Rozdział 15
Minął miesiąc. Przez ten czas dzieci poczyniły w szkole ogromne postępy. Z zawrotną szybkością przyswajały kolejne słowa. Fascynowali ich ci tajemniczy Ludzie Nieba z którymi teraz mieli zawarzeć pokój.
Wiele czasu spędzałem na terenie ośrodka. Głównie trenowałem i pomagałem Max'owi przy testach. Nie narzekałem. Potrzebowałem się na chwilę zatrzymać. Te dwa miesiące poza ogrodzeniem zmieniły moje dotychczasowe życie. Zweryfikowałem prawdę o sobie samym. Wielu ludzi potrafi przebyć lata świetlne w poszukiwaniu odpowiedzi... Ja je wreszcie znalazłem i wróciłem odmieniony.
To miał być jeszcze jeden zwykły dzień w Piekielnych Wrotach. Jeśli "zwykłym" można nazwać by każdy twój krok obserwowany przez Sec-Ops.
Wpadłem rano na Takeshi'ego. Ostatnio naukowiec miał pełne ręce roboty i rzadko miewał chwilę wolnego czasu.
- Jak w szkole? - zapytałem.
Kawałek dalej żołnierz w PZM otworzył ogień do przelatującego w górze żądłonietoperza. Jednym strzałem strącił go na ziemię. Wciąż trzepotał skrzydłami.
- Lepiej niż się spodziewałem. Uczą się szybko. Wiesz pod koniec miesiąca zbudujemy drugą szkołę. Wszyscy będziemy pomagać. Grace, Harper, Jane... Mógłbyś nam pomóc, Selfridge nie siedzi ci już przecież na karku... Pieprzony dupek! - rzucił w stronę najemnika gdy zauważył co ten zrobił.
- Coś ty powiedział niebieski dziwolągu? Aha... O to ci chodzi? - żołnierz wskazał na kwiczącego w agonii żądłonietoperza.
Metalową stopą wdeptał go w ziemię. Cały czas rechocząc pomaszerował do kolegi pilnującego tylnego wyjścia z ośrodka. Lufa ogromnego GAU-90 wciąż dymiła gdy przechodził obok dwóch obserwujących go z pogardą avataró nie podobała się obecność żołnierzy.
Rozpoznałem tą wredną mordę w kabinie. Wainfeet. Byłem pewien, że w drugim PZM siedział Fike. Chyba im się to podobało.
- To co się tutaj wyrabia... - naukowiec zwrócił wzrok ku Winfleet'owi - Potrzebuję nadajnika nadświetlnego bardziej niż kiedykolwiek, a Riker rozniósł go w drobny mak...
- Przykro mi.
- Ale co z tobą Alex? Dlaczego nie bywasz już w szkole? - zapytał Takeshi po czym zmierzył mnie wzrokiem -Ty i Jane... Nie rozmawiacie ze sobą jak kiedyś... Coś się zmieniło. - był zmartwiony.
Jane. Naprawdę rzadko ją teraz widywałem. Podczas posiłków siedzieliśmy po przeciwnej stronie stołu. Nie rozmawialiśmy ze sobą nawet gdy się mijaliśmy.
- Nie. To nic takiego. Po prostu muszę odpocząć...
Przerwał mi hałas spowodowany przez cztery przelatujące nad nami skorpiony.
- Lecą w stronę nowej wycinki... Patrol? - zapytał Takeshi śledząc niknące we mgle sylwetki maszyn.
- Nie o tej godzinie. Chodźmy. Zobaczymy co jest grane.
Coś było nie tak jak powinno. Czułem to. Takeshi też, więc ruszyliśmy w stronę chat wypoczynkowych. Daliśmy technikowi znak, że jesteśmy gotowi do rozłączenia i obudziliśmy się w okrągłym pokoju połączeń.
Takeshi jako pierwszy wyszedł z linkera.
- Co tu się dzieje Monroe? - zapytał czarnoskórego faceta w białym kitlu.
- Nie mam pojęcia. - rozłożył ręce mężczyzna - Najpierw był alarm, a potem Riker i jego psy zbiegli się do centrum operacyjnego. Coś się szykuje...
Inni naukowcy również zaczęli wychodzić ze swoich jednostek. Zrobiło się tłoczno. Jako jedyni nie wrócili tylko Grace i Jane. O tej porze zaczynali zajęcia w szkole.
- Coś się stało na terenie wycinki! - krzyknął Harper ponad głowami reszty.
Ja i Takeshi spojrzeliśmy po sobie.
- Idę do centrum operacyjnego. - powiedziałem i ruszyłem do wyjścia.
- Idę z tobą.
Na korytarzu przyśpieszyliśmy kroku. Jeśli było miejsce w którym mogliśmy się zorientować co się dzieje, to było to właśnie centrum operacyjne. Ludzie tłoczyli się na korytarzach.
Strażnik przy windzie nie chciał nikogo wpuścić. Max i Harper zaczęli się z nim wykłócać dając nam okazję. Drzwi windy zatrzasnęły się zanim strażnik zdążył się zorientować.
Krótka podróż w górę i byliśmy już na miejscu. W pomieszczeniu o dziwo, nie panowało zwykłe zamieszanie. Pracownicy siedzieli cicho przy swoich komputerach zdradzając jednak oznaki zdenerwowania.
Czuć było nerwową atmosferę. Nic dziwnego - podpułkownik Riker wraz z majorem Falco też tam byli. Odwróceni plecami, nie zauważyli jak weszliśmy. Selfridge rozmawiał o czymś żywo z majorem Falco. Całą uwagę podpułkownika natomiast skupiał na sobie ekran monitora.
- Puszczaj to wreszcie - polecił Falco Selfridge'owi.
Pochylił się na moment nad klawiaturą i ekran rozświetlił się ukazując nagranie z kamery.
- Mieliście odpowiadać za bezpieczeństwo, a drugi raz w przeciągu trzech miesięcy tracę sprzęt! - rzucił administrator. - Quaritch musiał być stuknięty, ze zostawił wam dowodzenie.
Podeszliśmy bliżej nie zatrzymywani przez nikogo. Nawet uzbrojeni strażnicy opuścili pozycje i wpatrywali się w milczeniu w monitor.
Nagranie przedstawiało parking maszynowy. Ogromne koparki i buldożery stały w rzędach. Nagle grupa wysokich sylwetek pojawiła się w zasięgu widoczności. Ten widok rozpoznałem od razu. Wojownicy Omaticaya... To były ich barwy wojenne i łuki. W rzędzie skradali się za gigantyczną koparką nieświadomi obserwującego ich obiektywu. W miarę jak zbliżali się do kamery rozpoznawałem ich twarze.
Sylwanin i jej pobratymcy z kalnu. Mieli ze sobą torby.
- O nie... - jęknął cicho Takeshi.
Rzucili je w strone kół i silników maszyny. Przykleiły się. Ktoś rzucił pochodnię... Opony stanęły w płomieniach, następnie cały buldożer. Coś niezwykle łatwopalnego musiało znajdować się w ich wnętrzu. Obraz rozjaśnił się na moment oślepiającą bielą - wybuchł zbiornik paliwa.
Potem rozległy się strzały z karabinów. Nagranie skończyło się w momencie gdy Na'vi uciekali w stronę drzew.
Cisza jaka zapadła była tylko zaowiedzią zła które miało zaraz uderzyć. A jednak. Sylwanin walczyła z Ludźmi Nieba.
- Nasi żołnierze ruszyli w pościg. Skorpiony odcięły im drogę do lasu, sir.
- Wiem gdzie będą uciekać. Będą myśleć, że ich dobra sa'nok ich uratuje. Za pięć minut chcę helikopter gotowy do startu. - odezwał się Riker. - Złożymy wizytę w szkole.
Szkoła. Najgorsze koszmary właśnie się spełniały.
- Nie! Riker sukinsynu, nie możesz tego zrobić! Oni nie zdają sobie sprawy! To jeszcze dzieci! - Takeshi z krzykiem wybiegł na przód.
Riker odwrócił się do nas. Strażnicy natychmiast pochwycili naukowca. Uderzyłem najbliższego lecz było ich zbyt wielu. Wkrótce leżeliśmy na podłodze. Masywny wojskowy but przycisnął mnie do ziemi. Ktoś wyciągnął z kabury pistolet.
- Proszę, proszę. Moi dwaj, ulubieńcy. Mówiłem ci Pinbaker, że zburzę twój idealny światek. Nie słuchałeś. Teraz jest już za późno...
- Selfridge, posłuchaj mnie! - krzyczałem do administratora - Powstrzymaj go! Odkręce to. Nie róbcie tego!
Selfridge, cały blady opierał się o blat wyłączonego hologramu. Nie odpowiedział.
- Muszą wiedzieć kto tu rządzi! Jakie rozkazy, sir? - zapytał Falco.
- Znaleźć i zabić.
Na te słowa Selfridge się ocknął.
- Co? Nie zgadzam się na użycie broni! Macie przepędzić te małpy w stronę lasu! Wojna ł być pokój!
- Na'vi złamali jego warunki! Dyrektywa czwarta: W razie ataku na kolonię ESC 01 dowodzenie przejmuje zwierzchnik Sec-ops. Nie możemy nawiązać kontaktu z pułkownikiem Quaritchem, więc to ja jako jego zastępca przejmuje dowodzenie!
Drzwi windy otworzyły się. Do pomieszczenia wkroczyli uzbrojeni po zęby żołnierze.
Ktoś upuścił kubek z kawą. Żołnierze zajęli miejsca pracowników za klawiaturami komputerów.
- Chcę gadać z Quaritch'em! - protestował administrator.
- Kontakt z pułkownikiem jest w tym momencie niemożliwy. Burza magnetyczna w górach Alleluja... - zaczął spokojnie Riker.
Dwóch barczystych najemników zabrało Selfridge'a do biura. Delikatnie ale i z lekkim nakazem.
- ... skutecznie nam to utrudnia. Ich też zabrać! - Riker wskazał na mnie i Takeshi'ego, a następnie podszedł do okna - Tymczasowo dowodzę również zasobami programu avatar. Wszystkie jednostki zostają w bazie. Wykonać natychmiast.
Podbiegł młody wojskowy.
- Sir. Maszyna jest gotowa do startu.
- Idziemy. Zawiadomić resztę mojego oddziału.
Jeden, potężny, czarnoskóry najemnik pod bronią, doprowadził nas w tym czasie do windy.
Grace. Jane. Dzieci. Nie mają pojęcia. Trzeba ich ostrzec.
Podróż windą dłużyła się w nieskończoność. W odbiciu wypolerowanych drzwi zauważyłem, że przezorny żołnierz zostawił odpiętą kaburę. Jego błąd. Moja spluwa.
Ding! Drzwi rozsunęły się. Błyskawicznie się odwróciłem, uderzając żołnierza łokciem w brzuch. Schyliłem się, sięgając do kabury. Obróciłem w dłoni broń i uderzyłem nią najemnika w skroń. Padł na ścianę windy i ześliznął się po niej na ziemię.
Zapadł moment ciszy zanim uświadomiliśmy sobie nasz nagły przypływ inicjatywy.
- Nie ma szans żebyśmy zdążyli Alex!
- Nie w tych ciałach.
Zgodnie pobiegliśmy w kierunku pokoju połączeń. Z bronią w rękach mijałem kolejne korytarze. Na nasze szczęście nie trafiliśmy na żadnych wojskowych. W końcu znaleźliśmy się przed masywną śluzą powietrzną prowadzącą do pomieszczenia. Takeshi wszedł pierwszy.
Minęła chwila zanim oczy wszystkich w środku zogniskowały się na lufie pistoletu. To argument którego nikt, nigdy nie zlekceważy.
- Wszyscy mają stąd wyjść. Teraz! - rozkazałem.
- Pinbaker... Co ty wyprawiasz? Opuść broń do cholery! - Monroe nie mógł uwierzyć własnym oczom.
Odsunął się od konsoli komputera odsłaniając Jane. Zdążyła wrócić... Odetchnąłem w duchu. Następnie spojrzałem na wciąż pracującą jednostkę Grace Augustine.
- Alex...
Tłum rozstąpił się nieco, do przodu wystąpiła Jane. Ze strachem spoglądała na broń w mojej dłoni. Patrzała na mnie ze strachem - jak wiele innych osób w moim życiu. Ale tym razem wiedziałem, że robię słuszną rzecz.
- Dopiero co wróciłam! Miałam przynieść Max'owi materiały do badań. Ledwo zdążyłam zanim zamknęli bramę. Co tu się dzieje?
- Nie mam czasu tłumaczyć.
Z rezygnacją podniosłem pistolet i wystrzeliłem w sufit. Naukowcy natychmiast ruszyli do wyjścia.
- Nie wiesz co robisz! Zabiją cię! - krzyknął Monroe zanim zdążył wybiec z pomieszczenia.
- Uderzą w szkołę, Jane. Nie mamy dużo czasu... - odezwał się Takeshi gdy echo strzału w końcu ucichło. Zastąpiło je wycie syreny alarmowej.
W pomieszczeniu zostali tylko Takeshi, ja i Jane.
- Ty też Jane.
Odwróciłem się do niej. Ona mogła jeszcze zawrócić... O to mi wałśnie chodziło wtedy po ceremonii. Nie chciałem żeby szła ze mną w ogień...
- Idę z tobą i nie zatrzymasz mnie Alex! - na wieść o nadchodzącej tragedii raz jeszcze w Jane obudził się ten pierwotny zew. Wiedziałem, że była taka jak ja. Za nic nie odda tego co pokochała.
- Nie czas na kłótnie! Ktoś musi otworzyć nam bramę i wyłączyć działka. Inaczej nie wyjdziecie. - przerwał Takeshi - Ja to zrobię. Daj mi pistolet.
Rzuciłem mu broń. Decyzje zapadły. Nie było już odwrotu.
Takeshi podbiegł na środek sali i pochylił się nad komputerem. Uruchomiły się dwie jednostki.
- Obyście zdążyli. Biegnijcie gdy tylko otworzę wam bramę! Linkery mają zapasowe źródło zasilania więc nie dadzą rady ich wyłączyć z zewnątrz.- wybiegł.
Pozostała jedna rzecz...
Gdy śluza zamknęła się za naukowcem skierowałem się w stronę drzwi. Wyszukałem na ścianie obok napis "BLOKADA AWARYJNA" , rozbiłem szybkę i pociągnąłem za dźwignię. Na drzwi opadła masywna gródź. Było to zabezpieczenie na wypadek pożaru. Zapaliły się awaryjne, czerwone światła. To da nam trochę czasu...
Zwróciłem się do Jane:
- Gdy już się zacznie... Musisz mnie słuchać i robić to co mówię. To bardzo ważne. Rozumiesz?
- Rozumiem - odpowiedziała gdy podchodziła już do swojego linkera.
Całe przemówienie było niepotrzebne. Jane była gotowa i zdecydowana jak nigdy. Weszliśmy do jednostek.
Świetlisty tunel... I obudziliśmy się w chacie wypoczynkowej. Reszta avatarów leżała pogrążona w stanie spoczynku. Riker chciał wszystkim odłączyć wtyczkę. Nie chciał aby ktokolwiek próbował go zatrzymać. Zerwaliśmy się z miejsc i pobiegliśmy wśród rzędów śpiących avatarów do wyjścia. Na szczęście na kratę nie założyli jeszcze kłódki.
Na zewnątrz nie było nikogo z personelu ośrodka. Niestety. Tylnej bramy wciąż strzegł Winefleet w swojej kroczącym PZM.
- Czekamy aż brama się otworzy. - powiedziałem spokojnie do Jane, która stała obok mnie. - Gdy dam ci znak biegnij. Nie zatrzymuj się, nie czekaj na mnie. Tylko biegnij.
- Co z nim? - wskazała na PZM.
- Jego zostaw mnie.
Chwila wydała się wiecznością gdy czekaliśmy na jakikolwiek sygnał, że Takeshi'emu się udało. Już zaczynałem myśleć, że go złapali gdy brama zaczęła się ze zgrzytem otwierać. Nie miałem pojęcia jak ale udało mu się.
- Hej! Co do... Brama miała być zamknięta do cholery! - ryknął ze swojej maszyny Winefleet. - Co tam się dzieje?! Zamykać to!
Obrócił się plecami do nas i spojrzał wzdłuż ogrodzenia.
- Biegnij! - krzyknąłem do Jane. - Czekaj na mnie za bramą!
Pobiegła przez otwarty teren. Żołnierz jeszcze jej nie zauważył. Nie miałem zamiaru na to pozwolić.
- Hej! Ty... Niebieski! Stój bo strzelam! - uniósł broń gdy ruszyłem prosto w jego kierunku. - Ty pieprzony...
Jane przebiegła za jego plecami niezauważona. Ja miałem mieć nieco trudniej. Coś poszło nie tak. Kątem oka widziałem jak brama na powrót się zamyka.
Nie zatrzymywałem się. Biegłem prosto na niego. Pociski wyrywały małe kratery w ziemi gdy Winefleet otworzył ogień. Nie potrafił mnie trafić. Byłem szybki. Strach przed stratą dodawał mi sił.
Jane w tym czasie przebiegła już na drugą stronę. Brama zamknęła się zaraz za nią. Odwróciła się przerażona i krzyknęła:
- Alex!
Winefleet obrócił się momentalnie. Zauważył ją.
- Dokąd to suko!? - ryknął donośnie i zaczął strzelać w jej kierunku. - Uciekają! Powtarzam. Uciekają! - wzywał przez radio posiłki.
Dobiegłem do niego. Napiąłem mięśnie ze wszystkich sił i złapałem za broń ciągnąc ją w drugą stronę. Seria poszła w ziemię wznosząc tumany kurzu. Przebiegłem po metalowym ramieniu i wyrwałem pas z amunicją. Działko zamilkło. Przez moment widziałem wygiętą w grymasie podobnym tylko do uśmiechu twarz kaprala. Jedną ręką puścił karabin i wolną ręką uderzył z całych sił.
Poleciałem kilkanaście metrów w bok, uderzając we wsporniki wieży starażniczej górującej nad ogrodzeniem. Zawyłem z bólu. Widziałem nad sobą drabinę na szczyt wieży. Ostatnia szansa ucieczki.
Winefleet długimi susami dobiegł do mnie. Z furią uderzał metalowymi rękoma.
- Dokąd to zdrajco? Chodź no tu! Chcesz uratować tych swoich dzikusów prawda?
Przeskoczyłem za rusztowanie. Z każdej strony otaczało mnie metalowe rusztowanie.
Winefleet nie mógł mnie dosięgnąć. Jedynym co dzieliło mnie od miażdżących łap były wsporniki wieży, wyginały się jednak przy każdym, kolejnym ciosie. O centymetry unikałem jego ciosów.
Najemnik odstąpił na moment. Tylko po to by odsapnąć przed kolejnym atakiem.
Skoczyłem do drabiny i zacząłem się wspinać.
- Co ty robisz dziwolągu? Dorwę cię! Słyszysz mnie?!
Byłem w połowie wysokości gdy zorientowałem się, że Winefleet zaczął wchodzić po wspornikach. Poziom zawziętości tego faceta mógł zadziwiać. PZM -y nie były do tego zaprojektowane.
Były również za ciężkie.
- Wracaj tu!
Nity na dole wystrzeliły, wieża zaczęła się odchylać do tyłu. Przeskakiwałem po kilka szczebli na raz. Byłem na szczycie gdy wieża już zaczęła lecieć od tyłu przy akompaniamencie zgrzytów. Wskoczyłem na dach stróżówki i przebiegłem po jego powierzchni...
- Nie uda ci się! - krzyczał Winefleet.
Ostatnim co widziałem zanim skoczyłem była pełna zdziwienia mina kaprala. Kurczowo trzymał się przechylającej się konstrukcji wieży.
Skoczyłem...
...ponad dziesięciometrowym ogrodzeniem.
Wylądowałem na ugiętych kolanach. Przeturlałem się po ziemi. Skok, który zabił by każdego człowieka dla mnie skończył się kilkoma stłuczeniami.
Wieża w tym czasie runęła, przygniatając kaprala toną stali. Inne PZM-y które zdążyły dotrzeć na miejsce zaczęły pomagać mu się wydostać.
Jane pomogła mi wstać. Patrzeliśmy chwilę jak Winefleet podnosił się z pośród zgliszczy.
- Za nimi głupcy! - krzyczał kapral gdy próbował podnieść z siebie wspornik.
- Idziemy. Nie ma czasu. - wycedziłem z trudem łapiąc oddech.
Biegliśmy ze wszystkich sił. W oddali słyszeliśmy śmigłowiec. Do szkoły było wciąż zbyt daleko. W połowie drogi musieliśmy jeszcze przekraczać rzekę o wartkim nurcie, a mieliśmy na karku kolumnę maszyn kroczących. Spojrzałem w lewo. Kawałeczek dalej rzeka nagle się urywała niknąc za krawędzią. Wodospad.
Idąc ścieżką nigdy byśmy nie zdążyli.
- Alex. Co...
Chwyciłem Jane za rękę i pociągnałem w kierunku rzeki. Woda była płytka.
- Tędy! Skaczemy! - przekrzyczałem ryk wodospadu.
Spojrzała na mnie.
- Zaufaj mi.
Przestąpiliśmy krawędź. Drugi karkołomny skok tego dnia...
Moment gdy spadaliśmy w dół wydłużał się w nieskończoność...
Uderzyliśmy o taflę wody w dole. Chwila walki z nurtem i wyczołgaliśmy się na brzeg. Nie było czasu na odpoczynek. W duchu żywiłem nadzieję, że uda nam się dotrzeć do szkoły przed żołnierzami.
Gdzieś tam, w Piekielnych Wrotach dobijali się do pokoju połączeń. Oczyma wyobraźni widziałem jak palnikiem wypalają sobie drogę. To była kwestia czasu zanim wyciągną nam wtyczkę.
- Znam te drzewa! Jesteśmy blisko! - zorientowała się Jane.
Wbiegła na najbliższy korzeń pnący się wysoko w górę. Łączył się z innymi tworząc swoistą sieć dróg. Ruszyłem za nią.
Co jakiś czas wykonywaliśmy długie skoki aby dostać się na inną odnogę. W końcu jeden z korzeni zaczął biec w dół. Minęliśmy zagajnik piuropuszników przez który przedzieraliśmy się podczas pierwszego spotkania z Sylwanin.
Wbiegliśmy na teren szkoły. Widzieliśmy boczną ścianę budynku.
Było spokojnie. Pięknie jak zawsze. Nie było ognia, nikt nie krzyczał. Musiały trwać zajęcia.
- Zdążyliśmy. - Jane była na granicy wyczerpania.
Wnet po drugiej strony polany ktoś wpadł z pomiędzy drzew - Sylwanin.
W drzwiach szkółki pojawiła się Neytiri. Wołała siostrę po imieniu. Zaraz za nią wyszła Grace. Obie się śmiały. Cieszyły się, że Sylwanin w końcu postanowiła ich odwiedzić.
- Uciekajcie! Wyprowadź dzieci! - wrzasnąłem.
Grace odwróciła się w moją stronę. Nie było już uśmiechu na jej twarzy. Na powrót odwróciła się w stronę biegnącej Sylwanin. Uświadomiła sobie, że coś jest nie tak.
Za raz za Sylwanin wybiegło troje innych wojowników. Jeden zatrzymał się gwałtownie i odwrócił. Sylwanin zawołała go po imieniu. Nim zdążył odpowiedzieć rozległa się seria z broni maszynowej. Każdy wystrzał brzmiał jak uderzenie pioruna.
Reszta odwróciła się przerażeniem patrząc jak ich towarzysz pada na ziemię. Naytiri zaczęła krzyczeć. Inne dzieci które wyszły sprawdzić źródło hałasu uciekały do szkoły. Z pomiędzy drzew wyłonili się żołnierze. Przeskoczyli nad ciałem zabitego Na'vi.
Jane wydała z siebie stłumiony okrzyk i zaczęła biec w ich kierunku. Biegłem za nią.
- Nie! Co wy robicie! - krzyczała dziewczyna.
- Strzelać bez rozkazu! - rozległ się głos Riker'a.
Sylwanin i jej towarzysze uciekali w kierunku szkoły. Terez zdali sobie sprawę ze straszliwego błędu jaki popełnili. Sa'nok ich nie uratuje. Odwracali się i strzelali z łuków.
Nie wiedziałem co robię. Po prostu biegłem wrzeszcząc, nie mogłem jednak przekrzyczeć strzałów. Nikt nie mógł tego zatrzymać.
Chaos.
Na'vi padali od kul. Jeden zanim zginął zdołał odebrać życie dwóm najemnikom lecz w ich miejsce wbiegali następni.
Kule świszczały mi nad uszami gdy starałem się do nich dobiec. Chciałem to powstrzymać. Żołnierze przebiegli obok mnie i Jane. Ignorowali nas. Złapałem najbliższego i z całych sił cisnąłem nim o innego najemnika. Jane wpadła na innego żołnierza i rzuciła nim jakieś dwadzieścia metrów w górę.
Wtedy otworzyli ogień również do nas.
Grace wzięła Neytiri na ręce i zabrała do budynku. Krzyczała w języku Na'vi aby wszyscy uciekali do lasu. Chwyciłem za leżący na ziemi karabiń i cisnąłem nim w kierunku najemnika z miotaczem ognia. Trafiłem w głowę. Żołnierz padł na ziemię. Rzuciłem się na ziemię w stronę martwego Na'vi. Miał przy sobie jedną z tych szczelnie zalepionych toreb które widziałem na nagraniu.
Jeden z najemników dojrzał mnie i uniósł z biodra potężny karabin maszynowy. W tym samym momencie rzuciłem w jego stronę torbę. Gdzieś w środku spotkała kulę...
Wybuchła, odrzucając pięciu żołnierzy do tyłu.
Modliłem się w duchu żeby Grace zdążyła zabrać stąd dzieci. Korzystając z zamieszania odwróciłem się.
Widziałem jak Sylwanin dobiega aż do drzwi. Kule dosięgły w końcu również i ją. Piękna wojowniczka upadła na ziemie na oczach siostry. Świat nie stanął w miejscu. Strzały nie cichły. Koszmar trwał dalej mimo, że zabili jeden z cudów tego świata.
Neytri wyrywała się i krzyczała. Chciała do siostry. Grace wiedziała, że jedyną drogą ucieczki były tylne drzwi. Nic więcej nie można było zrobić. Tylko uciekać.
Widziałem go. Lufa jego karabinu wciąż dymiła. Riker. Morderca. Zniszczył to co pokochałem. Nadzieja umarła.
Więcej żołnierzy wybiegało. Wiedziałem, że nie dam rady ich wszystkich zatrzymać. Wszystko stracone.
Jane która chwile wcześniej stała obok mnie upadła na ziemię. Jej oczy wywinęły się do góry. Wiedziałem, ze ją odłączyli. Zostałem sam. Pozostały mi sekundy.
Raz jeszcze spojrzałem za siebie. Przez wejście do budynku. Większość dzieci uciekła w stronę lasu. Grace się nie udało. Kule przeszyły ścianę budynku i ją również trafiły. Leżała w tyle sali brocząc krwią. Ciała dzieci po które chciała wrócić Grace leżały nieruchome na podłodze w półmroku chaty.
Przeturlałem się do tyłu. Z martwych rąk Sylwanin wyjąłem łuk. Dobyłem strzały i napiąłem cięciwę.
Moje oczy spotkały wzrok Rikera.
- Zabić go! Strzelać! - dobrze wiedział w czyje serce celowałem.
I wtedy zapadła ciemność.
