Rozdział 16

Opowiem jak to jest. Jak to jest gdy czujesz, że straciłeś wszystko. Budzisz się z koszmarnego snu tylko po to żeby znaleźć się w kolejnym. Tak samo realnym i bolesnym.

Otwierasz oczy, a pierwszym co widzisz to lufa pistoletu. Wiesz że, pocisk czeka w środku, gotowy żeby rozwalić ci łeb. Zaczynasz się zastanawiać czy nie było by to wyjściem. Ucieczką od bólu i tak rozrywającego ci już czaszkę. Ale wiesz, że to byłoby tchórzostwo. Po prostu.

Wszystko wydaje się takie powolne. Wszyscy wyrywają się i krzyczą.

- Wstawaj! - ryknął żołnierz, po czym uderzył mnie w twarz.

Poczułem krew w ustach. Ostry posmak rzeczywistości. O własnych siłach podniosłem się z miękkiej wyściółki linkera. Stopy dotknęły podłogi. Nieruchomym wzrokiem wpatrywałem się na kolejnych żołnierzy wbiegających do pomieszczenia przez wypalone palnikiem przejście.

Odwróciłem się w prawo gdy żołnierz zaczął mnie przeszukiwać. Jane też wywlekli. Szarpała się i wrzeszczała. Dwóch rosłych mężczyzn musiało ją przytrzymać aby w końcu się uspokoiła. Płakała. Uświadomiłem sobie, że po raz pierwszy widziałem jak Jane płacze.

Jeszcze jedna jednostka psioniczna się otworzyła. Podbiegły dwie młode asystentki w białych kitlach. Pomogły wstać doktor Grace Augustine. Ręce jej drżały a wargi poruszały się bezgłośnie. Prawą ręką trzymała się za brzuch w miejscu gdzie postrzelili jej avatara. Musiała być w głębokim szoku. Ból dotarł przez łącze i nie chodziło tylko o ten fizyczny.

- Proszę tędy doktor Augustine. Zajmiemy się panią. - zapewniały.

- I nie waż mi się kurwa ruszać! - strażnik skończył mnie przeszukiwać, jego słowa puściłem mimochodem.

Przez moment oczy Grace spotkały moje. Tylko przez chwilę miałem złudzenie, że mnie poznaje. Potem jej wzrok na powrót stał się nieobecny, odległy. Delikatnie odprowadzono ją do wyjścia. Minie jakiś czas zanim zorientuje się, że dzieło jej życia legło w gruzach. Czy to moja wina? Myśli łączyły się powoli tak jakby to co się stało było dla nich zbyt dużym ciężarem. Zamknąłem oczy. Opanowało mnie poczucie odrealnienia tak jakbym stał obok i patrzył na to wszystko nie mogąc jednak nic zrobić.

Falco przekroczył wypaloną gródź. Minął w wejściu dwie dziewczyny prowadzące Grace. Rozejrzał się po pomieszczeniu, a następnie zwrócił się do żołnierza który chwile wcześniej mnie przeszukiwał.

- Zabrać ich do izolatki. Podpułkownik Riker chce ich mieć dzisiaj dla siebie.

A więc spudłowałem. Przekląłem w duchu.

Pierwotnym zadaniem izolatki było przetrzymywanie robotników którzy wychylili o kilka kolejek za dużo i stanowili zagrożenia dla współpracowników tudzież siebie samych. Małe, czyste pomieszczenie o białych ścianach jako cela dla zdrajców sprawdzała się równie dobrze.

Jane siedziała na przeciwko mnie na identycznej przymocowanej do ściany ławeczce. Twarz schowała w dłoniach.

Opowiedziałem jak Sylwanin prosiła o pomoc. Jak chciała abym im pomógł w walce z Ludźmi Nieba, a ja nie wziąłem jej słów na serio. Nie uwierzyłem, że sami mogliby... Mój Boże gdybym tylko wiedział... Jane tylko słuchała. Wciąż była nieobecna. Gdy to mówiłem słowa więzły mi w gardle bo czułem, że to moja wina.

Jak mogłeś ich nie uratować Alex? Jak mogłeś... Słowa te odbijały się nieustannie w mojej głowie. Myślałem, że muszę od tego odpocząć, a ja po prostu przestraszyłem się i chciałem odpuścić. Dosyć tego. Najwyższy czas żeby wszystko postawić jasno. Nim całkowicie stoczę się w otchłań nieopisanej straty.

- Wiesz Jane - zacząłem - Wtedy po ceremonii. Ja... Kłamałem Jane. - Podniosła głowę. Dłonie położyła na kolanach. Poprawiła kosmyk który opadał jej na czoło. Oczy miała opuchnięte od płaczu. - Nigdy nie uważałem tego co do ciebie czuje za błąd. Nie chciałem żebyś szła za mną w ogień, żebyś ryzykowała dla mnie... - zaczynało brakować mi słów, może był jeden z najgorszych momentów żeby wreszcie to przyznać, ale w pewnym sensie byłem wreszcie gotów - Chcę żebyś wiedziała. Nie ważne co się dzisiaj stanie. Jane, ja cię kocham. Zawsze kochałem. Byłem zbyt wielkim tchórzem żeby to przyznać. Przepraszam za wszystko co przeze mnie wycierpiałaś. Myślę... Myślę, że po prostu rujnuje wszystko co chciałbym kochać.

Wysłuchała mnie w milczeniu. Wszystkie karty na stole. Gracze mogą po prostu odejść albo zostać i rozegrać ostatnią partie znając tym razem przeciwnika. Nigdy więcej pokerowych twarzy.

- Wiedziałam Alex. Zawsze wiedziałam. Wtedy i teraz. Chyba chciałam sobie też coś udowodnić, że to co czuje do ciebie to po prostu głupia fascynacja. Też siebie okłamywałam. Chciałam wyplątać się z tej pułapki uczuć którą zastawiliśmy na siebie nawzajem i oboje w nią wpadliśmy. Myślałam po prostu, że mamy czas. Teraz... Boże co oni zrobili... Zabili ich...

Znowu zapłakała. Usiadłem obok niej. Objąłem ją ramieniem. Chciałem ją pocieszyć ale nie potrafiłem powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Oddałbym wtedy wszystko żeby móc tak powiedzieć i mieć rację. Niech cię diabli Alex. Nawet tego nie jesteś w stanie dla niej zrobić.

Oparła głowę na mojej piersi. Zamknęła zmęczone od płaczu oczy.

- Kocham cię Alex... - wyszeptała. - Bez względu na wszystko. Nie obwiniaj się.

Pocałowała mnie.

Wtedy zrozumiałem, że to jest właśnie miłość. Gdy ktoś nie ważne w jak najczarniejszej chwili chce ci dać choć iskierkę nadziei. Drzwi celi otworzyły się. Do środka wkroczył Falco w towarzystwie dwóch uzbrojonych żołnierzy.

- Czas przytulanek się skończył. Mam teraz pełne prawo wpakować wam po kulce w łeb więc bez żadnych sztuczek. Podpułkownik Riker jako zastępca szefa ochrony ma obowiązek was przesłuchać. Idziemy.

Trudy Chacon spoglądała z końca korytarza. Ciekaw byłem co sobie teraz o mnie myślała. Jednego dnia jemy przy wspólnym stole, ratujemy sobie życie, a drugiego możemy być wrogami. Tak to już jest.

Major doprowadził nas do stołówki która prowizorycznie pełniła teraz rolę pokoju przesłuchań. Posadzili nas brutalnie na krzesłach. Najemnicy rozstawili się w kątach sali. Falco wyszedł.

Spore okno było niemal całkowicie zasłonięte masywnymi żaluzjami. Nieliczne promienie słońca wpadające do pomieszczenia potęgowało wrażenie nierzeczywistości wszystkich tych wydarzeń.

Za moimi plecami rozległy się kroki. Wypucowane, wojskowe buty na sterylnie czystej podłodze.

- Ironia. Nieprawdaż?

Wszędzie rozpoznałbym ten chłodny, pewny siebie głos. Jeszcze bardziej zacząłem żałować, że nie trafiłem. Riker dopiero wrócił z tamtej szkoły. Miejsca w którym zginęły w nim resztki dawnego żołnierza. Egzopak położył na stół przede mną. Karabin podał jednemu ze swoich żołnierzy. Poznawałem te twarze. To byli ludzie z niesławnego oddziału Riker'a. Ci sami którzy byli w szkole.

- Ty morderco! - Jane podniosła się z miejsca, natychmiast podbiegł strażnik i jedną ręką usadził ją z powrotem na miejsce.

Riker wyszedł z za moich pleców i stanął po przeciwnej stronie stołu. Dłonie splótł za plecami. Spojrzał na nas. Na jego twarzy malował się wyraz ostatecznego zwycięstwa. Jeden ze strażników podszedł do okna i włączył przycisk. Masywne żaluzje rozwarły się ukazując kawałek lądowiska helikopterów, pas dla ciężkiego sprzętu, a za nimi wszystkimi, poza wysokim ogrodzeniem był dom...

Nie odpowiedziałem. Wzrok skupiłem na kaburze pistoletu podpułkownika.

- Powiedz mi Pinbaker. Ileż to razy przesłuchiwałeś ludzi w podobnych miejscach? - zapytał. - Prawdziwy pies gończy Konsorcjum - wędrował po pomieszczeniu tam i z powrotem - Szpiegostwo przemysłowe, przesłuchania, szantaże, a także zabójstwa prawda? - powędrował za moim wzrokiem, przechylił lekko głowę - Co? Dalej chcesz mnie zabić? - odpiął kaburę.

- Tak.

- Najpierw on, a potem ten stary tchórz Takeshi. Słowo daje Stamphson, ciekawych dobierasz sobie przyjaciół. - parsknął ironicznym chichotem - Wiecie co zrobił wasz mentor? Dał nogę. Moi ludzie już go szukają i wkrótce do was dołączy. Jak się z tym czujesz Jane?

- Nie będę rozmawiać z zabójcą dzieci. Idź do diabła! - ponownie spróbowała wstać lecz zauważyła jak już ruszał ku niej strażnik. Musieli to być jego najbardziej zaufani ludzie.

Dobrze wiedziałem czemu nas nie skuli. Riker wiedział, że nie zrobiłbym nic co naraziło by Jane. Bawiło go to. Do czego nas jeszcze potrzebował?

- Zabójca dzieci. - roześmiał się i pokręcił głowa jak gdyby usłyszał dobry żart - Ciekawe, bo ja to widzę nieco inaczej. Widzicie, rozwiązałem problem. Stworzyłem symbol. Na'vi nie ważą się tu już zbliżyć. Ofiary były nieuniknione, a wasza szkoła jest już bezużyteczna. Zresztą zawsze taka była.

- Myślisz, że ujdzie ci to na sucho? Staniesz przed sądem za to co zrobiłeś! Quaritch w końcu wróci... Co wmawiasz swoim żołnierzom? Twoja samowola nie potrwa długo sukinsynu.

- Potrwa wystarczająco długo abym doprowadził to do końca. Pułkownik Quaritch podzieli moje zdanie, moi żołnierze również. Wykazałem się inicjatywą w momencie zagrożenia naszej kolonii. - podniósł głos - Widzisz... Już jakiś czas temu zrozumiałem jak bardzo Na'vi są niewdzięczni. Przybywamy tu z niespotykaną technologią i wiedzą. Jak bogowie. A oni? Odrzucają to. - po raz kolejny napotkał mur ciszy - To miejsce potrafi wejść do głowy. Ty Pinbaker, pozwoliłeś żeby przetrąciło w tobie słuszny światopogląd. Szkoda. Wiele mogliśmy razem osiągnąć.

Nie mogłem tego znieść. Riker lubił ton swojego głosu. Lubił górować nad innymi i sprowadzać ich na samo dno. Mogłem coś powiedzieć. Mogłem kląć i grozić. Byłoby to jednak bez sensu i nie zmieniłoby niczego.

- Będę wyrażał się jasno. - kontynuował - Zauważyłem kiedyś niezwykłą rzecz. Kiedy dzieje się coś złego, a teraz się stało, wierzcie mi lub nie. - wyjął pistolet - Wkrótce wszystkie klany o tym wiedzą. Są podłączeni do czegoś co nazywają Eywą. Zginęła księżniczka jednego z klanów i będą chcieli wziąć odwet. - odbezpieczył i położył go przed sobą. - To ważny punkt mojego planu. Tak ważny jak wy dwoje.

- Myślisz, że coś ci powiemy? No to jesteś w błędzie przesycony nienawiścią mały człowieczku! Jesteś żałosny! Słyszysz? - Jane nie wytrzymała, łzy mieszały się z pogardą.

Porwał pistolet ze stołu podszedł do Jane. Żołnierz z tyłu chwycił mnie za kark, nie mogłem się ruszyć.

Twarz podpułkownika znalazła się o centymetry od Jane. Prawie szeptał jej do ucha. Lufa pistoletu zbliżyła się niebezpiecznie. Dotarło do mnie, że ten człowiek pod maską sprytu i chłodnej kalkulacji ukrywa obłęd. Jane ze wstrętem odwróciła się od niego. Unikała jego szaleńczego spojrzenia. Nie tylko ona. Żołnierze w kątach sali również spoglądali po sobie dyskretnie. Riker budził strach u własnych ludzi. Ja nie miałem zamiaru odwracać wzroku.

- Jestem złym człowiekiem Jane ale właśnie takich ludzi czasem potrzeba. - odwrócił się do jednego z żołnierzy. Pomożecie mi czy będziecie tego chcieli czy też nie.

Riker dostrzegł w niej moją słabość. Oprócz tego, że był obłąkany, był taki jak ja kiedyś. Niemal patrzyłem w potrzaskaną taflę lustra.

Zły człowiek usiadł na krześle. Dłonią trzymającą pistolet uderzył w stół. Jak długo zajęło zanim z młodego, ambitnego wojskowego przeistoczył się w potwora? Czy tylko straszna śmierć jego avatara się do tego przyczyniła?

- Od tej pory będziecie pracować dla mnie, skontaktujecie się z klanem Tipani ale będziecie mówić im to co ja chcę. Jeśli będę miał ich wszystkich w jednym miejscu skończę to i będziemy mieli pokój. Jeśli nie, zabije was oboje. Wasz wybór. Chociaż nie sądzę aby Pinbaker zechciał cię narażać, Stamphson.

Bardzo chciałem aby usłyszał dobrze każde słowo. Zły człowiek trawiony przez własną obsesję słuchał uważnie z wilczym uśmiechem na ustach.

- Słuchaj mnie uważnie. Zacząłeś coś czego nie jesteś w stanie powstrzymać. Nie będzie pokoju. Przegracie i pewnego dnia może ktoś taki jak ja zakończy to raz na zawsze. Ty jednak już tego nie dożyjesz.

Z jego ust zniknął uśmiech.

- Myślisz, że to jakaś gra? Dobrze wiem, że ci na niej zależy! Mnie nie oszukasz. Myślisz, że nie nacisnę spustu dla większego dobra? Pieprzę to! - przyłożył lufę do mojego czoła, nawet nie mrugnąłem. Gdy pomyślałem, że wreszcie wystrzeli, drugą ręką z kieszeni spodni wyjął okrągłe pudełeczko z pigułkami, otworzył je kciukiem i łyknął dwie. Uspokoił się. - Wallen?

- Tak, Sir? - odezwał się najemnik który trzymał mnie za kark gdy Riker groził Jane.

- Zabierzesz nasze papużki tam gdzie cię poinstruowałem. Weź ze sobą czterech ludzi. Jeśli zaczną kombinować zastrzelcie oboje.

- Tak jest sir. Jeśli mogę coś zaproponować to chciałbym mieć ze sobą kaprala Wainfleeta. Wykazuje inicjatywę godną naszej sprawy.

- Wainfleet to piesek Quaritcha od kiedy tamten dał mu kaprala. - Riker opuścił broń, nie przestawał mnie jednak obserwować - Quaritch to wojskowy starej daty. Kieruje się własnym poczuciem honoru podczas gdy to miejsce potrzebuje szybkich i skutecznych działań. Nie Wallen, weź tylko naszych ludzi. Wszystko ma przebiec cicho i czysto.

- Tak jest sir!

Wyprowadzono nas. Jak na ironię przesłuchania się nie skończyły. Na korytarzu zaczepił nas Selfridge we własnej osobie. Koszula była wymięta a krawat wyjątkowo źle dobrany. Był kłębkiem nerwów.

- Jak to nie mogę ich zabrać? To moja kolonia i będę robił co mi się podoba, a jak nie dociera możesz mykać do domu. - protestował administrator gdy Wallen nie chciał się zgodzić na przejęcie więźniów.

- Będę musiał powiedzieć panu podpułkownikowi... - odparł Wallen.

- Tak. Koniecznie.

Wallen włączył krótkofalówkę i odszedł nieco na bok. Po chwili wrócił - No dobrze panie Selfridge. Ma pan chwilę.

- Zabrać ich do mojego gabinetu.

Chwilę potem staliśmy przed biurkiem Selfridge'a. Wallen stał zaraz za moimi plecami . Czterech innych najemników stało za drzwiami. Mieli ze sobą torby i plecaki. Opowiedzieliśmy całą historię. Gdy zaczynałem mówić o winie Rikera i oskarżyłem go o mord poczułem lufę pistoletu na moich placach. Wallen był doprawdy wierny swojemu dowódcy. Selfridge mimo, że był dupkiem nie był całkowicie obojętny. Widziałem to mimo, że głęboko starał się to skrywać. Może gdyby odpowiednio go podejść pomógł by nam. Myśli przerywał mi nacisk lufy pistoletu Wallena na moje plecy.

- Co jest z wami nie tak do cholery? -zaczął ostro administrator. - Musieliście się wtrącać? Wiecie jak to będzie wyglądało w raporcie? Powinienem z tego miejsca zamknąć program avatar. Cholera o czym ja myślałem biorąc tę posadę? - siedząc za biurkiem złapał się za głowę, zaczął śmiać się sam do siebie. - To wszystko to jeden wielki burdel w którym każdy robi co chce. Koniec z tym. Koniec z polityką "Jesteśmy dobrzy dla Na'vi oni odpłacają tym samym." - wstał z miejsca. - No nareszcie!

Minął nas, otworzył drzwi biura i podszedł do miejsca gdzie okno wychodziło na lądowisko. Lądował właśnie bojowy okręt powietrzny typu Smok, należący do pułkownika Quaritcha oraz eskadra helikopterów szturmowych.

- Co z Grace Augustine? - zapytała wreszcie Jane. - Twoi żołnierze ją zastrzelili. - głos miała roztrzęsiony ale Jane zachowywała spokój.

Selfridge odwrócił się wreszcie od okna. Za oknem, z ładowni ogromnego helikoptera zaczęły wychodzić rzędem PZM-y.

- Wystosuje wniosek do zarządu i przyślą jej nową kukiełkę. Nic prostszego. Zarząd widzi w programie pożytek, tak samo jak w tej całej Augustine. Co do was, to za kilka dni odlatuje dla was prom na Ziemię. Postawią wam zarzuty. To samo stanie się z waszym przyjacielem gdy wreszcie go znajdziemy. - powrót Quaritcha widocznie poprawił mu humor -Cassandra daj ósemkę. Percy, nowe pudełko piłeczek. - jeszcze tylko na moment odwrócił się do Wallena gdy przybierał postawę - Zabierzcie mi ich z oczu.

- Ci którzy tylko biernie przyglądają się złu są tylko godni oprawców - rzuciła Jane do odwróconego plecami Selfridge'a.

Puścił to mimo uszu, rozluźnił kark i posłał piłeczkę w stronę kubka.

Nie trafił.


Sean Wallen wraz ze swymi ludźmi zaprowadził nas z centrum operacyjnego prosto na lądowisko dla helikopterów. Wskazał na jedną z maszyn. Pułkownik Quaritch, trochę dalej, wciąż dowodził wyładunkiem sprzętu.

- To nasz samson. Zaraz za tobą słońce - skłonił się karykaturalnie przed Jane i wskazał ładownie.

Zabrali nasze avatary prosto ze szkoły. Leżały teraz w ładowni jeden obok drugiego pogrążone w głębokim śnie. Żołnierze wrzucili na pokład swoje torby. Rzeczy moje i Jane były już spakowane.

- Hej! Obrońcy drzew. Popatrzcie tutaj.. - wskazał na nasze śpiące avatary. Na szyjach miały laryngofony typu THRT z wbudowaną kamerką - Od tej pory mają je mieć założone bez przerwy. Stracimy słuch albo obraz i dostaniecie po kulce we śnie. Frankie zabieraj nas stąd.

- Robi się kapitanie.

Czarnoskóry najemnik zasiadł za sterami, a siedzenie obok zajął niejaki Pierce. Dwóch innych zajęło miejsca przy broni stacjonarnej. Wallen natomiast usiadł naprzeciwko mnie i Jane, karabin maszynowy położył na kolanach. Wkrótce po tym byliśmy w powietrzu. Od jakiegoś czasu z obrzydliwym uśmiechem na ustach wpatrywał się w Jane.

- Tam gdzie lecimy jest głęboka dżungla ślicznotko! -przekrzykiwał ryk silników maszyny - Jeśli spróbujecie jakichś numerów nikt was nawet nie usłyszy!

- Dokładnie. - zabrał głos wąsaty kowboj imieniem Bred - splunął i odwrócił się na moment od karabinu. - Ten las to dom diabła we własnej osobie.

- Znam te lasy lepiej niż wy wszyscy razem wzięci - odparła Jane - Na waszym miejscu martwiła bym się o to czy was ktoś tu usłyszy.

Wallen odpowiedział z wymuszonym śmiechem:

- Jeszcze zobaczymy ślicznotko.


Po jakimś czasie dżungla ustąpiła ukazując zabudowania nad wielką rzeką. Przypominały nieco małą rafinerię. Las jednak powoli odzyskiwał to miejsce dla siebie na powrót porastając je dziką roślinnością. Frankie posadził samsona na lądowisku.

- Co to za miejsce do jasnej cholery? - zapytał szeregowy Onozuki, który obsługiwał drugi karabin stacjonarny.

Kilka żądłonietoperzy ze skrzekiem podniosło się do lotu z gniazd które uwiły w wieżyczkach obserwacyjnych. Gdy ucichł ryk silników cisza okazała się przytłaczająca. Atmosfera tego miejsca była gęsta i duszna. Las w tym miejscu zdawał się żyć własnym życiem.

- Ciarki przechodzą - skomentował Pierce zarzucając torbę na plecy. - Cholera, prawie jak w domu.

- Wysiadać i brać klamoty. - rzucił do nas Wallen unosząc karabin - To stara pozyskiwalnia deuterium. - wytłumaczył Onozukiemu - Stawiali takie dwadzieścia lat temu żeby pozyskiwały go dla statków. Potem znaleźli tu unobtanium i stały się niepotrzebne.

- Dla mnie może być - Frankie wyskoczył z kabiny pilota. - Mam nadzieje, że pomyśleli o piwie. Zdycham z pragnienia.

Zaprowadzili nas w głąb kompleksu. Za obficie porośniętym roślinnością ogrodzeniem stał moduł mieszkalny i laboratoryjny. Identyczny jak w Edenie 5.

W środku było też dosyć znajomo. Niemal brakowało mi jednak starego dobrego nieładu jaki miał miejsce w posterunku 5. Zamiast jakiegokolwiek sprzętu do badań, na stole laboratoryjnym stały rzędy monitorów. Frankie z miejsca poszedł do lodówki. Onozuki usiadł przed swoim małym centrum operacyjnym i po kolei sprawdzał wszystkie monitory.

- Znalazłem browar szefie. - Frankie wrócił z kuchni trzymając w ręku zgrzewkę zimnego piwa.

- Tu będziecie spać. - Wallen wskazał na prycze w module. - Onozuki będzie widział każdy wasz ruch i słyszał każde słowo. Bred, Frankie i Pierce będą mieć na was oko tu. Gdy skontaktujecie się z Na'vi mówicie im tylko to co ja wam powiem. Bez mojej zgody nie wolno wam nawet iść za potrzebą. Zrozumiano? - Wallen wziął piwo od Frankie'go. - A teraz wskakiwać w trumny.

Perspektywa złamania Wallen'owi karku była kusząca, ale tak jak mówił Riker - nigdy nie naraziłbym Jane. Było ich pięciu i byli uzbrojonymi po zęby profesjonalistami. Wyszliśmy z ładowni samsona. Bred i jego M-30 przyglądali się nam z uwagą. Dłonią sięgnąłem do paska na mojej szyi.

Onozuki po kolei sprawdzał działanie kamer i mikrofonów.

- Mam nadzieję, że dobrze mnie słyszysz Pinbaker bo od tej chwili będę diabełkiem za twoim niebieskim uszkiem. - rozległ się głos Wallena w słuchawce.

- Riker grubo się myli jeśli myśli, że to przejdzie bez echa. Pozbędzie się was jeśli będzie musiał.

- Nasz dowódca dba o swoich. Dlatego właśnie robimy to co robimy ale co ty możesz wiedzieć o lojalności wobec swoich. To dla chłopaków którzy zginęli i dla tych którzy jeszcze mogą zginąć. Nie pozwolimy na to. Tipani to dopiero początek.- odpowiedział spokojnie Wallen. Wierzył w to co mówił.

Mieliśmy teraz robić za narzędzia w dłoniach Riker'a, a ja nie mogłem nic wymyślić. Jane patrzyła na mnie z przerażeniem w oczach. Zaledwie kilka godzin minęło od masakry w szkole. Jane wciąż trzymała się dzielnie ale wiedziałem, że najgorsze dotrze do niej nocą. Zanim zamknie oczy ból ściśnie jej duszę atakując z całą siłą. Oddałbym wszystko żeby jej tego oszczędzić.

Trzeba było się jednak skupić na teraźniejszości. Będzie czas na opłakiwanie tych którzy odeszli. Fakty były takie, że mieli nas w garści,a drogi ucieczki stąd nie było.

Gdzieś tam wciąż jest Takeshi, myślałem sobie patrząc w las otaczający zapomnianą placówkę. Czy coś planował? Czy w ogóle o nas wiedział? Czy jeszcze żył? Pytań było wiele lecz żadnych odpowiedzi. Jedna wielka niewiadoma. Zaraz, zaraz. Jednego byłem pewien.

Przegrywaliśmy.