Rozdział 14

Ceremonia. To właśnie o niej szeptali między sobą wszyscy młodzi Na'vi gdy wylądowaliśmy wśród masywnych gałęzi Drzewa Domowego, ostatnie promienie słońca opuszczały już jego gościnne progi ustępując miejsca ciemności.

Ześlizgnąłem się z grzbietu Tsteu, spojrzałem raz jeszcze w oczy zwierzęcia. Wystarczył jeden lot na jego grzbiecie i nie mogłem uwieżyć, że kiedykolwiek bałem się stworzenia tak pięknego jak ikran. Rozłączyłem więź, Tsteu od razu podfrunął na wyższą gałąź, gdzie z miejsca był witany przez resztę ikranów wśród radosnych skrzeków i pisków. Przynajmniej miałem nadzieję, że radosnych. Jak mówiłem wcześniej Tsteu to duży skurczybyk.

Zaraz obok mnie wylądowała Jane, na swej własnej, równie pięknej, niebieskiej górskiej zmorze, reszta młodych Na'vi wylądowała kawałek dalej wciąż przerzucając się żartami na swój temat.

- Spokojnie Tanhi. - poklepała stworzenie po szyi.

Byłem wyczerpany ponad najśmielsze wyobrażenia, ledwo stałem na nogach ale byłem upojony sukcesem. Mój własny Ikran...

Nie zdążyłem odetchnąć a już w naszą stronę zbliżało się dwóch starszych klanu. Nakazali iść za sobą.

Doprowadzono nas do najniższej niszy drzewa. Kilku Tipani z wielką starannością pomalowało nasze ciała i twarze w plemienne barwy. Kiedy skończyli, dawno płonęły już liczne ogniska.

Zeszliśmy na sam dół, nasze stopy dotknęły miękkiej ziemi.

Ogromne kolumny Drzewa Domu majaczyły w półmroku za zebranymi wokół milczącymi Tipani. Byli obecni wszyscy. Otoczyli nas szerokim kręgiem.

Wyszła ku nam Tsahik Sanume. W dłoniach trzymała miseczkę pełną tlących się ziół. Podchodziła kolejno do każdego z nas. Gestem pokazała mi, że muszę wdychać dym. Nozdrza uderzył jego ostry, intensywny zapach. Powoli podniósł się miarowy rytm bębnów.

Po chwili odstąpiła.

- Jesteście gotowi na ostatnią próbę. - powiedziała głośno Tsahik Sanume - Uniltaron!

Bębny zabiły głośniej. Z tłumu wyszło dwóch starszych Na'vi. Tsahik Sanume w ich towarzystwie podeszła do Jane. Pierwszy z towarzyszących jej starszych trzymał tacę na której wiły się podłużne, świecące robaki, drugi z nich trzymał w dłoniach duży, kamienny słój - nie potrafiłem dostrzec co było w środku.

Gestem nakazała wziąć Jane robaka do ust, a następnie go połknąć. - widziałem tu już dziwniejsze rzeczy.

- Oby był lekko strawny... - powiedziałem kątem ust do wojowniczki obok. Nie załapała żartu więc dalej obserwowałem inicjację Jane. Na samym początku myślałem o rytuale przejścia jak o czymś w stylu przytulania się do drzew, ale to było tak dawno temu...

Drugi ze starszych otworzył kamienny słój - wyjął z niego innego dużego, czarnego robala.

Bez ostrzeżenia przyłożył go do karku Jane. Z przerażeniem odkryłem, że owad wbił w jej szyję żądło znajdujące się na końcu odwłoka.

- Jane! - podbiegłem do niej gdy padła na kolana wykrzywiając twarz w grymasie ogromnego bólu. - Co jej zrobiliście?! - krzyknąłem do Sanume

- Taka jest droga Polowania we śnie. Kali'weya jej nie zabije. Pomoże przyjść zwierzęciu. Zwierzęciu jej ducha... Patrz...

Odwróciłem się. Jane wciąż klęczała, usta poruszały się bezgłośnie - tak jakby recytowała pieśń, dłonie zaciśnięte w pięści raz za razem uderzały o ziemię wznosząc tumany pyłu. Jej oczy były szeroko otwarte lecz nieobecne, można by tylko zgadywać gdzie teraz była...

Gdy z powrotem zwróciłem się do Sanume, taca ze świecącymi robakami pojawiła się przede mną. Skinąłem głową na znak, że jestem gotów.

Z tej drogi nie można już było zawrócić. Bałem się. Obawiałem się tego co mogło czaić się w zakamarkach mojego umysłu. Przecież tak walczyłem żeby pokonać koszmary...

- Zapolujmy.

- Niech Eltungawng stanie się częścią ciebie. - położyła robaka na moim języku.

Zacząłem żuć wciąż patrząc w pełne pokory oczy Tsahik Sanume. Umysł otumaniony dymem tlących się ziół rozjaśnił się nieco, coś było w tym robaku, co tak na mnie zadziałało.

Po raz kolejny niebieska dłoń powędrowała do kamiennego słoja, wyjmując z niego przerażającego Kali'weya. Teraz gdy widziałem go z bliska mogłem stwierdzić, że to tutejszy odpowiednik dawnego, ziemskiego skorpiona.

Nic nie mogło przygotować mnie na ból tego użądlenia. Mój krzyk zlał się z potężnymi uderzeniami bębna. Mięśnie odmówiły posłuszeństwa, podobnie jak Jane natychmiast padłem na kolana.

- Nie walcz z tym Alexpinbaker, pozwól zwierzęciu przyjść... - słowa Sanume brzmiały z bardzo daleka...

Kątem oka widziałem jak Tsahik i jej dwóch towarzyszy ruszyło ku następnemu młodemu Na'vi ale to nie miało już znaczenia. Zobaczyłem coś. Kroczyło na granicy mroku za plecami zebranych ale Tipani go nie dostrzegali. Nie widzieli jak oblizywał się na samą myśl o łatwej zdobyczy. Ślepia bestii płonęły w ciemności...

Coś się zmieniło.

Oblizywałem się na samą myśl o łatwej zdobyczy. Czułem miękką ziemię pod wszystkimi z moich potężnych sześciu łap. Mój ryk niósł się po nieprzeniknionej, gwiezdnej pustce budząc lęk w sercach najodważniejszych...

Bębny grzmiały w oddali.

Przemierzałem bezkresne równiny, kroczyłem wśród ogromnych drzew rozglądając się za zdobyczą która wciąż mi umykała... Nie potrwa to długo. Wiedziałem co zrobię gdy ją złapię... Wiedziałem czym byłem. Byłem tym który przynosi strach... Byłem bestią która przychodzi zabrać to co najważniejsze.

Dźwięk bębnów był coraz bliższy.

Byłem gdzie indziej. Gdzieś, gdzie czułem się bezpieczny. Widziałem ją piękną jak zawsze...

Lecz tuż koło ucha dało się słyszeć słowa mojego nauczyciela.

- Jeśli przegrasz... Stracisz wszystko.

I wtedy ujrzałem ogień, ogarniający wszystko. Widziałem jej śmierć. Selfridge poklepał mnie po ramieniu.

-Dobra robota Pinbaker. Straciłeś wszystko. - powiedział.

Riker z uśmiechem wpakował mi kulkę w łeb.

Poczułem dłoń na swej twarzy, koniuszki palców dotknęły mych powiek. Bicie bębnów natychmiast ustało.

- Jane? - wyszeptałem.

- Nie Alexpinbaker. Czy twoje zwierzę przybyło? - rozpoznałem głos Tsahik Sanume.

A więc to był sen... Wizja. Dobrze wiedziałem co zobaczyłem, często opowiadali o nim starzy myśliwi podczas długich nocy przy ciepłym ognisku. Sam widziałem to stworzenie tylko raz, gdy nierozważnie zapuściłem się zbyt daleko od Drzewa-Domu. Suchousty który przynosi strach...

- Palulukan. - powiedziałem słabym głosem.

Szepty podniosły się wśród zebranych.

- Przyszedł po ciebie Suchousty? Suchousty nie przybywa na Uniltaron! - podniósł głos mężczyzna trzymający tacę świetlistych robaków.

- Ten zły omen pojawił się już kiedyś!... - to mężczyzna trzymający kamienny słój zabrał głos.

- To prawda... Palulukan przyszedł tylko raz. - zaczęła Sanume - Dawno temu, do mojego wielkiego przodka, zwiastując Czasy Wielkiego Smutku...

Ciężko opisać ciszę która nastała.

- Czas powie nam co zwiastuje twój Palulukan, Alexpinabakerze... Teraz wstań. Wstańcie wszyscy!

Dwóch starszych wyszło z kręgu, w jego środku zostali już tylko Tsahik Sanume i młodzi wojownicy, którzy podnieśli się na nogi. Wciąż w powietrzu dało się wyczuć atmosferę niepokoju, którą wywołała moja wizja. Nawet Jane patrzyła na mnie przestraszona. Nie śmiałem powiedzieć o tym co widziałem dalej. Postanowiłem sobie, że nigdy nie powiem im nic o ogniu...

- Podejdźcie. - nakazała Tsahik. Podejdźcie synowie i córki Tipani! Urodziliście się na nowo! Jesteście częścią Ludu!

Tsahik położyła lekko swe dłonie na mojej piersi, Jane stojąca obok mnie położyła swą dłoń na moim barku, na jej twarzy pojawił się ten lekki, zadziorny uśmieszek. Z lewej strony nagle wyrósł Takeshi. Pękał z dumy. Wyszczerzył zęby w uśmiechu, skinął głową i położył dłoń na moim karku.

Załapałem. Dotknąłem wojowniczki obok, ta z kolei położyła rękę na Tsahik Sanume. Reszta poszła w nasze ślady. Wszyscy Tipani weszli do wnętrza kręgu, kładli swe dłonie na plecach, barkach, karkach do momentu aż wszyscy byli połączeni. Byliśmy jednym Ludem.

- Widzę cię Alexpinbaker. - powiedziała Sanume.


Ceremonia dobiegła końca. Siedziałem sam na najwyższym piętrze Drzewa Domowego mając do towarzystwa jedynie Tsteu i nocne niebo.

- Nie masz mi chyba tego za złe, co Tsteu? - wskazałem na bliznę. - Wiesz... Nie chciałem być twoim śniadaniem.

Tsteu poruszył się niespokojnie, to Tanhi - ikran Jane przeciął nocne niebo. Wylądował ukazując w świetle księżyca swego jeźdźca.

Jane zeskoczyła z grzbietu zwierzęcia. Tanhi od razu odleciała na wyższą gałąź. Tsteu rozważał chwilę kolejny krok, po czym nonszalancko podniósł cielsko do lotu i usiadł na gałęzi obok ikrana Jane. Nie sądze żeby była zadowolona z towarzystwa gdyż kilka razy kłapnęła groźnie szczęką w jego kierunku.

- Twój ikran źle skończy. - rozległ się głos Jane za moimi plecami. - Tanhi nie będzie go długo tolerować.

Odwróciłem się.

- To duży chłopak, da sobie radę. Co tu robisz Jane? - zapytałem.

- Chciałam raz jeszcze poczuć wiatr we włosach. Jutro wracamy, pamiętasz?

- Myślałaś sobie kiedyś jakby to było po prostu zostać? Tak po prostu. Nie wracać... - powiedziałem to chyba w połowie do samego siebie. Od jakiegoś czasu nie dawało mi to spokoju.

Jane usiadła lekko obok mnie. Przez krótką chwilę w milczącym zrozumieniu podziwialiśmy nocne niebo.

- Co zobaczyłeś Alex? - zapytała. W jej głosie zabrzmiała troska.

- Słyszałaś. Palulukan. Zły omen... Co jeśli mają racje? Co jeśli sprowadzę na nich coś złego?

Zamknąłem oczy. Ogień z mojej wizji wciąż płonął wyraźnie. Trawił wszystko co kochałem.

- Ty? Więcej takich jak ty i wszystko by wyglądało inaczej. Dajesz im nadzieję Alex. -

- Gdybyś widziała co robiłem kiedyś, te słowa nie przyszły by ci tak łatwo. Nie jestem dobrym człowiekiem Jane.

- Nieprawda. Jesteś najodważniejszym człowiekiem jakiego znam. Wierzę w ciebie. - mówiąc to położyła lekko dłoń na mym ramieniu. Przysunęła się bliżej.

Znowu to samo. Jedno spojrzenie w jej oczy zapierało dech w piersi. Dobrze wiedziałem jak nazwać to uczucie. Mogłem się oszukiwać ale to było to. Tylko jedno potrafiło tak mieszać w głowie.

- Jane... Odnośnie wczoraj... - zacząłem.

- Tak?

- Myślę, że to był błąd. Przepraszam... Myślę, że to tylko wszystko skomplikuje...

Wcale tak nie myślałem. Tak naprawdę sam nie miałem odwagi tego przyznać ale za każdym razem gdy była blisko serce mało nie wyskakiwało mi z piersi. Kochałem ją. Po prostu. Ale nie mogliśmy być razem. Nie potrafiłem jej tego powiedzieć. Bałem się. Nigdy w życiu nie miałem tak wiele do stracenia jak teraz. Jednak im mniej do stracenia, tym mniejszy jest ból... Tak musi być.

Odwróciła wzrok, spojrzała w dal. Zamilkła na krótką chwilę.

- Zgadzam się, nie wracajmy już do tego. Cóż... Musimy już wracać. Musimy się przygotować na jutro. Tyle do zrobienia. - oznajmiła chłodno.

- To do niczego by nas nie zaprowadziło... - usprawiedliwiałem się.

Nie odpowiedziała już.

Odeszła zostawiając mnie sam na sam z jasnym światłem gwiazd. Brawo Alex. Jutro będziesz się obwiniał, będziesz chciał to odkręcić ale ci nie wolno. Nie wybaczyłbym sobie jeśli przeze mnie coś by się jej stało. Czułem, że nadchodzą wydarzenia które zmienią losy nas wszystkich, a gdy wszystko obróci się przeciwko mnie nie chcę żeby Jane stała przy moim boku. Nie mógłbym jej narazić. Tak będzie po prostu lepiej...


Udało się nam. Tipani traktowali nas jak swoich. Następnego dnia mieliśmy wyruszyć do szkoły. Młody Beyda'amo nie mógł się już doczekać, tak samo jak reszta dzieci Tipani. Nie mogli się doczekać spotkania z Grace Augustine o której tyle słyszeli... Musieliśmy wracać do Edenu 5 aby przygotować się na jutro.

Miał być to kolejny, pracowity dzień doktor Grace Augustine. Stała na progu budynku szkoły mrużąc oczy w świetle poranka. Nie kryła zdziwienia gdy wyszliśmy ku niej z pomiędzy drzew.

Znowu miałem na sobie standardowe ciuchy. Koszula gryzła niemiłosiernie, buty uwierały, a plecak ciążył. Sam ledwo to znosiłem, nie mogłem sobie wyobrazić jak radzi sobie z tym Takeshi który szedł obok. Pomyślałem sobie, że dziwnie wygląda w tym ubraniu.

Zaraz za nami wyszła Jane, ubrana podobnie jak my, a za nią naprawdę spora grupka dzieci Tipani.

To było zbyt wiele. Grace Augustine stała jak wryta, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Usta poruszały się bezgłośnie.

- Cześć Grace. - przywitał się Takeshi jak gdyby nigdy nic - Mam nadzieję, że będziesz miała w szkole trochę dodatkowego miejsca?

- Jak... Jak wam się to udało? - wciąż patrzyła na mały tłum który powstał przed szkołą.

- Takeshi pracował nad polepszaniem stosunków już od jakiegoś czasu. My tylko trochę pomagaliśmy. - wyjaśniła Jane.

Przedstawienie wszystkich nowych podopiecznych zajęło trochę czasu. Prawdziwy chaos zapanował gdy do tego wszystkiego dołączyła grupa z klanu Omaticaya. Wszyscy bardzo chcieli się uczyć. Jeśli przepracowani nauczyciele miewają koszmary senne, to mógł być jeden z nich.

Mieliśmy sobie naprawdę dużo do powiedzenia. Z rozmysłem pomijaliśmy oczywiście cały epizod z urodzeniem się na nowo dla Tipani. Okazało się, że w Piekielnych Wrotach sytuacja się pogarszała. Personel naukowy był ostatnio nieustannie monitorowany przez ludzi Riker'a.

- Mówi się, że szukają kreta w naszych szeregach. To absurd! A Selfridge nic z tym nie robi. Słowo daje to chyba największy dupek jakiego znam. - opowiadała Grace. - Chyba będę potrzebowała pomocy... - wskazała na mały chaos przed budynkiem szkoły.

- René Harper zgłosił wczoraj swoją gotowość - zapewnił Takeshi - Rozmawiałem z nim wczoraj przez komunikator.

- To dobrze, Harper to dobry naukowiec. Ale co z wami? Co zamierzacie teraz?

- Odstawimy avatary do Piekielnych Wrót. Potem ktoś przyleci nas zabrać z Edenu 5, musimy złożyć pełny raport Selfridge'owi. Może w końcu doceni to co robimy.

- Jeśli nie doceni tego... - wskazała w stronę roześmianych dzieci - To osobiście skopie mu tyłek. - westchnęła - Uważajcie. Traci jakąkolwiek kontrolę nad Riker'em. To wszystko zaczyna przypominać jakiś cyrk... - na tą jedną chwilę cień zmartwienia przebiegł po twarzy Grace - Alex, mogę z tobą pomówić na osobności?

Wyszliśmy sami na taras szkółki zostwiając Jane i Takeshi'ego wewnątrz, starali się tłumaczyć nowoprzybyłym przeznaczenie i funkcję książek. Obserwowałem chwilę jak Beyda'amo i Marali bawili się z Neytiri.

- Martwię się o Sylwanin. - odezwała się cicho Grace - Nie potrafię już z nią rozmawiać. - oparła się o drewnianą barierkę i westchnęła głęboko - Ostatnim razem gdy ją widziałam była tak pełna żalu...

- Co się stało?

- Znowu zaczęli wycinkę. Cały teren jest pod ścisłą kontrolą Sec-Ops'u, powiększają kopalnie. Sylwanin nie mogła już tego znieść. Przestała przychodzić do szkoły. Boje się o nią...

- Mam z nią porozmawiać? Jak ją znajdę?

- To ona znajdzie ciebie. Mówiła o tobie. Mówiła, że ty ją zrozumiesz... Nie wiem o co mogło jej chodzić. Jeśli ją spotkasz powiedz jej... Powiedz jej żeby nie robiła nic pochopnego. Powiedz jej żeby wróciła...

- Porozmawiam z nią. - zapewniłem.

Grace Augustine skinęła głową przygryzając wargi jakby nad czymś rozmyślała, po czym poklepała mnie po ramieniu. Zeszła po schodkach i poszła prosto do bawiących się dzieci. Odprowadziłem ją wzrokiem. Całe swoje życie przebywa z Na'vi lecz nigdy nie oddała się temu całkowicie. Gdyby tylko mogła wiedzieć...

Nagle coś przykuło moją uwagę. Zwinna i gibka sylwetka pojawiła się nieoczekiwanie na granicy widoczności. Zszedłem w dół po schodkach. Poszedłem w kierunku lasu nie zatrzymywany przez nikogo.

- Jesteś ubrany jak Ludzie Nieba, mówisz jak Ludzie Nieba, ale nie jesteś już jednym z nich. Już nie... - rozległ się głos Sylwanin.

Rozejrzałem się wkoło szukając jego źródła. Wokół nic, tylko porośnięte zielenią, ogromne drzewa.

- Sylwanin? -zawołałem. - Wyjdź. Chciałaś ze mną porozmawiać? Oto jestem.

Zeskoczyła nagle z wysokiego konaru lądując metr przede mną. W rękach trzymała łuk. Z twarzy dało się wyczytać ten rodzaj wiecznej zaciętości którego próżno było szukać u większości wojowników.

- Jesteś Tipani. Słyszałam o tobie i tej z którą podróżujesz. Jesteś odważny Alexpinbaker. Pomóż nam... Pomóż nam jak Rayanlorenz.

- Rayan Lorenz? - przypomniałem sobie nagle rozmowę z Sylwanian sprzed dwóch miesięcy - Co on dla was zrobił?

- Był taki jak ty. Pomógł nam w walce z Ludźmi Nieba, uratował mi życie tak jak ty. Zabili go. Odebrali na zawsze. - Sylwanin podeszła bliżej, w jej oczach tkwił nieopisany ból. - Jesteś do niego tak podobny... Proszę cię Alexpinbaker. Pomóż mi walczyć z Ludźmi Nieba.

- Cokolwiek zamierzasz Sylwanin wiec, że nie chcesz wojny z Ludźmi Nieba. - spojrzałem na księżniczkę Omaticaya - Widziałem już wojnę i nie sprowadzę jej tutaj. Nigdy. Wróć do szkoły. Tipani chcą teraz rozmawiać z Ludźmi Nieba, razem możemy...

- Nie Alexpinbaker. Ludzie Nieba nie słuchają. Nie widzą i nie słyszą. Wciąż tkwi w tobie ich duch. Będzie tkwił zawsze nawet jeśli nazywasz się synem Tipani. Myliłam się co do ciebie Alexpinbaker. Żegnaj.

I tak po prostu odeszła. Pognała wzdłuż pochylonego konaru i zniknęła niczym leśny duch. Z rozmysłem zrażam do siebie kolejną kobietę w przeciągu dwóch dni... Nabierasz wprawy Alex. No cóż, przypuszczałem, że to nie ostatnie nasze spotkanie więc dałem temu spokój.

Wątpiłem czy udało mi się ją przekonać do czegokolwiek. Miałem tylko nadzieję, że nie spróbuje czegoś nierozsądnego, a nierozsądnym było by zadrzeć z czymś takim jak ZPZ. poznałem wielu ludzi którzy próbowali i żaden nie skończył dobrze.

Wróciłem z powrotem do szkoły. Okazało się, że Jane i Takeshi czekali już na mnie. Wyruszyliśmy w stronę Piekielnych Wrót żegnając się se wszystkimi.

Poznaliśmy, że jesteśmy na miejscu gdy nasze stopy dotknęły jałowej ziemi poprzecinanej ogromnymi koleinami tworzonymi przez przejeżdżające co chwila koparki.

- Jest większa od tej którą pamiętam. - stwierdził ponuro Takeshi.

Kopalnia. Na średnicy około 4 kilometrów rozciągał się ponury krater. Po jego drugiej stronie PZM'y sukcesywnie, za pomocą miotaczy ognia prowadziły deflorację roślinności która ośmieliła się porosnąć tereny przeznaczone pod kopalnię. Automatyczne wieże strzelnicze gęsto pokrywały jej granice. Tu rządzili Ludzie Nieba. To ich królestwo.

Maszyny w dole pracowały bez ustanku. Koparki ładowały i wywoziły urobek w stronę rafinerii. Jedna minęła nas dosłownie o kilka metrów. Ich koła były ogromne nawet dla kogoś o wzroście trzech metrów.

Koparkę eskortowały dwa PZM.

- Z drogi. - warknął do mnie metalicznym głosem żołnierz w kabinie - Co się tak gapisz dziwaku! Jesli masz jakieś zastrzeżenia do zgłaszaj je do naszego szanownego majora Riker'a. Byłbym zapomniał. Wy boicie się spojrzeć komukolwiek w oczy!

- Pieprzone dziwadła! - zawtórował mu towarzysz poprawiając pas z amunicją.

Usunąłem się z drogi. Śmiech żołnierzy przepuszczony przez głośnik wydawał się jeszcze bardziej paskudny.

Jane już otwierała usta aby coś odpowiedzieć. Takeshi uspokoił ją jednak gestem.

- Nie warto. Chodźmy już. - ponaglił Takeshi.

Żołnierze bacznie przyglądali się gdy przekraczaliśmy wrota kolonii. Dotarliśmy do części dla avatarów. Tu nie zaszły wielkie zmiany... Choć wcześniej nie widywało się tu patrolów w tych cholernych blaszakach. "Cholerne blaszaki" - zabawne jak przez trzy miesiące zmienił się mój stosunek do tych maszyn.

- Pośpieszmy się Harper zaraz dotrze do Edenu 5. - ponaglił naukowiec.

Doszliśmy do dużej, drewnianej chaty. Położyliśmy się na twardych pryczach.

- Dobra. Jesteśmy gotowi. - dał znać przez komunikator.

Zamknęliśmy oczy i jak wiele razy wcześniej obudziliśmy się w naszych linkerach.

Rozprostowałem kark i wyskoczyłem z jednostki. Takeshi rozmawiał już z jakimś mężczyzną. Jak się potem okazało był to René Harper. Przyleciał razem z Trudy nas odebrać. Naukowcy rozmawiali ze sobą jak starzy przyjaciele. Następnie Takeshi przedstawił mu mnie i Jane.

- Mam nadzieję, że tych dwóch potrafiło się zachować w towarzystwie damy. - powiedział René gdy Takeshi przedstawił mu Jane. - Dwa miesiące to szmat czasu.

- Dawałam sobie z nimi radę. - zapewniła dziewczyna nie zaszczycając mnie nawet przelotnym spojrzeniem.

Wsiedliśmy do samsona i polecieliśmy prosto do Piekielnych Wrót. Z góry kopalnia wyglądała na jeszcze większą. Było jasne, że w przeciągu dwóch miesięcy powiększyła się znacznie.

- Zaczęli właśnie dwa miesiące temu - skomentował Harper. - Przeklęci głupcy. Myślą, że jak długo Na'vi będą to tolerować?

Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Popatrzeliśmy tylko po sobie. Napełniony do granic możliwości balon w końcu zawsze pęka. Ten balonik dawno temu przekroczył już wszelkie normy. Pozostawało czekać na duże bum...


Kilka godzin później ogolony i przebrany w czyste ubranie stałem w gabinecie Selfridge'a. Na biurku leżały wszystkie ze skrupulatnie sfabrykowanych raportów. Wynikało z nich mniej więcej tyle, że Takeshi oprócz poprawiania stosunków z Tipani każdego dnia zbierał próbki. I tak przez okrągłe dwa miesiące...

- Więc... Ci Tipani... Nie chcą już wywijać dzidami. Czego więc chcą? - zapytał administrator.

- Chcą was... Nas poznać. Uczyć się języka sir. - zapewniłem.

- Więc ten cały program wreszcie się na coś przydał! Czas najwyższy! - krzyknął nieco bardziej nerwowo niż zwykle.

- To zasługa Takeshi'ego Yamoto, sir. Przez całe dwa miesiące wykazywał godną pochwały inicjatywę.

Selfridge wstał. Przeszedł przez biuro i z torby w rogu wyciągnął kij golfowy. Ważył go chwilę w dłoni. Spojrzałem na dłonie. Ściskał go tak mocno, że knykcie pobielały. Wyglądał też nieco inaczej niż w pierwszym dniu gdy go poznałem. Był bledszy i nieco chudszy. Coś musiało nie dawać mu spokoju. Możliwe, że jako nowicjusz pierwszy raz prowadził takiego giganta jakim była kolonia ESC 01. Stres?

- Ten cały Takeshi... Nikt nie pojawił się w pobliżu nadajnika. Co mnie cholernie irytuje. Znalezienie tego kreta to jedyna z wytycznych Konsorcjum której nie udało mi się wykonać. - przegryzł wargi.

- Wszystko jest w raportach sir. Nie spuszczałem go z oczu.

Gdzie to jego specyficzne poczucie humoru? Gdzie zgryźliwe uwagi na temat Na'vi? Gdzie ta pewność siebie? Selfridge nie był sobą. Bał się czegoś. Lub kogoś...

- Nie wątpie Pinbaker. W końcu mam przecież ten cholerny nadajnik, prawda? Po prostu każę go posłać w diabły. Co o tym myślisz?

Pokiwałem tylko głową. Szło lepiej niż się spodziewałem.

- Więc jesteś na razie wolny Pinbaker. Idź, baw się ze swoimi leśnymi przyjaciółmi.

Po zasięgnięciu stołówkowych informacji okazało się , że zmieniło się dużo więcej. Pułkownik Quaritch na najbliższy miesiąc wraz z pokaźnymi odziałami powietrznymi miał chronić przyczółek w górach Alleluja. Szukali tam nowych złóż rudy. Naukowcy, zdumieni ilością Unobtanium w jednej latającej górze nazwali jedną z nich Wielkim Skalnym Cukierkiem.

Riker awansował na podpułkownika i to właśnie on, wraz z majorem Falco sprawowali władzę nad siłami zbrojnymi Piekielnych Wrót. O Selfridge'u ntomiast mówiło się, że boi się Riker'a jak mało kto. Podpułkownik aktualnie sprawował kontrolę nad operacją przekształcania Strefy Bezpieczeństwa w kopalnię. Inicjatywa wyszła podobno prosto od ZPZ.

Najbliższy miesiąc mieliśmy spędzić w Piekielnych Wrotach. Grace i Harper zajęli się prowadzeniem szkoły. Pojawiła się nawet koncepcja stworzenia drugiej placówki. Bliżej terenów Tipani. Eden 5 nadawał się do tego celu znakomicie. Takeshi nie miał nic przeciwko, większość czasu spędzał teraz w szkółce. Jane oddawała się swej pasji i również codziennie odwiedzała dzieci. Rzadko się widywaliśmy. Rozmawialiśmy zdawkowo. Rozmowa na szczycie Drzewa Domowego zmieniła wiele. Tak jak się tego spodziewałem. Tylko czasem, gdy szliśmy korytarzem nasze oczy spotykały się na krótką chwilę... Oboje byliśmy więźniami świata za metalowym ogrodzeniem.

To nie wszystko. Koszmary wróciły. Nieustannie śniłem o ogniu...

Jednego dnia wszystko miało się jednak zmienić, a życie miało sprzedać potężnego kopniaka w zęby każdemu z nas.