nierozerwalnie złączona z klanem obudziła się błyskawicznie. Uniosłem się trochę na nogach, ogon idealnie balansował złożoną do strzału sylwetkę, kątem oka dostrzegłem jak Takeshi przyglądał się w skupieniu, napiąłem cięciwę łuku. Yerik nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia. Serce zabiło mocniej. Świst przerwał gęstą ciszę, strzała pomknęła ku zwierzęciu.

Trafiłem.

Założyłem łuk przez ramię. Doskonale wiedziałem co teraz czynić - podbiegłem do rannego yerika i dobyłem nóż.

- Oel ngati kameie, ma tsmukan, ulte ngaru seiyi ireiyo Ngari hu Eywa saleu tirea, tokx 'i'awn slu Na'viyä hapxi – Słowa okazywały szacunek myśliwego dla jego ofiary. Każde z nich wymówiłem tak jakby ten język tkwił we mnie od dziecka. Sam byłem zdumiony brzmieniem swego głosu. Na nowo odkrywałem w sobie cechy, które dawno temu straciły dla mnie wartość.

Byłem myśliwym, w życiu bym nie przypuszczał, że dotrwam tak daleko...

Jednym pchnięciem zakończyłem cierpienie zwierzęcia.

- Gdybyś mógł się teraz zobaczyć... – odezwał się Takeshi, w jego głosie przebijała się lekka duma.

Odwróciłem się, Takeshi stał wyprostowany, kiwał głową z aprobatą.

- Wracajmy, weź swą zdobycz, zdążymy jeszcze na ucztę.

Cienie wydłużały się powoli gdy już wracaliśmy, byliśmy ostatnimi myśliwymi którzy nie wrócili do domu. Takeshi mówił, że uczta nie rozpocznie się póki ostatni z braci i sióstr nie wrócą. Tej nocy miało się odbyć

- Co dalej? – zapytałem wreszcie.

- Musicie okiełznać własne Ikrany.

- A wtedy?

- Cóż, gdy wojownik zostanie jednym z ludu robi łuk z drzewa domowego i wybiera kobietę. Daj temu na razie spokój... – Takeshi zabrzmiał inaczej niż zwykle, pewny siebie głos załamał się lekko.

Nie zważając brnąłem dalej.

- Co się stało z twoją wybranką? Nie przedstawiłeś nas sobie – zażartowałem.

- Nie żyje. – słowa zabrzmiały ciężko pozostawiając po sobie jedynie ciszę przerywaną tchnieniem lasu.

- Nie miałem pojęcia. Przykro mi...

Do końca drogi nie odzywaliśmy się już. A więc jednak kogoś kochał...

Gdy dotarliśmy do stóp drzewa domu liczne paleniska rozświetlały mrok. Tipani zbierali się wkoło aby uhonorować śpiewem powracających myśliwych. Kobiety zaczęły oprawiać zwierzynę. Jedna z nich wzięła z mych barków mojego yerika. Nozdrza uderzyły przyjemne zapachy, to kobiety zaczynały przygotowywać strawę.

Jane była dosłownie oblegana przez innych młodych myśliwych. Głównie mężczyzn, jak zauważyłem. Nie było w tym nic dziwnego, Jane przeszła naprawdę długą drogę od przestraszonej dziewczyny z laboratorium. Rozmawiała i śmiała się wraz z nimi, a oni słuchali jak oczarowani. Mimo protestów, przecisnąłem się przez grupkę i stanąłem naprzeciw Jane.

- Oel ngati kameie Jane.

- I ja Cię Widzę Alex.

- Wybaczcie panowie. - chwyciłem Jane za rękę i pociągnąłem nieco dalej.

- Alex, co ty... – Jane nagle zauważyła, że nie w głowie mi były teraz żarty.

- Musimy pogadać...

Usiedliśmy lekko koło ogniska. Było spokojnie i pięknie jak zawsze. Na'vi byli radośni, jak zawsze. Możliwość życia tu było by nagrodą przekraczającą wszelkie marzenia. Było to jednak niemożliwe...

Tsahik Sänume rozmawiała z Raltaw'em i myśliwym Hukato, zapewne o dzisiejszych łowach.

Jeśli spojrzało by się poza ogniska dostrzegło by się rozjarzone swym światłem roślinność. Zrozumiałem co mi nie dawało spokoju. Strach. Strach przed utratą tego co kochałem. Już chciałem powiedzieć, że robi się zbyt niebezpiecznie, że moglibyśmy po prostu odpuścić... Nie, nie moglibyśmy. Sam się oszukiwałem. Za nic tego nie oddam.

- Teraz będziemy musieli zostać Ikran Makto, myśliwi mi opowiadali. – spojrzała na chwilę w ich kierunku. – całkiem mili goście.

- Zauważyłem. – posłałem nieco groźniejsze spojrzenie wojownikowi na czele grupki, wskazał na mnie i powiedział coś do swoich. - Robisz furorę. – uśmiechnąłem się, a po chwili dodałem - Jesteś jakaś inna... Jane, czy ty...

Z jej ręki jak na zawołanie wypadła pusta czarka.

- ...piłaś? – dokończyłem.

Nie mogłem uwierzyć. Jane była wstawiona. To coś nowego...

- Tylko troszeczkę, musiałam przecież spróbować... – powiedziała z lekkim wyrzutem i wzięła łyk z kolejnej czarki gdy jeden z Tiapni zaoferował jej całą tace z ostrym napojem. - Chodź poznasz Hukato!

Postanowiłem, że przełożę tą rozmowę na kiedy indziej.

- Zaraz do was dołączę – nie wstawałem gdyż zauważyłem , że przysiadł się koło mnie Takeshi. Kątem oka dostrzegłem jak Jane znowu pogrąża się w rozmowie z myśliwymi.

- Selfridge chciał abym cię im wydał. Dostarczył ostateczny dowód. – powiedziałem w końcu. Riker nie odpuści...

- Powiedziałeś Selfridge'owi o naszych zamiarach? – zapytał naukowiec wpatrując się nieruchomo w ogień.

- Dałem mu do zrozumienia, żeby dał nam trochę czasu. To Riker martwi mnie najbardziej...

Uspokajał mnie nieco kojący, ciepły blask ogniska. To co w lesie powiedział Takeshi naprawdę mnie zaszokowało. Zakochał się w jednej z Tipani... To wiele tłumaczyło, jego motywacja płynęła prosto z serca.

- Nie mamy więc czasu. Jutro wkroczycie na ścieżkę niebios. Dosiądziecie Ikranów a wtedy będziecie niemal jednymi z Tipani, nie ma już odwrotu.

- Doprowadzę to do końca. Przysięgam...

- Wiem Alex. Teraz baw się, wypij i najedz się dobrze jutro z rana czeka cię ostatni trening ze mną, potem już tylko Iknimaya...

Potężna dłoń uniosła mnie z ziemi do góry. Gdy się odwróciłem zauważyłem, że to Raltaw. Zaoferował mi tacę z miseczkami. Nie śmiałbym mu odmówić. Jednym łykiem opróżniłem zawartość miseczki. Zakręciło mi się lekko w głowie, napój rozlał się ciepłem po całym organizmie, od czubka głowy aż po koniuszek ogona.

- Jednak potrafisz strzelać z łuku jak Tipani, lecz dopiero jutro pokażesz swoją odwagę chodzący we śnie. – Raltaw zaśmiał się tubalnie.

Spojrzałem jednak poza wojownika. Zaczynały się tańce. Zaczęto wybijać na bębnach dziki rytm. Napój zaczynał robić swoje. Czułem jak moje kocie uszy poruszały się przy każdym uderzeniu w bębny.

Muzyka budziła pierwotne uczucie porywające od środka. Młodzi Na'vi zrywali się do tańca.

Pośród nich dostrzegłem Jane, było w niej coś co wysuwało ją od razu na pierwszy plan. Musiałem przyznać, że radziła sobie świetnie. Upojona tym dziwnym napojem poruszała się płynnie i uwodzicielsko, każdy ruch przesycony był czymś co mimowolnie. przyciągało wzrok.

Raltaw podążył natychmiast za moim spojrzeniem:

- Ahh... Ona byłaby idealną kobietą dla każdego młodego wojownika, na Święcie Pierwszych Łowów wielu wojowników wypatruje swojej...

Nie słuchałem już Raltawa. Minąłem go i zacząłem wchodzić między tancerzy.

Nie miałem pojęcia jak to się działo ale dziwnym trafem co kilka kroków pojawiała się przede mną kolejna miseczka napoju, a nie wypadało odmawiać.

Młodzi wojownicy zaczęli dłońmi wybijać rytm, gdy wiele opróżnionych miseczek później, wszedłem do koła tancerzy. Kilka młodych dziewczyn wciągnęło mnie jeszcze głębiej między innych.

Zacząłem tańczyć. Nie były to jakieś wymyślne figury rodem z teledysków, był to taniec płynący od wewnątrz, tańczyłem całym sobą. Sylwetki zaczynały się rozmazywać i przywodziły na myśl leśne zjawy o których opowiadali czasem starsi Tipani, byłem jak w transie.

Po raz pierwszy w życiu zatrzymałem się.

Wszystko czego pragnąłem skupiało się teraz na Jane, która pojawiła się przede mną.

Tańczyliśmy razem, cały świat wokół nas rozmył się całkowicie, bębny dochodziły z oddali, ruchy były spowolnione, oddechy przyśpieszyły. Sylwetki innych tańczących były tylko cieniami, liczyła się już tylko ona.

Nie potrzebowałem żadnych pięknie dobranych słów aby wyrazić to co czułem. Wszystko zawarte było w sposobie w jakim patrzeliśmy sobie w oczy...

W każdym razie tak mi się wydawało.

Kiedy już obudzimy się w punkcie numer 5 zawsze możemy powiedzieć, że to przez ten cholernie mocny napój... Impreza, jak wszystko co dobre w końcu musiała dobiec końca. Byliśmy zmęczeni i pijani, cieszyliśmy się wtedy każdą chwilą.

Zaczęło padać. Niektórzy ciesząc się, wychodzili na deszcz nieco ochłonąć, ja i Jane natomiast musieliśmy kłaść się spać ponieważ „tamte" ciała musiały też wypocząć. Zajęliśmy nasze stałe miejsca na naszych hamakach.

Który to już budziłem się w tym pudle? Przestałem liczyć już dawno temu.

Gdyby mój stary dowódca, ten od teorii pełnego magazynka, mógł mnie teraz zobaczyć... Nie. To ja chciał bym go teraz zobaczyć, tylko po to aby powiedzieć mu jak bardzo się mylił co do mnie. Nigdy więcej ludzi, którzy będą mi mówić kim jestem i dokąd zmierzam.

Przejechałem ręką po szorstkim zaroście, pomyślałem, że trzeba się ogolić ale najpierw kubek kawy... Otworzyłem kabinę i podniosłem się z miękkiej pianki wyściełającej jednostkę, odwróciłem głowę i z lekkim zdziwieniem zauważyłem, że Jane stoi przede mną.

Wstałem i zrobiłem krok w stronę ekspresu z kawą, Jane nie odsunęła się, nawet zagradzając mi subtelnie drogę. Znowu nasze usta były niebezpiecznie blisko siebie, czułem jej ciepły policzek.

W pomieszczeniu panowała ciemność, rozrzedzana nieco przez pojedynczą lampkę na blacie naprzeciwko i ekrany kilku monitorów. Krople tropikalnego deszczu uderzały o metalowe ściany wpasowując się w przyśpieszone bicie mojego serca.

- To coś nowego... – szepnąłem słabym głosem.

I stało się. Zbliżyłem swoje usta do jej ust. Na początku wydawała się lekko zdziwiona ale po chwili oddała pocałunek, chwyciłem ją w ramiona.

Lampka spadła na ziemię gdy przesunęliśmy się w kierunku blatu.

I wszystko stało się tak oczywiste. Świat stanął w miejscu. Zatrzymał się na ten jeden, jedyny moment tylko dla nas... Dopóki nie zdaliśmy sobie sprawy, że Takeshi się budzi.

Jane jak oparzona oderwała się ode mnie gdy zauważyła że wieko jednostki naukowca było otwarte, a on sam siedział na jego krawędzi.

Zapadła dosyć kłopotliwa cisza.

Jane wymamrotała słabo coś o zmęczeniu i oddaliła się szybkim krokiem do części wypoczynkowej.

- Wiesz Alex... Jeśli chcesz abym wrócił jeszcze na godzinkę czy dwie... – zaczął wolno Takeshi.

- Nie. Znaczy... Przepraszam... To nie będzie potrzebne.

- Rozumiem. A więc szykuj się na jutro. Po raz ostatni będziesz starał się dotrzymać mi kroku. – wstał po czym rozmasował kark. – Dobrej nocy Alex.

- Dobranoc. – odpowiedziałem po czym skierowałem się do części sypialnej.

Byłem pewien, że Jane tylko udawała, że już śpi.


Dwa Zakrzywione Ostrza.

Cała sztuka walki nimi była niezwykle ważna dla Tipani i rozwinęła się tu bardziej niż w jakimkolwiek innym klanie.

Następnego dnia, z samego rana stanęliśmy naprzeciwko siebie dzierżąc w obu rękach tę broń. Tym razem były prawdziwe.

Działo się to na jednym z najwyższych konarów Drzewa-Domu, słońce dopiero budziło się nad Pandorą. Czułem na sobie chłodny, rześki wiatr wiejący od stron Iknimaya – Schodów do Nieba. Jeszcze dzisiaj miałem stanąć tam oko w oko z przeznaczeniem ale wiedziałem, że pozostał mi jeszcze mały rewanż - Ostatni pojedynek z moimkaryu – nauczycielem.

Tym razem Jane nam nie było z nami, przebywała gdzieś w dolnych partiach drzewa, czas jaki pozostał do podróży chciała spożytkować na dopracowanie techniki rzutu bolas.

Wiatr po raz kolejny zatańczył między liśćmi pradawnego drzewa.

- A więc ty i Jane... – zaczął Takeshi, ważąc w dłoniach oba zakrzywione ostrza.

- To... Trochę skomplikowane.

- Daj spokój, widzę przecież jak na siebie patrzycie. Prawdziwe pytanie brzmi: Czy będziesz gotów na to, że możesz to wszystko stracić?

- Nie rozumiem...

Zaczęliśmy się okrążać, ta część pojedynku polegała na poznaniu możliwych słabości przeciwnika.

Bez żadnego ostrzeżenia ruszyliśmy na siebie. Zrobiłem uskok gdy Takeshi ciął w stronę ramienia. A następnie jego kolejny atak sparowałem drugim ostrzem. Zacząłem się cofać odpierając dzikie ataki naukowca.

Walczyliśmy ze wszystkich sił, wiedzieliśmy, że żaden z nas tego ranka nie ustąpi. Kilka Ikranów pisnęły oburzone gdy musiały zeskoczyć nam z drogi.

Odstąpiliśmy od siebie na moment.

- Zrobiłeś postępy Alex... – rzekł Takeshi lekko zdyszany.

- Ty też mi nie odpuszczasz. – odpowiedziałem.

- Słuchaj uważnie, kiedy się za bardzo do kogoś przywiążesz, a wtedy go stracisz... – opuścił wzrok - To cię może zniszczyć.

Zaatakowaliśmy w tym samym momencie krzyżując wszystkie cztery ostrza, zaczęliśmy się siłować.

Oznaki zmęczenia zaczęły się pojawiać na twarzy mojego nauczyciela. Odskoczył w tył, na to właśnie czekałem, jednym silnym uderzeniem wyrzuciłem jedno ostrze z jego lewej dłoni.

Zaskoczony pobiegł niemal na krawędź konaru i uniósł pozostałe w dłoni ostrze nad głowę gotowy do ataku.

Upojony moją niespodziewaną przewagą ruszyłem w jego kierunku, wykonałem unik przed uderzeniem i gdy byłem już gotów wytrącić drugą broń z jego dłoni naukowiec wolną ręką chwycił mnie za gardło. Zrobił to tak błyskawicznie, że ledwie dostrzegłem ten ruch. Jedno z moich ostrzy spadło poza krawędź konaru setki metrów w dół. Wolną ręką próbowałem wyrwać się ze stalowego uścisku.

- Jeśli przegrasz Alex... Stracisz wszystko... Obyś był na to gotowy również na to...

- Nie przegram...

Zdecydowałem się na ryzykowny krok, chwyciłem mocno ręką dłoń która mnie trzymała i z całych sił pociągnąłem Takeshi'ego do tyłu. Nogą podciąłem go tak, że naukowiec wylądował na plecach.

Moje ostrze znalazło się kilka centymetrów od jego szyi.

Jeden z Ikranów wydał z siebie długi, przeciągły pisk. W końcu miały okazje zobaczyć, że to ja wygrywam.

- Miała na imię Lai'pe. – powiedział wciąż leżąc.

Odstąpiłem i pomogłem wstać mojemu nauczycielowi.

Opowiedział mi wtedy jak zginęła.

Były to pierwsze dni poszerzania tak zwanej „Strefy Bezpieczeństwa" na terenach wokół Piekielnych Wrót.

Tipani od zawsze byli wojowniczym klanem który potrafił bronić swych ziem. Gdy karczownice wjechały na święte tereny w pobliżu Niebieskiej Laguny aby założyć tam posterunek, Tipani po wielu naradach postanowili, że wyruszą na wojnę przeciwko maszynom. Takeshi próbował ich przekonać, odwieść od zamiarów beznadziejnej walki z Ludźmi Nieba. Udało mu się przekonać Sänume żeby jeszcze się wstrzymali.

Jednak reszta młodych wojowników nie chciała o tym słyszeć. Wyruszyli bez zgody klanu przekonani, że Eywa ich obroni przed ogniem i żelazem.

Lai'pe również się wymknęła i poszła wraz z innymi młodymi wojownikami i wojowniczkami bez wiedzy Takeshi'ego.

Gdy ten zorientował się co się stało, przerażony wyruszył natychmiast, było jednak za późno. Wszyscy zginęli. Gdy znalazł ciało Lai'pe niemal oszalał z rozpaczy. Żałował, że nie zginął wraz z nimi. Poprzysiągł wtedy walkę z Ludźmi Nieba, sabotował działania Konsorcjum i walczył w imieniu klanu.

Dopiero my daliśmy mu nikłą nadzieję pokoju którego tak niegdyś pragnął...

- Cholera, jestem lepszym nauczycielem niż myślałem. – powiedział. – To była moja ostatnia lekcja, więcej nie jestem już w stanie cię nauczyć. Idź już, czekają na ciebie...


Dotarliśmy. Iknimaya... Ledwo już pamiętałem moją pierwszą wizytę tutaj a przecież minęły tylko dwa miesiące. Oprócz mnie i Jane próbę miało przejść wraz z nami również kilka młodych kobiet i mężczyzn. Wszyscy byliśmy gotowi na najniebezpieczniejszy test w życiu. Doświadczeni wojownicy: Raltaw i niemniej potężnie zbudowany Swawta mieli mieć na nas oko, choć w niepowodzenia najczęściej kończyły się śmiercią.

- Masz stracha? – zapytałem Jane, gdy z lekkim zwątpieniem spojrzałem w górę.

Mieliśmy wspinać się niemal tym samym sposobem w którym kiedyś sam lekkomyślnie chciałem zejść i pamiętałem że już wtedy nie zakończyło się to dobrze.

- Tak, boje się, że możesz nie dotrzymać nam kroku!

Skoczyła na najbliższą lianę pnącą się w górę, za nią ja i reszta.

Zaczęło się. Raltaw i Hukato wysunęli się od razu na czoło wspinaczki – nic dziwnego, przecież już to kiedyś przechodzili.

Opowiem jak to jest:

Kurczowo chwytasz się skalnych występów i lian.

Słońce świeci ci prosto w twarz, ogrom otaczającego świata poraża z każdą kolejną chwilą gdy pniesz się coraz bardziej w górę Iknimaya. Nawet wtedy rywalizujesz z innymi, nie chcesz być ostatni, tempo jakie narzucasz sobie i innym przekracza wyobrażenia – właśnie po to tyle trenowałeś.

Wysiłek jest ogromny ale twoje myśli skupione są na tym co czeka na końcu, bo to wtedy, gdy już spojrzysz śmierci w oczy dowiesz się kim jesteś naprawdę.

Śmiech Raltaw'a echem niesie się wśród pływających w powietrzu gór.

Nie boi się niczego, ponaglając do jeszcze większego wysiłku.

Gdy spojrzysz w górę widzisz nieskończenie niebieskie niebo, a nad tobą błękitny Polifem po raz kolejny okazuje się milczącym świadkiem twych poczynań.

Gdy zdobędziesz się na odwagę aby spojrzeć w dół widzisz z kolei odległe zielone tereny. Malutkie z tej perspektywy drzewa giną jednak po pewnym czasie w miarę jak wspinasz się ponad pasmo chmur.

Potężne Ikrany krążą wysoko w górze, wszystkie jednak od czasu do czasu lądują w jednym miejscu – to cel wspinaczki i wiesz, że musi ci się udać.

W końcu docierasz na szczyt. Jesteś na wielkim klifie, Ikrany o najróżniejszych kolorach jak okiem sięgnąć. Skrzek setek stworzeń potrafi ogłuszyć.

Myślisz sobie: „Udało mi się, przeszedłem przez schody do nieba."

Nie jest to jednak prawdą, ponieważ ostatni stopień do niebios jaki musisz pokonać to ujarzmienie bestii...

- Idź. – powiedział do mnie Raltaw. – Gdy Ikran cię wybierze, będziesz wiedział.

Znaczyło to mniej więcej tyle, że idę na pierwszy ogień. Rzuciłem spojrzenie na resztę kandydatów. Byli równie przestraszeni i podekscytowani co ja.

Rozkręciłem bolas. Wszedłem między bestie.

Większość z nich nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi, niektóre z nich skrzeczały na mnie groźnie lecz gdy podchodziłem usuwały się z drogi lub wzbijały do lotu.

Nagle go ujrzałem. Mój stary znajomy siedział dumnie niemal na drugim końcu klifu.

Teraz gdy miałem już porównanie widziałem jak ów Ikran różnił się od innych.

Przede wszystkim duży był z niego skurczybyk

Większy niż przeciętna zmora górska. Cała reszta zdawała się być jego mniejszą mniej zamożną rodzinką. Miał lekko rdzawy odcień i ja już wspomniałem wyróżniał się na tle innych.

Podłużna blizna widniała nad lewym okiem Ikrana, była to pamiątka po naszym ostatnim spotkaniu. Rana na skrzydle musiała zagoić się już jakiś czas temu.

- Wiesz, w głębi duszy wiedziałem, że to będziesz ty.

Pochylił łeb, rozwarł potężne szczęki i odpowiedział przeciągłym skrzekiem. Tak, on też mnie dosyć dobrze pamiętał.

Zszedł ze swojego skalnego tronu i powoli, coraz szybciej zbliżał się w moim kierunku.

Inne górskie zmory pierzchały na wszystkie strony gdy skoczył ku mnie.

Bolas ledwo owinęło całą jego ogromną paszczę lecz zasłoniło oczy, wiedząc, że nie mam chwili do stracenia okrążyłem błyskawicznie zwierzę. Wskoczyłem na jego grzbiet.

Wtedy ikran wyrwał się z objęć bolas.

Pomyślałem sobie, że mam przesrane gdy ikran zrzucił mnie ze swego grzbietu i odwrócił się ku mnie rozpościerając skrzydła na całą ich długość.

Dziki krzyk poniósł się echem wśród gór Alleluja.

To był mój krzyk. Po raz kolejny poczułem pierwotną wolę walki, podniosłem się z ziemi, byłem tylko ja i on. Cała reszta to rozmyte tło dla pojedynku między myśliwym a bestią.

Biegłem ku niemu, o centymetry unikając jego szczęk, uderzył gniewnie skrzydłami i po chwili po raz kolejny znalazłem się na jego grzbiecie.

Z całych sił chwyciłem udami szyję stworzenia. Mając obie ręce wolne lewą sięgnąłem do wypustki na łbie bestii.

Sięgnąłem do warkocza i wtedy bestia ruszyła.

Ku krawędzi klifu.

Ostatnim co usłyszałem zanim spadliśmy w pustkę byjo jedno słowo wykrzyczane przez Raltaw'a. - Tsahelu!

Po raz kolejny byłem niechcianym pasażerem na gapę.

Wszystkimi kończynami chwyciłem się szyi ikrana. Myśli błyskawicznie przebiegały przez mój rozgorączkowany umysł. Spadaliśmy pionowo w dół. Czułem, że się ześlizguję.

Nie było już nic do stracenia.

Odchyliłem się do tyłu, trzymając się ikrana tylko udami, sięgnąłem za siebie do powiewającego warkocza. Drugą ręką sięgnąłem po raz kolejny wypustki. Brakowało centymetrów...

Uniosłem się na nogach niemal czując jak tracę oparcie.

I nagle więź została zawarta. Krzyk stworzenia cichł stopniowo w miarę jak rozlewała się po nas nasza świadomość.

Ciężko jest opisać to uczucie ale spróbuję:

Czujesz jak Ikran staje się częścią ciebie, czujesz oddech, bicie serca, masywnego skrzydlatego ciała pod tobą. Lot to coś dla czego to stworzenie istnieje. Tsahelu zostało zawarte więc ty też czujesz, że jesteś do tego stworzony. Zapierające dech w piersiach przeświadczenie o nieskrępowanej niczym wolności.

Jedną, czystą myślą wyrównujesz lot, po czym unosisz się nieco na nogach balansując ciężarem ciała. Nie czujesz strachu.

Masz świadomość, że granice zniknęły, możesz polecieć na którąkolwiek z nich, a nawet, jeśli tylko byś tego chciał, sięgnąć gwiazd.

Przed tobą rozpościerają się masywne pływające w powietrzu góry. W oddali widzisz majestatyczne kamienne łuki. Niebiosa otworzyły się przed tobą, pokonałeś ostatni stopień Iknimaya...

- Myślę kolego, że między nami już wszystko w porządku... - powiedziałem po czym zaśmiałem się sam do siebie. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu Ikran uczynił to samo skrzecząc na kształt ujmująco podobny do mojego własnego śmiechu.

Lecz ikran potrzebował przecież imienia...

Pierwszą myśl jaka przeszła mi przez głowę to Tsteu - Odważny. Pasowało.

- Tsteu, myślę, że to początek długiej przyjaźni! - krzyknąłem po czym zanurkowaliśmy w dół dając się całkowicie ponieśc podniebnej fantazji.

Byłem oszołomiony nowym doznaniem, lawirowałem spokojnie pomiędzy skałami, przeleciałem pod opadającym w pustkę wodospadem. Nic wtedy nie mogło się z tym równać.

Minął jakiś czas za nim zaczęli dołączać do mnie inni myśliwi. Wszystkim się udało.

Dostrzegłem Jane dosiadającą ikrana o niebieskawym odcieniu. Zaczęliśmy się śmiać, a następnie chwilę gnaliśmy za sobą przecinając powietrze. Właśnie dla takich chwil żyłem.

Gdy dołączyli do nas Raltaw i Hukato na swoich, potężnych górskich zmorach, ruszyłem wraz z innymi w szyku w kierunku Drzewa Domowego, już jako prawdziwy Ikran Makto.