Rozdział 17
- Riker robi to tylko z zemsty Wallen, dobrze o tym wiesz.
- Zamknij się i idź dalej. Ruszajcie się. To nie wakacje. - Wallen po dłuższej chwili odezwał się w słuchawce.
- Las to niebezpieczne miejsce Wallen. Nie daliście nam nawet broni.
- Żartujesz sobie? Dałbym wam broń w dniu kiedy będę leżał w grobie.
- To da się załatwić.
- Zabawny z ciebie gość Pinbaker. Jesteśmy podobni. Ty i ja. Dwaj cholernie dobrzy żołnierze. Z taką różnicą, że tobie dodbiło.
Przedzieraliśmy się przez las. Okazało się, że pozyskiwalnia deuterium leżała na granicy terytoriów Tipani i Omaticaya. Nie minęło dużo czasu od opuszczenia placówki zanim zaczęliśmy widzieć drzewa, czuć zapachy i dźwięki które znaliśmy. Przed oczyma stanęły mi te dwa żmudne miesiące treningów i co mogło wtedy wydać się niewyobrażalne, zatęskniłem za nimi. Całym sobą.
Szliśmy w ciszy, świadomi, że każde nasze słowo słyszy teraz Wallen i jego ludzie. Przynajmniej znów byliśmy w lesie który nauczyliśmy się szanować i podziwiać.
- Co jeśli Na'vi nie będą chcieli z nami rozmawiać? Zastanowiliście się nad tym? Ludzie Nieba zabili ich dzieci. - Jane z wyuczoną gracją wskoczyła na najbliższy konar, podążyłem za nią.
- To już wasz problem Stamphson. Wchodzicie tam i mówicie to co wam każemy.
Dobrze znałem już Jane, więc wiedziałem, że tak samo jak ja nie miała najmniejszego zamiaru współpracować. Nieustannie rozmyślałem nad wyjściem z sytuacji. Bez skutku.
Konar piął się wysoko. Idąc wzdłuż niego dotarliśmy między korony drzew skąd droga była szybsza i bezpieczniejsza. Wymagała jednak niebywałej gracji i gibkości.
- Bardzo dobrze Pinbaker. Jak dwie niebieskie małpy. - Wallen drwił ze swojej bezpiecznej kryjówki kilometry stąd.
Nie tylko my korzystaliśmy z tej drogi. Wśród gałęzi na przemian pojawiały się i znikały sylwetki zwinnych prolemurów. Podniosły niezłą wrzawę która niespodziewanie ucichła w jednej sekundzie.
Tak jakby się przed czymś ostrzegały, a teraz wstrzymywały oddech, pomyślałem... Nagle w zwykłej muzyce lasu dało się dosłyszeć jedną, zdradziecko cichą i fałszywą nutę. Niosła w sobie grozę choć nie był to wcale chichot wężowilka czy głuchy pomruk thanatora.
- Jane, zatrzymaj się.
Odwróciła się. Jej uszy również uważnie nasłuchiwały.
- Też to słyszałam.
Szelest. Tak jakby coś przemieszczało się między liśćmi. Odwróciłem się błyskawicznie i sam nie mogłem określić na co tak dokładnie patrzę. Można je było pomylić z lianami gdyby nie fakt, że były przezroczyste i sunęły w naszym kierunku.
- Co to u diabła jest? - głos Wallena w słuchawce wydał się teraz wrzaskiem przełamującym samą esencję ciszy.
Spojrzałem w górę, wytężyłem wzrok i przez szczeliny w gęstym poszyciu górnej partii lasu dostrzegłem duże prezroczyste obiekty na tle niebieskiego nieba. Sunęły ponad koronami drzew. Wielki kawał lodu opadł mi do żołądka na samą myśl o pułapce w jakiej się nieopatrznie znaleźliśmy.
- To areomeduzy! - wrzasnąłem ale było już za późno. Jane cofając się, wbiegła prosto w skórzaste macki które opuściły się zaraz za nią. Rozległ się cichy trzask wyładowania elektrycznego. Twarz Jane wykrzywił grymas bólu. Lepkie macki pochwyciły ją w górę.
Skoczyłem do przodu chwytając się gałęzi unikając tym samym pułapki zastawionej przez inną areomeduzę. Stworzenie które złapało Jane ruszyło do przodu chcąc wydostać swoją zdobycz spomiędzy drzew.
- Albert uciekaj, zostaw... - urwała w połowie - meduza ponownie raziła prądem.
- Słyszałeś. Już po niej Pinbaker. Uciekaj! Potrzebujemy twojego avatara!
Zignorowałem Wallena. Rozhuśtałem się ze wszystkich sił i puściłem się lądując z powrotem na głównym konarze. Pobiegłem wzdłuż niego unikając zwisających zewsząd macek.
- Jane! Trzymaj się! - miałem nadzieję, że mnie słyszy.
Stworzenie które ścigałem unosiło się wraz z dziewczyną coraz wyżej.
Spostrzegłem, że za moment konar wzdłuż którego pędziłem zacznie iść w dół. W jego najwyższym punkcie wyskoczyłem do góry chwytając się liany. Błyskawicznie wspiąłem się po niej na sam czubek drzewa.
Widok który tam się roztaczał mógłby zadziwić niejednego Na'vi.
Dziesiątki areomeduz przeczesywało długimi mackami las w dole. Wyglądały jak ogromne przeźroczyste poduszki. Niektóre były gigantyczne, inne nieco mniejsze, wszystkie jednak zapewne głodne. Z przodu mignęła niebieska sylwetka Jane. Nieco dalej grupa Na'vi na swych ikranach pokazywała mnie sobie palcami i nawoływała się nawzajem. Nie zwracałem na nich zbytniej uwagi bo liczyło się tylko jedno. Ocalić życie Jane.
- Co ty wyprawiasz Pinbaker? Nie uda ci się! - Wallen teraz naprawdę wrzeszczał do słuchawki.
Ktoś już tak krzyczał. Patrz, pomyślałem, tylko nie zamykaj oczu.
Wykonałem czterometrowy skok na najbliższą z areomeduz. Poczułem się jakbym znalazł się na nienapełnionym do końca łóżku wodnym. Uspokoiłem na chwilę oddech aby złapać równowagę i ruszyłem.
Stopy zapadały się gdy biegłem po delikatnej, mięsistej materii z której niemal w całości zbudowane były niezwykłe drapieżniki. Nieustannie potykałem się i przewracałem.
Gdy poczułem, że areomeduza zaczynała zniżać lot wskakiwałem na następną i następną brnąc do przodu po tej niezwykłej podniebnej drodze. Byłem coraz bliżej Jane. Wreszcie przebiegłem po dzwonie o piętnastometrowej średnicy i wskoczyłem na areomeduzę prowadzącą.
Co teraz? Myśli gorączkowo przebiegały mi po głowie. Aż do tego momentu improwizowałem.
- Alex! - Jane zauważyła mnie przez przeźroczyste ciało meduzy - Ona mnie wciąga! Za późno, zostaw mnie!
Z przerażeniem odkryłem, że Jane była coraz bliżej bezkształtnego otworu gębowego.
Zdesperowany rzuciłem się na kolana i zacząłem okładać stworzenie. Tylko w co tu uderzać?
Wreszcie zacząłem szarpać dwie wypustki które znajdowały się na grzbiecie podniebnej bestii. Zdeseprowany spojrzałem na nie.
Wszystko jest połączone.
Przypomniałem sobie słowa Sylwanin i Takeshi'ego - moich nauczycieli. Chwyciłem swój warkocz i odsłoniłem tsahelu.
- Pieprzyć to. - wycedziłem przez zęby i zbliżyłem koniec warkocza do przeźroczystej wypustki.
Więź nawiązała się z oporem. Mój umysł zdominowało uczucie głodu. Nie było tak jak z ikranem. Pierwotna świadomość stworzenia broniła się przed nieznanym intruzem. Uspokoiłem się jednak i jedną ostrą myślą nakazałem stworzeniu zaprzestać elektrowstrząsów. Posłuchało. Zaczęło obniżać lot tak jak nakazałem.
- A niech mnie... - teraz Wallen był już tylko widzem z ostatniego rzędu.
Areomeduza oddzieliła się od pozostałych i zaczęliśmy spokojnie dryfować w dół w kierunku otwartej polany nad brzegiem niewielkiej rzeki. Z lasu wyłoniła się duża grupa jeźdźców.
Kilka metrów nad ziemią ułożyłem Jane delikatnie na ziemi. Sam lot trwał jeszcze kilkanaście metrów zanim rozłączyłem więź i zeskoczyłem na ziemię. Areomeduza otrząsnęła się i na powrót uniosła się do góry dołączając do swojego stada. Jeśli miała by twarz wyglądała by zapewne na nieco zaintrygowaną.
Chwiejąc się ze zmęczenia na nogach podbiegłem do leżącej Jane. Była na wpół przytomna. Pochyliłem się nad nią i zacząłem mówić do niej po imieniu.
- Alex... Ty kretynie... - zamknęła oczy. Na smukłych ramionach widniały lekkie poparzenia. Przelotnie spojrzałem na zestaw THRT na szyi Jane - był kompletnie spalony.
- Twoja dziewczyna się obudziła Pinbaker. Jesteś sam. - po krótkiej chwili Wallen dodał - Odważnie ale radze ci, nie próbuj tego ponownie jeśli chcesz dożyć wieczora.
Nie zwracałem uwagi na szczelnie otaczającą nas grupę konnych wojowników. Prawdę mówiąc zauważyłem ich dopiero wtedy gdy bolas oplótł moje nogi wywracając mnie na ziemię.
-Demony Ludzi Nieba nie mają tu już wstępu! - rzucił jeden z wojowników Omaticaya, zawtórowały mu dzikie okrzyki jego towarzyszy. - Eytukan nakazał was stąd wygnać!
- Słuchaj Pinbaker. To szansa na którą czekaliśmy...
- Nie jestem Człowiekiem Nieba. Jestem Tipani. - nawet nie próbowałem siłować się z ciężarkami bolas. - Moja przyjaciółka jest ranna, proszę pomóżcie jej...
- Jesteś ubrany jak Człowiek Nieba, a jednak mówisz jak my... - na przód wyjechał starszy wojownik którego twarzy nie mogłem dojrzeć leżąc na ziemi. - Pokazałeś odwagę ale nie ma litości dla was. Nie dziś.
- To Człowiek Nieba i zginie jak Człowiek Nieba! - młodszy z wojowników wyszedł na przód, w dłoni trzymał nóż.
Starszy zatrzymał go jednak. Był wyraźnie zamyślony. Po chwili powiedział:
- Stój Kah'an! Ty... Przypominasz istotę która kiedyś uratowała moją córkę... Obróćcie go! - nakazał.
Krzyki wojowników na te słowa ucichły dwóch z nich zeszło z wierzchowców i obróciło mnie na plecy tak, że dostrzegłem twarz rozmówcy.
- Eytukan... - wyszeptałem.
Dobrze wiedziałem skąd wracali. Nagle poczułem mdłości, a gardło ścisnął żal. Leżałem przed człowiekiem który stracił dziś dziecko. Jego ogorzała przez wiele lat bojów i polowań twarz była teraz dużo starsza od tej którą zapamiętałem.
- Dziś Jestem ojcem który pochowa swoją córkę, Człowieku Nieba w fałszywej skórze. - w głosie brzmiał wielki ból. - Tak, teraz cię poznaje.
Zeskoczył ze swojego Pa'li. Podszedł powoli do noszy ktore były przymocowane między wierzchowcem jego a Kah'an'a. Odsłonił całun. Przez chwilę ujrzałem nieruchomą dłoń Sylwanin. Do oczu napłynęły mi łzy, nie panowałem nad sobą. Znów spojrzałem na twarz wodza. Jego oczy zdawały się teraz nic nie wyrażać.
Jego dłoń wyłoniła się trzymając coś.
Nóż.
Reszta obserwowała swego wodza w milczeniu. Nawet Wallen wstrzymał oddech.
Podszedł do mnie. Skupiłem wzrok na zdobionej rękojeści noża, następnie na jego ostrzu. Patrzałem na wodza, a on na mnie. W końcu odwrócił wzrok i schylił się jednym ruchem rozcinając więzy.
- Kah'an weź dwóch wojowników i przynieście zioła. Uleczcie jej rany - wskazał gestem na pogrążoną we śnie Jane.
- Jej rany są małe, nie wiem czemu śpi. - odpowiedział pochylony nad dziewczyną Kah'an. - Chodzący we śnie nie są tacy jak my.
Jeźdźcy rozstąpili się, trzech Na'vi pobiegło w stronę lasu wracając po chwili z leczniczymi ziołami. Opatrzyli Jane z wielką uwagą.
Gdy skończyli wsiedli z powrotem na swoje wierzchowce. Eytukan uczynił to samo. Zanim odjechali wódz po raz ostatni odwrócił się i rzucił mi nóż którym rozciął bolas. Złapałem go w locie, nie rozumiejąc tego gestu.
- Nie masz czym się bronić Człowieku Nieba. - powiedział - To nie dar ode mnie. Należał do mojej córki dziwna istoto. Sylwanin wierzyła, że jest w was dobro, chciała by abyś go miał. To dobry nóż, a jednego dnia do niej wróci. Nie oglądaj się, nie wracaj tu. Następnym razem każe was zabić.
Wkrótce odeszli nie pozostawiając niemal śladu po swej obecności prócz noża i jednego Pa'li którego nam zostawili.Żaden z Omaticaya nie spojrzał się za siebie. Nieruchomo wpatrywałem się w nóż który trzymałem w drżącej dłoni.
Wtedy zapłonęła we mnie wściekłość. Już nie na siebie ale na człowieka który uczynił tak wielkie zło w imię własnej obsesji. To on był temu winny.
- Dlaczego nie poszedłeś z nimi Pinbaker? - Wallen jakby dopiero teraz się obudził. - Szlag by to trafił! Stamphson wraca. Dzień się kończy, pośpieszcie się do cholery! Onozuki co on gadał?
Jane zamrugała i otworzyła oczy. Dotknęła dłonią opatrunków. Pomogłem jej wstać. Popatrzała w kierunku miejsca w którym zniknęli jeźdźcy.
- Czy to był...
- Tak.
Wetknąłem nóż za pas spodni dosiadłem wierzchowca, a następnie pomogłem wejść Jane. Obróciłem Pa'li w kierunu Drzewa Domu Tipani. Byliśmy już niedaleko.
Sylwanin wierzyła, że jest w was dobro.
Przejechaliśmy tylko kilka metrów. Spojrzałem na Jane, a jej twarz wyrazała to za co ją pokochałem. Nigdy nie przestanie walczyć, nigdy się nie podda. Skinęła tylko głową. Pogodziła się ze wszystkim i uśmiechnęła lekko.
- Alex wiedz, że niczego nie żałuje. Niczego.
- Wiem.
Staliśmy na rozdrożu ale od początku wiedzieliśmy, że możemy wybrać tylko jedną drogę. Byliśmy Tipani...
- Na co jeszcze czekacie? Ruszcie się! - Wallen był już mocno zniecierpliwiony.
- Nie.
Może i podpisywaliśmy na siebie wyrok śmierci ale robiliśmy słuszną rzecz.
- Co? - jego głos utracił pewny siebie ton. Nie tego się spodziewał. - Masz życzenie śmierci? Tego chc...
Wróciliśmy. Szybko i niespodziewanie.
- ...esz? - słowa Wallena zabrzmiały teraz z bardzo bliska - Co się dzieje? Onozuki?
- Nie wiem, sir! Coś uderzyło w moduł! Straciliśmy zasilanie, zaraz odpali zapasowe!
Otworzyłem kabinę i wyskoczyłem z niej. Frankie i Pierce już czekali, tak jak lufy ich karabinów.
- Dokąd to? - ryknął Frankie. - To twoja sprawka? Czy twojej dziewczyny? - skierował następnie karabin w stronę Jane która również się wybudziła - Komu mam rozwalić łeb?
- Co się dzieje? - ryknął Wallen.
Nagle za oknem modułu pojawił się sprawca zamieszania. Ogromna sylwetka stworzenia którego nie pomyliłbym z niczym innym, oraz poznać i ktoś kogo znam. Przyjaciel. Przelecieli bardzo nisko nad zachodnim ogrodzeniem. Chcieli się im pokazać. Ikran wydał z siebie przeciągly ryk. Rzucili wyzwanie.
Jane patrzała na mnie nie mogąc uwierzyć własnym oczom. W mojej głowie zapłonęła szalona myśl. Uda nam się i wyjdziemy z tego cało. Takeshi skopie im tyłki.
- To pieprzony Na'vi na pieprzonym banshee! - Wallen złapał za karabin. - Nakryli nas. To koniec. Bred pozbądź się ich. Reszta do samsona. Strącimy sukinsyna!
Założyli egzopaki i wybiegli na zewnątrz w stronę śmigłowca. Bred zgodnie z rozkazem został w środku i wyjął pistolet. Potem usiadł wygodnie w fotelu przed monitorami nie spuszczając nas z oczu.
- Jak skończę z tobą Pinbaker, zabawię się a twoją dziewczyną - odezwał się, po czym zaśmiał się obleśnie.
Uniósł broń, a czas po raz kolejny zwolnił gdy znalazłem się po niewłaściwym końcy lufy.
Drzwi śluzy powietrznej otworzyły się szybko i niespodziewanie.
- Już go załatwiliście? - Bred obrócił się na fotelu w stronę drzwi.
- Nie ruszaj się! - krzyknęła postać która przestąpiła drzwi. To nie był ktoś z ludzi Wallen'a.
- Nie próbuj! - przestrzegł mężczyzna.
- Ty mały jajogłowy skurwielu... - Bred wystrzelił.
Dżwięk drugiego wystrzału zagłuszył wszelkie krzyki. Gdy przebrzmiał najemnik osunął się na krześle i padł martwy na podłogę.
- Ci żołnierze mieli was zabić nie ważne czy skontaktowalibyście się z Tipani czy nie. To była farsa.
Mężczyzna w kurtce lotniczej przestąpił nad ciałem najemnika i rzucił okiem na ekrany monitorów. Pistolet wcisnął za pasek spodni chowając go pod kurtką.
- Doktor Harper? - nie mogła uwierzyć Jane, wciąż spoglądała na ciało martwego żołnierza.
Gdy zdjął z twarzy egzopak również rozpoznałem w nim znajomego. Nawet mnie zadziwiła łatwość z jaką naukowiec zastrzelił Bred'a. Refleks i zdecydowanie godne marine.
- Wiele więcej istnień zginie jeśli nic nie zrobimy. - podsumował, tak jakby potrafił czytać w myślach - Nie pora na wyjaśnianie, weźcie to. - Podbiegł do stanowiska z egzopakami i rzucił nam po jednym, po czym założył na twarz swój.
Wybiegliśmy na zewnątrz. Przebiegliśmy przez główny plac i z znaleźliśmy się przy bujnie porośniętym gąszczem ogrodzeniu. Była w nim sporej wielkości dziura, zapewne spowodowana przez jakieś duże zwierzę które odwiedziło to miejsce w przeszłości. Za nią stał już wiekowy łabądź ze zdemontowanym działkiem i bez kalpy silnika.
- Wsiadajcie.
Ja tymczasem wpatrywałem się w niebo gdzie wciąż toczyła się walka na śmierć i życie. Walka za nas.
Samson wciąż pruł z karabinów i rakiet do Takeshi'ego i jego ikrana. Naukowiec walczył dzielnie ale widać było, że opadał z sił. W pewnym momencie ikran chwycił ogon śmigłowca i starał się nim cisnąć. Ciężar był jednak zbyt wielki i stworzenie puściło czym wystawiło się na strzał. Kule przeszyły bok banshee. Niebo przeszył krzyk naukowca połączony z wrzaskiem jego ikrana.
- Mam ich! Zabieraj się z tamtąd! Spotkamy się na wzgórzu! - Harper wykrzyczał do krótkofalówki.
Takeshi widocznie odebrał wiadomość gdyż zaczęli uciekać w stronę lasu, z każdą chwilą obniżając jednak lot. Ikran był poważnie ranny.
Samson ruszył za nim.
Stało się dla mnie jasne, że Takeshi i jego ikran nigdy nie dotrze na wzgórze o którym mówił Harper, chyba również zdawał sobie z tego sprawę. Nie miałem jednak zamiaru go zostawić. Takeshi nieumyślnie zbliżał się przecież do miejsca w którym bez ruchu leżały dwa avatary...
- Słuchaj, lecą w stronę naszych avatarów. W lesie śmigłowiec nic im nie da. Harper, muszę coś zrobić... - odwróciłem się w stronę naukowca który również był teraz rozerwany między obowiązkiem a przyjaźnią. - To życie to jego marzenie... Proszę. Jestem mu to winien. - przekonywałem.
- Nie! Da sobie radę. - powiedział bez zbytniej pewności - Wiedział na co się porywa! Takie było ryzyko! Wy i wasze avatary...
Nie słuchając biegłem już z powrotem do swojego linkera. Nie musiałem się odwracać by wiedzieć, że Jane biegła za mną. Śmierć avatara jest niemal tak samo
-Niech to szlag! - zaklął Harper i dołączył do nas.
Drzwi modułu zatrzasnęły się za nami z hukiem obwieszczając, że decyzja już zapadła.
- Nie macie dużo czasu. - naukowiec zajął miejsce na fotelu przed monitorami i zainicjował połączenia - Obyście zdążyli.
Wskoczliśmy do linkerów,a po chwili podnieśliśmy się z ziemi. Pa'li którego podarowali nam Omaticaya zajmował się już od jakiegoś czasu kwiatami dzbanecznika kilka metrów od miejsca w którym leżeliśmy od czasu gdy z niego spadliśmy.
- Takeshi leci w waszym kierunku. - rozległ się głos Harpera w słuchawce - Zaraz będziecie nad wami!
Słyszeliśmy już samsona. Wnet niebo przeciął Takeshi który starając się utrzymać w powietrzu próbował dotrzeć do granicy drzew. Niebo przecinały kule z M-30.
Bez wachania wskoczyliśmy na wierzchowca i ruszyliśmy w tym samym kierunku.
Zaraz za naukowcem pojawił się samson, Takeshi obrócił się i błyskawicznie posłał w jego kierunku dwie strzały zanim zniknął między ogromnymi drzewami. Nie widział jednak, że strzały odbiły się tylko od owiewki nie spowalniając go ani na chwilę. W odpowiedzi helikopter wystrzelił za nim dwie rakiety. Gdy uderzyły wzniosły ogromne słupy ognia który błyskawicznie ogarnął wszystko wokół. Pociski zapalające zrobiły swoje.
Wjechaliśmy do lasu, spojrzałem do góry. Takeshi lawirował między drzewami unikając płonących szczątków tysiącletnich drzew. Zwierzęta aż do tego momentu ukryte wśród listowia pierzchały w popłochu.
Przerażony ikran rannym skrzydłem nieumyślnie zahaczył o gałąź. To był koniec ich wspólnego lotu. Wpadli między zbyt gęsto rozłożone konary łamiąc je jeden po drugim. Obracali się w powietrzu spadając pionowo w dół. Uderzyli o ziemię. Krzyk banshee ucichł. Z grzbietu Pa'li próbowałem dostrzec przez wzbierający wokół dym miejsce gdzie leżeli.
Odwróciłem się. Helikopter Wallen'a zawisł w powietrzu przed granicą lasu. Ledwo widziałem jego złowieszczy kształt poprzez gęsty dym. Wallen tam był. Czekał.
Pognaliśmy wzdłuż tego samego konaru którym jeszcze dziś biegłem ścigając areomeduzy. Drogę co chwila zagradzały płonące szczątki drzew, płonęły, a z ich trawionych ogniem gałęzi sypały się rozżarzone drzewne drobinki przywodzące na myśl ruchome galaktyki czerwonych gwiazd.
- Tam! - Jane wskazała na miejsce w dole.
Po chwili poprzez gęstą chmurę dymu również go zauważyłem. Takeshi leżał przygnieciony przez własnego ikrana.
Udało nam się zjechać w dół i dotrzeć do miejsca gdzie leżał. Nie trzeba była fachowca w fizjologi Na'vi żeby wiedzieć, że umierał. Umierał - ponieważ ikrana zabiło zderzenie z ziemią. Łeb spoczywał nieruchomo na ziemi, a oczy zwierzęcia były szeroko otwarte.
Takeshi próbował się wydostać. Zeskoczyliśmy z wierzchowca i pobiegliśmy do niego przeskakując nad leżącymi wszędzie fragmentami drzew.
Pochyliliśmy się nad nim starając się unieść cielsko ikrana. Bez skutku.
Jane zrezygnowana opuściła wzrok i uklękła obok naukowca. Wiedziała, że nic się nie da już zrobić. Nie przyjmowałem tego do wiadomości.
- Co wy tu robicie? - wyszeptał nie mogąc złapać tchu. - Harper miał was zabrać... Zabierajcie się z tąd. Zaraz tu będą!
- Spokojnie. Nic nie mów. Pomożemy ci. - nie dopuszczałem do świadomości innej możliwości.
Stęknąłem gdy jeszcze raz z całych sił próbowałem martwe już stworzenie.
- Zostawcie mnie. To życie jest już skończone do cholery. Skończone! - naukowiec odtrącił moją rękę - Tipani potrzebują was... Wszystko wyjaśnię później, na wzgórzu. Idźcie... - mówił szybko, jego oddech był nierówny i słaby, wzrok zwracał w kierunku w którym wciąż w powietrzu wisiał śmigłowiec. - Niech to nie pójdzie na marne...
- Tipani nie posłuchają nas bez ciebie. - wmawiałem sobie, że nie zasługuje przecież na taką ofiarę. To nie mogła być prawda.
- Alex spójrz na mnie! - krzyknął naukowiec, na ten moment nasze oczy się spotkały - Weź mój łuk i ostrza, nic mi już po nich. Weź je! - zrobiłem co polecił podnosząc je z ziemi, gdy to uczyniłem naukowiec skinął tylko głową jak wiele razy podczas treningu - Teraz uciekajcie!
I tak po prostu zamknął oczy. Wspaniałe życie pośród lasu który od lat nazywał swym domem skończyło się raz na zawsze. Co musiał teraz czuć budząc się sam gdzieś w zimnej kabinie psionicznej ze świadomością, że nie ma już powrotu? Poświęcił dla nas marzenie...
Wstałem wciąż patrząc na spokojną i nieruchomą już twarz mentora. Wiedziałem, że przecież wciąż żyje, a jednak opanowała mnie wściekłość tak wielka jak nigdy przedtem. Za pas wcisnąłem ostrza, przez plecy przewiesiłem łuk. Z siodła ikrana odpiąłem kołczan - w środku została tylko jedna strzała. Chwyciłem ją z taką siłą, że knykcie dłoni zbielały.
- Nic tu już po was. Idźcie na zachód poprowadzę was. - Harper do tej chwili był milczącym obserwatorem. Nie karcił, nie krzyczał. Wiedział, że musiałem spróbować.
Dźwięk silników samsona dobiegał coraz głośniej. Czując zwycięstwo wlecieli między drzewa, chcąc się upewnić czy zabili swój cel, domyśliłem się. Ich ostatni błąd.
- Alex musimy iść...
- Zaczekaj tu. - poleciłem Jane i wbiegłem z powrotem po wielkim konarze. Odpiąłem z szyi THRT i rzuciłem go Jane. - Zaraz wrócę.
Wśród płomieni pognałem aż do granicy lasu. Zdjąłem z pleców łuk i ostrożnie przywarłem do drzewa. Wychyliłem się ostrożnie. Samson tam był. Leciał powoli i ostrożnie wśród palących się drzew. Strzelcy po bokach ładowni uważnie lustrowali teren w dole. Wallen musiał siedzieć wraz z pilotem w kabinie.
Poczekałem aż zlecą niżej, między drzewa i blisko konaru-drogi. Założyłem strzałę na cięciwę, powoli napinając ją do granic możliwości.
Potem wybiegłem zza drzewa. Czułem wyraźnie każdy krok. Biegłem teraz równo z helikopterem. Pierce który siedział za karabinem wreszcie mnie zauważył. Przechylił działko w moim kierunku ale było już dla niego za późno.
Skoczyłem w stronę maszyny, jeszcze w locie wypuszczając strzałę która trafiła Pierce'a prosto w klatkę piersiową odrzucając go do tyłu. Jego ciało przeleciało bezwładnie przez ładownię i wypadło przez jej drugie otwarte wrota. Kapral Onozuki widząc przelatującego obok towarzysza z dwumetrową strzałą w piersi odwrócił się od swojego M-30 i zniknął mi z oczu gdy pół sekundy później zdołałem jedną ręką chwycić się płozy samsona. Maszyna przechyliła się. Onozuki natychmiast pojawił się nade mną wychylając się z ładowni na tyle aby móc wycelować mi z rewolweru w głowę. Bardzo chciał mnie zabić lecz musiał mocno się trzymać się żeby nie wypaść.
Helikopter na krótki moment wyrównał lot. Onozuki wycelował. Przelotny, pewny siebie uśmieszek pojawił się na jego twarzy, a ja odwzajemniłem go gdy drugą ręką uniosłem łuk, chwytając jego kark między drzewca a cięciwę. Wystarczyło szarpnąć w dół, a kapral przekonał się, że to nie upadek z wysokości zabija lecz kontakt z podłożem.
Wrzuciłem łuk do ładowni i wspiąłem się do środka. Odczepiłem ze statywu M-30 i wypuściłem serię w stronę kokpitu. Kule przeszyły kabinę, rozległ się syk uciekającego powietrza. Trafiłem pilota.
Gdy helikopter zaczął spadać chwyciłem łuk i wyskoczyłem drugą stroną wpadając na ogromny liść który zadziałał jak baldachim tak często ratujący życie bohaterem kina przygodowego klasy B. Przeskoczyłem na lianę i zacząłem zjeżdżać po niej na sam dół.
Samson z ogromną siłą zarył w podłoże w tym samym momencie w którym dotknąłem stopami ziemi.
Przeszedłem przez płonące pobojowisko w które zamieniło się to miejsce w przeciągu ostatnich dwudziestu minut. Teraz do ponurego krajobrazu dołączyły rozrzucone szczątki helikoptera z których teraz ktoś rozpaczliwie starał się wyczołgać.
Wallen był w szoku, słaniał się na nogach, w dłoniach kurczowo trzymał karabin. Oddał serię w ziemię zbyt oszołomiony aby zrobić z broni jakikolwiek użytek.
Jednym kopniakiem przewróciłem go na plecy. Wyjąłem ostrze i wytrąciłem nim broń z rąk kapitana. Zobaczył mnie, otworzył usta, miał zamiar coś powiedzieć ale z ust wydobył się tylko ciąg nieskładnych sylab. W końcu tylko zamknął oczy.
- Nie jestem taki jak ty Wallen. Nie jestem taki jak wy wszyscy. Zmieniłem się. - chwyciłem go za kamizelkę kuloodporną i uniosłem do góry stawiając na nogi, wciąż patrzył na mnie wzrokiem szaleńca - Teraz idź i powiedz swojemu dowódcy to samo.
- Wszyscy zginiecie. - odpowiedział cicho. Wallen nie odważył się spojrzeć mi już w oczy.
Nie odwrócił się, szedł sztywnym krokiem przed siebie może zastanawiając się głęboko jak nigdy w życiu. Jak to się stało, że jeszcze żył?
Zostałem sam wśród ognia i poskręcanego metalu. Rozejrzałem się w około. Zamknąłem oczy. Gniew wciąż płynął przeze mnie jasnym gorącym strumieniem. Raz jeszcze zmuszono mnie do zabicia drugiego człowieka. Nie musiało do tego dojść. To wszystko jego wina!
Gniew zogniskował się na jednym. Powstrzymać Riker'a cokolwiek planuje. Nic więcej się nie liczyło.
W końcu wróciłem do miejsca w którym leżał martwy już avatar Takeshi'ego. Harper zapewnił, że wrócą po ciało lecz teraz nie ma chwili do stracenia. Zgodnie ze wskazówkami Harpera dotarliśmy do miejsca nazywanego wzgórzem Lovecrafta. To w tym miejscu przeprowadzano kiedyś pierwsze próby z łączem psionicznym, jak wytłumaczył naukowiec. Teraz, po blisko dwudziestu latach podobnie jak pozyskiwalnia deuterium okazało się przestarzałe i zbyt daleko wysunięte od głównej kolonii aby opłacało się je utrzymywać. Był to toporny budynek średniej wielkości, o szarych, nadszarpniętych już nieco zębem czasu żelbetonowych ścianach. Kolejny niedbały bunkier postawiony naprędce z łatwo pozyskiwalnych materiałów. Nawet jeśli Ludzie Nieba opuszczą kiedyś to miejsce ponure świadectwo ich obecności będzie tu trwało jeszcze długi czas.
Drogę tą musieliśmy jednak pokonać jednak raz jeszcze. Po tym jak wyszliśmy z linkerów Harper zabrał nas do łabędzia. Jakiś czas jechaliśmy czymś co nie zasługiwało nawet na miano drogi, często zakopując się w błocie lub natrafiając na powalone przez czas drzewa. Zbyt wiele wydarzyło się tego dnia i mogliśmy czekać na wyjaśnienia. Nie wiedzieć czemu obawiałem się teraz spotkania z Takeshim. Może podświadomy lęk mówił mi, że stanie się taki sam jak Riker?
Gdy dojechaliśmy do wzgórza Harper wskazał nam tylko wejście do bunkra.
- Nic tu już po mnie - wyjaśnił i spojrzał w kierunku budynku - Takeshi na was czeka. Od tej pory wszystko zależy tylko od was. - Mnie nikt nie podejrzewa, a to jest nam na rękę. postaram się informować nas na bierząco z Piekielnych Wrót ale nic nie gwarantuje. Żegnajcie.
Śluza powietrzna otworzyła się ze zgrzytem. Zdjęliśmy egzopaki, a nozdrza uderzył zapach stęchlizny. Było bardzo ciemno, leczy gdy tylko przestąpiliśmy próg zapłonęły jarzeniówki dając choć prowizoryczne źródło światła. Wewnątrz okragłe pomieszczenie okazało się podobne do pokoju połączeń w Piekielnych Wrotach. Większość sprzętu wyglądała jednak na naprawdę archaiczną. Kanciaste linkery dopełniały wrażenie jednego, wielkiego, elektronicznego antykwariatu zapomnianego przez wszystkich.
Na środku okrągłego pomieszczenia, przy jednym z nielicznych pracujących komputerów siedział Takeshi.
- Czekałem na was. Dobrze że w końcu się zjawiliście - nie odwrócił się od monitora, do złudzenia przypominało mi to nasze pierwsze spotkanie.
- Przykro mi - odezwałem się.
- To wiele zmienia... -Takeshi odsunął się na krześle od monitora - Nie ważne. Musicie ostrzec Tipani. Quaritch wie o wszystkim, w Iknimaya szykowali pułapkę. Atak na szkołę był zaplanowany. Riker i jego ludzie fabrykują wojnę, pod dowództwem Quaritcha. To on pociąga za sznurki. Nie ma jednak pojęcia, ze jego własny dowódca nie zamierza go słuchać.
- Wysłał nas żebyśmy ich wciągnęli w zasadzkę... - Jane była zmęczona. Było już późne popołudnie.
- Tylko żeby was się pozbyć. A gdyby was wykorzystał nic by to nie zmieniło. Tipani i tak wejdą w zasadzkę. Już szykują rajd na dom Ludzi Nieba. Zbierają się w Grzmiących Skałach żeby zebrać plemiona. Jeśli ruszą nie będzie zwycięscy.
- Wiec musimy stanąć przed Tipani i odwieść od bitwy? - byłem gotów na wszystko, zrobię co tylko będę musiał, pomyślałem.
- Mnie nie posłuchali. Pomyślałem, że razem dalibyśmy radę. Cóż... Ufam, że byłem dobrym nauczycielem. - opuścił wzrok i wstał. - Dzień się kończy więc nie będzie odpoczynku, wyruszycie do Drzewa-Domu po wasze ikrany, inaczej nie zdążycie do jutra.
- Rozumiem.
- Gdy dotrzecie do Drzewa Domowego przygotujcie się dobrze. Wylecicie jutro rano. Gdy będziecie gotowi wejdźcie do maszyn, ja tym czasem mam jeszcze sporo do zrobienia. Wiele rzeczy nie działa jak należy. Postaram się na coś przydać.
- Takeshi dziękuje ci. To był odważny czyn. Chciałbym żeby do tego nie doszło.
- Skończyło się, to wszystko. Gdy to się skończy oddam się w ich ręce. Mój czas dobiegł tu końca. - naukowiec odetchnął głęboko skierował wzrok na archaiczne, nieczynne linkery.
- Pójdę wtedy razem z tobą. - myślałem nad tym już od jakiegoś czasu. Co będzie gdy mi się powiedzie? Dokąd ucieknę? Gdzie się schowam?
- Alex? - Jane nie spodziewała się tego po mnie.
- Przepraszam Jane ale tym razem się nie uda. Będą chcieli winnych. Nie mamy dokąd uciekać. Ty będziesz czysta. Ja i Takeshi jesteśmy na straconej pozycji. Muszę to zrobić Jane... Przykro mi.
- Zabiorą was na zawsze. Zabiją...
- Nie przejmuj się tym teraz. najważniejsze to powstrzymać to szaleństwo. Zjedzmy i ruszajmy.
Po błahym posiłku który spożyliśmy w ciszy Takeshi dokładnie pokazał gdzie prawdopodobnie dojdzie do starcia najemników z nic nie podejrzewającym plemieniem Tipani. Weszliśmy do jednostek. Takeshi został sam dłubiąc przy komputerach. Pracował - tak radził sobie ze swoją stratą.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Wsiedliśmy na pa'li i tym razem bez zastanowienia skierowaliśmy się w stronę Drzewa-Domu. Ktoś musiał tam zostać i nie wiedzieliśmy jak nas przyjmie. Dzisiejsza reakcja Omaticaya nie napawała optymizmem. Czemu oni mieliby nas posłuchać?
Znaki zapytania mnożyły się jeden po drugim lecz droga była jasna, jak nigdy przedtem. Od tej pory stoję przed wyzwaniem swojego życia. Może to droga do odkupienia. Czy mogłem być tak naiwny, że myślałem, że dążyłem teraz do niego ? Koniec drogi. Byłem na szczycie ścieżki z której można było już tylko upaść i stoczyć długą droga w dół.
