Rozdział 18
Do Drzewa Domowego dotarliśmy szybko. Czas płynie prędko gdy staje się z nim do walki. Mieliśmy nadzieje, że Tipani jeszcze nie wyruszyli po swoją zemstę. Zemsta. Czy znali to słowo? Nie sądzę. Musielibyśmy ich o niej wiele nauczyć. Mszczą się tylko Ludzie Nieba. Oni przeciwstawiają się złu. Nie wiedzieli tylko, że stoją na z góry straconej pozycji.
Gdy wjeżdżaliśmy nikt się nie nawoływał, a Drzewo wyglądało jak pogrążone we śnie mimo, że słońce dopiero znikało za horyzontem a kojące, niebieskie światło lampionów nie zdążyło jeszcze zapłonąć.
- Spóźniliśmy się. Wyruszyli. - w głosie Jane nie brzmiał nawet zawód. Oboje wiedzieliśmy, że przed zmrokiem Tipani dawno wyruszyli.
- Idź przygotować ikrana. Ktoś musiał zostać, rozejrzę się tu.
Szedłem sam wzdłuż długiej spirali w górę Drzewa mijając jego puste wnęki. Wszelkie codzienne prace zdawały się być urwane w połowie i pozostawione same sobie. Od czasu do czasu zdawało mi się, że widzę Na'vi znikali jednak szybciej niż zdołałem się odezwać.
Tak jakby mnie nie widzieli.
Zrezygnowany zszedłem znowu na dół. Tym razem zauważyłem kogoś wyraźnie. Palenisko płonęło, a kilka sylwetek oświetlał jego łagodny, znajomy blask. Podszedłem bliżej i moim oczom ukazała się Tsahik Sänume. Siedziała blisko ogniska a w ramionach trzymała dziewczynkę. Rozpoznałem w niej Marali. Gdy przyjrzałem się dokładnie dostrzegłem, że była ranna, majaczyła w gorączce.
Sänume w skupieniu zajmowała się dziewczynką. Nie zwróciła uwagi gdy stanąłem po przeciwnej stronie paleniska.
- Jest bardzo ranna? - zapytałem, a w odpowiedzi usłyszałem tylko echo własnych słów odbijające się wśród sklepienia. Potem rozlegały się już tylko ciche trzaski dobiegające z paleniska.
Inna mała sylwetka wybiegła zza pleców Tsahik. Wpadła na mnie tak błyskawicznie i z taką siłą , że potknąłem się i przewróciłem. Mały Na'vi okładał mnie pięściami i płakał.
- Beyda'amo. Dość. - Sänume nie podniosła zatroskanych oczy wciąż poświęcając większą część uwagi Marali.
- To jego wina! Marali leży tu przez nich! Umrze i zostawi mnie tu samego! - chłopak zszedł ze mnie i znowu zapłakał. - Powiedział: "Idźcie do szkoły, a tam po nas przyszli". Zabijali. Ludziom Nieba nie można ufać! Nie jesteś Tipani! Tacy jak ty nie są moimi braćmi.
Okrążył ognisko i stanął nad dziewczynką. Jego twarz była teraz jak ponura maska dawniej wiecznie roześmianej twarzy. To Beyda'amo namówił Marali na wizyty w szkole. Czuł się winny nie mniej niż ja sam. Jego słowa nie brzmiały już jak słowa dziecka. Zmienił się. My go zmieniliśmy. Tego dnia Beyda'amo został jednym z największych wrogów Ludzi Nieba.
- Przepraszam...
Podniosłem się na kolana.
- Po co tu przybyłeś Alexpinbaker? - Tsahik przekazała Marali innej starszej kobiecia która pojawiła się znikąd. - Ta noc zadecyduje o jej życiu.
- Przybyłem was ostrzec. - odprowadziłem wzrokiem kobietę i dziewczynkę i jeszcze większy ból ścisnął mi gardło - Wasi wojownicy wyruszyli do Iknimaya skąd ruszą na Piekielne Wrota. Idą w pułapkę i jutro staną do walki której nie będzie dane im wygrać. Riker zabije ich wszystkich, a potem przyjdzie tu po was.
Kątem oka widziałem jak znikąd pojawiają się wokół paleniska kobiety, dzieci i starcy. Zostało niewielu wojowników. Wszyscy słuchali.
- Jeżeli nie masz nic czym mógłbyś poprzeć twe słowa, odejdź.
Nawet Tsahik niegdyś tak nam przychylna zwątpiła. Była przytłoczona przez smutek i żal. Nawet dla tak silnej osobowości dzisiejsze wydarzenia ciążyły zbyt bardzo. Poczułem czyjś dotyk na ramieniu. Odwrociłem się i zauważyłem Jane. Musiała słuchać mnie już od jakiegoś czasu.
- Jego słowa to prawda. Zajrzyjcie w wasze serca bracia i siostry, a sami zobaczycie. Takeshi zginął, żeby Alex mógł wam to powiedzieć. - Jane przemawiała spokojnie, jej głos był pewny i czysty. - To Riker napadł na szkołę. To Riker jest temu winny.
Wśród zebranych rozległy się szepty. Naukowiec był z nimi już tak długo, że nie postrzegali go całkowicie jako Człowieka Nieba, a imię podpułkownika znali dobrze. To ten sam który zabił kiedyś Lai'pei i kilku innych Na'vi uświadamiając Tiapni prawdziwą naturę Ludzi nieba. Wtedy Tipani stanęli po raz pierwszy do walki, a my ich od niej odwiedliśmy tylko po to by stracili to co najcenniejsze.
- Przynosicie nam kolejne złe wieści. Takeshi przekonywał nas żeby iść z nim aby pomóc wam. Nie słuchaliśmy pełni złości. Pozwoliliśmy mu zatem iść po śmierć. - Sänume wstała i po raz pierwszy dzisiaj spojrzała na nas. Czekała na to co odpowiem. Noc tymczasem przejęła panowanie nad Nowym Światem. Nad moim domem który niegdyś tak bałem się stracić.
- Wiem, że nie zasługuję żeby móc nazywać się waszym bratem. Myślałem, że robię coś dobrego, że uratuje wiele istnień. Myliłem się i straciliście synów i córki. - spojrzałem na rękojęść noża Sylwanin - Nic nie zagoi tak głębokich ran ale chcę naprawić choć jedno. Pozwólcie mi ostrzec waszych wojowników. Pomogę wam walczyć, zabiję Riker'a. Wtedy odejdę.
Znowu jedynym co dało się słyszeć to trzaski dobiegające z paleniska. Tsahik w tej krótkiej chwili wydającej się wiecznością podjęła decyzję.
- Idź Alexpinbaker. Napraw to co nieumyślnie zesłaliście na klany. Polecicie na ikranach ale nie nocą. Nocą nie dotrzecie do Iknimaya. Nie znajdziecie naszych najdzielniejszych wojowników. Możecie zostać do świtu.
Zebrani zniknęli tak szybko jak się wokół nas pojawili. Jako ostatnia odeszła Sänume.
- Chodź Alex... - szepnęła mi do ucha Jane.
Prowadziła mnie w górę Drzewa, domyśliłem się, że idziemy na sam jego szczyt do miejsca gdzie odpoczywają ikrany. Oprócz Tsteu i Tanhi nie było jednak żadnego innego. Wszystkie wraz z Na'vi wyruszyły na wojnę. Poklepałem Tsteu po grzbiecie. Nie lataliśmy za wiele przyjacielu ale jutro czeka nas naprawdę sporo. Zwróci się z nawiązką, powiedziałem na głos do zwierzęcia. Może zrozumiał. Zostawiliśmy je żeby mogły odpocząć. Jutro miał je czekać ciężki lot.
- Wyruszamy dopiero jutro Jane, czemu mnie tu przyprowadziłaś?
Odwróciłem się do dziewczyny. Skorzystała z chwili czasu gdy przechadzałem się samotnie i była ubrana teraz jak Na'vi. Jak wojowniczka. We włosach miała kwiaty - identyczne jak te które wplótł w nie kiedyś Takeshi, a na piersi spoczywał naszyjnik - podarunek od Omaticaya. Zestaw THRT który jej dałem gdzieś zniknął. Łuk i kołczan położyła obok. Zrobiłem to samo. Nóż Sylawanin z szacunkiem ułożyłem obok ostrzy Takeshi'ego.
Podeszła blisko.
- Jutro możemy wszystko stracić Alex. Staniemy do walki w której te ciała... Nasze ciała zginą i już nie będziemy mogli wrócić. Nic nie będzie już takie jak kiedyś.
Miała rację. Nie miałem nawet zamiaru wracać. Zbyt wiele przeze mnie wycierpieli. Riker nigdy mi nie odpuści, a nawet jeśli go zabiję ktoś w końcu pojawi się na jego miejscu. To była gra dla przegranych. Ja i Jane graliśmy w nią już od jakiegoś czasu i teraz dobiegała końca. Została ostatnia partia...
- Chcesz się pożegnać?
- Chcę być z tobą Alex. Tu i teraz. Nim zapadnie ciemność. - jej głos był delikatny, kochający. Dawno nie czułem się tak przy kobiecie. Znowu to napięcie. Tak jakby całe powietrze wokół naelektryzowało się i iskrzyło od uczuć i emocji. Przekroczyliśmy krawędź i spadaliśmy...
Chciałem coś odpowiedzieć lecz zamknęła mi usta długim pocałunkiem. Odpięła moją koszulę. Raz jeszcze, być może po raz ostatni otoczyły nas galaktyki bioluminescencji. Przyroda w dole i wszystko wokół rozświetliło się blaskiem, nasycając atmosferę czymś nieziemskim, czymś czego kiedyś nie rozumiałem.
Rozplotła swe włosy i sięgnęła po swój warkocz. W milczącym zrozumieniu podałem jej koniec swojego. Wiedziałem czego chciała, zajrzałem w głąb swojej duszy i również tego zapragnąłem. Nawiązaliśmy więź. Nic nie mogło się równać z tym co nastąpiło potem. Staliśmy się jednym. Znikły wszelkie lęki i obawy. To zostaje na całe życie. Położyliśmy się razem dając upust wszelkim emocjom.
Tym razem nie wróciliśmy. Leżeliśmy razem witając nowy dzień. Noc ustępowała światłu dnia nadając krajobrazowi niesamowity, niemal mistyczny wygląd.
- Cóż... To było coś nowego. - odezwałem się po dłuższej chwili milczenia.
Jane uśmiechnęła się przelotnie i oparła głowę na mojej piersi.
- Jesteś pewny Alex, że będziesz mógł to zostawić? Zostawić mnie? Tak po prostu odejść?
- Nigdy nie jest łatwo zostawić za sobą to co się kocha Jane. Wszystko się ułoży. Nie martw się.
Patrzyłem jak promienie słońca przenikają przez listowie nasycając wszystko barwą czerwieni. To było dobre pożegnanie.
- Już świta. Ruszajmy.
Takeshi odezwał się przez THRT dopiero rano. Przeszukiwał moduł w pozyskiwalni deuterium w poszukiwaniu przydatnych nam informacji. Znalazł coś.
- Musieli koordynować stąd działania już od jakiegoś czasu. - mówił przez radio naukowiec.
Ludzie Rikera i Quaritcha czekali w okolicach Schodów do Nieba - drogi do gniazd ikranów. Z jakiegoś powodu wiedzieli gdzie trafią na główne siły Na'vi. Jak mieli zamiar zagrozić potężnemu plemieniu urodzonych wojowników? Działali przecież bez jakiejkolwiek zgody i tylko z zaufanymi ludźmi. Czułem, że było w tym coś jeszcze.
Osiodłaliśmy ikrany i wyruszyliśmy do Iknimaya. Rozkoszowałem się każdą chwilą lotu choć zebrały się chmury. Po tym co zaszło wczoraj zrozumiałem, że jeszcze trudniej będzie mi odejść.
Wkrótce dotarliśmy do Grzmiących Skał. Wisiały majestatycznie w powietrzu, niezmiennie od początków tego świata.
Jeśli się nam nie uda dziś będą milczącymi świadkami masakry, pomyślałem.
Zamiast od razu skierować się w stronę wojowników postanowiliśmy, że najpierw musimy się z bliska przyjżeć zagrożeniu.
- Jesteście na miejscu, widzicie ich?
- Ani śladu po nich. Jesteś pewny, że to tu?
Przelatywaliśmy nad górami od ich północnej strony. Na ich szczytach nic, tylko zielone lasy i wodospady. Tipani mieli lada moment ruszyć od południa. Według wszelkich informacji danych nam przez naukowca powinni tu być najemnicy. Minęła już godzina, a czas nie był tu nigdy naszym sprzymierzeńcem.
- Zejdźmy niżej! - zaproponowała Jane - Muszą tu być, czuję to!
Pognała w dół, poniżej pasma chmur, przeleciała wzdłuż jednej z płaskich ścian przelatując pod wodospadem i wtedy ich zobaczyliśmy. Nie było łatwo ich wypatrzyć, gdyż znajdowali się na przeciwległym krańcu góry zwanej w Piekielnych Wrotach Wielkim Cukierkiem. Dla kogoś nadlatującego z południa byli nie do zauważenia. Riker był przebiegłym dowódcą, trzeba było mu to przyznać.
Poznałem to miejsce, gdyż latałem tu wcześniej gdy po raz pierwszy dosiadałem Tsteu. Zadziwiające w jak krótkim czasie wyrosły tu małe Piekielne Wrota.
Nie zbliżaliśmy się za nadto w obawie, że zostaniemy wykryci. Stąd i tak dostatecznie dobrze widziałem w jak strategicznie doskonałej pozycji znajdowała się baza. Lądowisko helikopterów mieściło dostatecznie dużo maszyn aby przetrzebić szeregi w każdym, nawet znacznie liczniejszym niż Tipani klanie. Automatyczne działka i wyrzutnie rakiet rozstawione w każdym kącie dopełniały beznadziejnego obrazu - atak z powietrza z jakiegokolwiek kierunku skończyłby się krwawą jatką.
- Widzicie ich? - powtórzył pytanie Takeshi.
- Tak. Jest gorzej niż myślałem. Takeshi?
- Co?
- Coś nie daje mi spokoju. To pułapka, to jasne ale dlaczego nie pozwolili Tiapni po prostu rozbić się o Piekielne Wrota? Tam mieli by praktycznie pewność zwycięstwa. Coś nam umknęło, coś omijamy...
Startował właśnie potężny Smok C-21. Mogłem iść o zakład, że właśnie siedział w nim Riker. Miało dojść do bitwy, a on dawał nogę?
- Riker to szaleniec. Może robić to dlatego, że tak kazały mu małe żółte skrzaty. Dość widzieliście. Pora na najtrudniejszą część.
Zawróciliśmy i skierowaliśmy się w stronę miejsca gdzie odbyła się niegdyś narada. Narada podczas której wkroczyłem na ścieżkę odkupienia. Na horyzoncie zebrały się chmury. Pojawiły się nagle i niespodziewanie zasłaniając słońce.
W oddali zabrzmiał grzmot - potężne uderzenie nadchodzącej burzy magnetycznej. Taka burza w połączeniu z silnym polem magnetycznym gór Alleluja zazwyczaj zakłócała wszelką łączność. Nawiedzały te rejony od trzech miesięcy. Wojskowi nie kłamali do końca gdy mówili, że nie mogą się skontaktować z pułkownikiem. Takeshi wciąż kontaktował się ze mną przez laryngofon. Potęgowały się zakłócenia lecz brzmiał na tyle wyraźnie, że dawał radę kierować nas prosto w stronę Tipani. Tymczasem kolejne pytania wciąż nie dawały mi spokoju.
- Skąd oni o tym wszystkim wiedzą? - przyłożyłem dłoń do laryngofonu i zapytałem.
- Nie mam pojęcia. Tak jakby znali każdy ich ruch z wyprzedzeniem. Wszystko zależy teraz od was. Wkrótce burza was dosięgnie i nie będe mógł was prowadzić. - jego słowa ponownie zagłuszył grzmot, a na plecach poczułem pierwsze krople deszczu. - Muszę zrobić jeszcze jedną ostatnią rzecz i wracam nadzorować wasze połączenie. Powodzenia.
- Tam! - Jane uniosła się na siodle swojego ikrana i wskazała na dół.
Naszym oczom ukazała się duża grupa wojowników. Było ich może kilka setek, każdy miał swojego ikrana. Panowało zamieszanie, a wojownicy zapewne wydawali rozkazy i dzielili się na grupy. W deszczu trwała ostatnia narada przed bitwą. Wylądowaliśmy bez przeszkód. Tiapni wzięli nas zapewne za swoich. Niektórzy z nich również wzbijali się w powietrze i odbywali krótki, przygotowawczy lot.
Zrywał się wiatr. Szarpał wściekle włosami wojowników. Wszyscy byli uzbrojeni i pomalowani w barwy wojenne. Niektórzy siodłali ikrany, inni śpiewali starą pieśń bitewną. Ze wszystkich twarzy płynęła ponura determinacja.
- Dziś uderzymy w nich z całą siłą! Ludzie Nieba wrócą do gwiazd! - rozległ się krzyk wojownika który stał na środku.
Rozległy się dzikie okrzyki. Na'vi potrząsali włóczniami żądni walki.
Rozpoznałem w krzyczącym wojowniku Raltaw'a - ogromnego Na'vi z którym nieraz stawałem w szranki podczas naszych licznych wyścigów na pa'li.
-Stójcie! - Jane i jak krzyknęliśmy jednocześnie. Dopiero teraz Tipani dostrzegli naszą inność. Rozpoznali w nas znienawidzone demony Ludzi Nieba. Podniosły się okrzyki wściekłości.
- Nie powinniście tu przychodzić!
Wojownicy zacisnęli się wokół nas. Deszcz padał obficie. Wiatr wzmagał na sile, a grzmoty nadchodzącej burzy były coraz bliższe.
Mimo to przekrzyczałem to wszystko. Burzę i wojowników. Znalazłem w sobie nowe pokłady siły.
- Nie! - Na'vi zaskoczeni odstąpili - Posłuchajcie mnie! - wyszli z pierwotnego szoku i ponownie podchodzili bliżej - To pułapka! Idziecie w pułapkę!
Odepchnąłem wojownika który chciał chwycić Jane, a następnego który próbował mu pomóc celnym uderzeniem w brzuch powaliłem na ziemię.
- Nie słuchają Alex! - Jane była przerażona.
Chwyciłem Jane za rękę i przebiegłem aż do Raltaw'a. Na'vi szturchali nas i popychali ale nie zatrzymywali nas. Byli ciekawi dalszych wydarzeń. Milczeli.
Raltaw dobył ostrzy.
- Pozwoliliśmy wam być jednymi z nas, a wy przybyliście nas znowu oszukać. Nie pozwolę na to.
Zatrzymałem się gdy tylko zobaczyłem, że dobył broń.
- Teraz gdy idziemy walczyć z Ludźmi Nieba powstrzymujesz nas. Gdzie byłeś gdy Ludzie Nieba zabijali nasze dzieci?
- Próbowałem ich powstrzymać. Oddałbym życie za każde z nich.
- Twoje słowa nic nie znaczą!
Uniósł broń i skoczył do przodu. Zęby zadzwoniły gdy w ostatnim momencie zablokowałem potężny cios, potem następny i następny...
- Walcz!
W końcu uskoczyłem do tyłu. Uniosłem ostrza mojego nauczyciela i rzuciłem je na ziemię. Raltaw potężnym kopnięciem wywrócił mnie na plecy. Uniosłem dłonie zasłaniając się przed ciosem.
- Tchórz! - wrzasnął Raltaw.
- Zostaw go! On chciał was uratować! - kątem oka widziałem jak trzech rosłych wojowników trzymało Jane z całych sił.
Ostrze znalazło się centymetr od mojej szyi. Podniosłem wzrok. Raltaw był gotów zadać ostateczny cios.
- Jeśli pragniesz mojej śmierci wojowniku, zabij mnie ale posłuchaj mnie.- wciąż oddychałem co znaczyło, że mam choć parę sekund - W Iknimaya czekają na was Ludzie Nieba. Jeśli polecicie na północ przez Grzmiące Skały zginiecie. Wolę zginąć tysiąc razy niż znów pozwolić na śmierć braciom i siostrom. Proszę...
Burza rozgorzała na dobre. Wysoko nad nami zakryte gęstymi chmurami niebo rozświetlały niezwykłe łuny światła. Każdemu wyładowaniu towarzyszył przepotężny grzmot.
Raltaw zadecydował. Opuścił broń.
- Ludzie Nieba to tchórze, chowają się w swoich maszynach. Wojownik zadaje im śmierć z góry. Jak inaczej mamy atakować?
- Jest sposób żeby ich zaskoczyć.
- Pokaż mi.
Lot podczas burzy magnetycznej to najtrudniejszy test sprawności dla każdego, nawet dla doświadczonego Na'vi. Widoczność jest ograniczona, a zmysły na których zwykło się polegać potrafią zwieść do zguby.
W głowie wciąż tkwiła mi szalona lecz dająca nadzieję myśl. Tak dobrze przygotowali się na atak z góry, że reszta nie miała znaczenia. Bo jak inaczej w ich wysoko położonej bazie miała ich dostać banda dzikusów?
Polecieliśmy ja, Raltaw i kilkudziesięciu wojowników i do nas właśnie należała najtrudniejsza część. Jane wraz z Hukato i resztą klanu miała inne zadanie. W tak małej liczbie mogliśmy pozostać niezauważeni. Do tego burza skutecznie uniemożliwiała szybkie wykrycie przez sprzęt elektroniczny. Dziś elektronika robiła sobie wolne.
Lecieliśmy w szyku w strugach zacinającego deszczu bardzo nisko nad koronami drzew. Gdy spojrzało się w górę Grzmiące Skały były dalekimi, mrocznymi kształtami. Grzmoty uderzały, a w chmurach trwało arcyciekawe widowisko. Raz za razem wysoko w górze, czasem nawet między samymi skałami następowało wyładowanie eksplodujące feerią oślepiającego światła.
- To tu!
Gdy znaleźliśmy się dokładnie pod górą dałem znak aby lecieć za mną i robić to co ja. Przeleciałem pod formacją roślinną pokrywającą spód latającej góry, nakazałem Tsteu obrócić się i haczykowatymi szponami chwycić pionowej ściany, reszta wojowników uczyniła to samo.
- Ty! Wojowniku!
Poprawiłem się w siodle i odwróciłem się w stronę nawołującego mnie Raltaw'a.
- Będziemy się wspinać! Burza jest po naszej stronie! - odkrzyknąłem.
- Bracia i siostry! Dzisiaj walczymy! Eywa nas strzeże! - zawołał, a jego głos zlał się z uderzeniem pioruna.
Odpowiedział mu chór głosów gotowych na śmierć.
Ikrany ladowały na skale z cichym plaśnięciem, gdy nie przebywały w powietrzu większą część życia spędzały wisząc w najróżniejszych miejscach i pozycjach. Rodziły się w tych górach, toteż uczepienie się śliskiej, pionowej powierzchni nie było maksimum ich możliwości. Miałem nadzieję, że moja teoria sprawdzi się w praktyce, bo tylko tak mogliśmy zaskoczyć Riker'a. Nie da rady górą, spróbujmy dołem.
Wspinaczka była utrudniona przez wodę spływającą strugami po ścianie ale stopniowo pieliśmy się w górę. Chmury całkowicie zasłoniły niebo, wokół szalała zawierucha i tylko wprawny obserwator mógłby nas wtedy zauważyć, z każdym kolejnym metrem zbliżaliśmy się do naszego przeznaczenia. Tego dnia miała rozpocząć się bitwa która miała dać początek końca panowania Ludzi Nieba. Przeciwstawiliśmy się wielu.
Zatrzymaliśmy się przed krawędzią tak jak wcześniej poinstruowałem. Na ostatnie kilka metrów zostawiliśmy ikrany uczepione do skały i o własnych siłach pokonaliśmy ostatni kawałek.
- Doprowadziłeś nas aż tutaj. Teraz pokażesz czy jesteś godny bycia Tipani. - powiedział Raltaw wspinając się obok mnie. - Jeśli nie, umieraj wolny.
Po tych słowach pokrzepienia odgarnąłem z oczu mokre włosy i rozejrzałem się na boki. Kilkudziesięciu wojowników zastygło w pozycji identycznej jak moja i czekali tylko na znak. Ostrożnie wyjrzałem ponad krawędzią.
Wspinając sie po wschodniej ścianie tak jak chciałem znaleźliśmy się tylko kawałek od lądowiska. Dzieliła nas od niego wysoka trawa i droga patrolowa. Czarne sylwetki maszyn były dość dobrze widoczne, dobrze wiedziałem do czego były zdolne w powietrzu i bardzo nie chciałem aby dziś ruszyły do walki. Część planu polegała na tym aby nie wystartowały. Duza liczba osób na pasie startowym właśnie uzbrajała helikoptery i przygotowywała maszyny do lotu. Technicy kończyli ostatnie dozbrajanie.
Bardzo powoli podciągnąłem się na rękach i już po chwili skradałem się w wysokiej trawie w kierunku pierwszego patrolu strzegącego lotniska. Obok mnie byli już inni, dobywali łuków, ostrzy i włóczni.
- Raltaw weź wojowników i zaatakuj od strony wieży - wskazałem na średniej wielkości moduł dowodzenia to właśnie u jej podnóża stały generatory. - Musisz odwrócić uwagę Ludzi Nieba od ich kunsip.
Raltaw skinął głową przywołał dwudziestu wojowników i ruszyli w stronę wieży, reszta poszła wraz ze mną w przeciwnym kierunku. Natura oszukała nieco roślinność, chmury zasłoniły niebo do tego stopnia, że tu i ówdzie pojawiało się światło bioluminescencji.
Przestąpiłem nad pniem ściętego niedawno drzewa i znalazłem się na granicy traw. Teraz od płyty lądowiska dzieliło mnie kilka metrów łysej ziemi. Grunt pod stopami zadrżał i nakazałem gestem reszcie aby zastygli w bezruchu. Z lewej strony nadchodził patrol w postaci dwóch PZM.
Wstrzymałem oddech. Jeden z nich zatrzymał się tuż przede mną. Przez trawę widziałem kierowcę. Przez głośnik odezwał się do żołnierza w drugiej maszynie.
- Zaczekaj. Po prawej. Chyba coś widziałem.
Zrobił kilka ciężkich kroków w moim kierunku. Uniósł wyżej GAU-90 i wpatrywał się przed siebie. W czarną, wysoką trawę w której mogło się czaić absolutnie wszystko.
- A masz coś na czujnikach ruchu? Z moich wynika, że coś ci się przewidziało Rick. - odezwał się drugi głos.
- Nie nic. - odwrócił się widocznie dajac za wygraną - Ciarki mam na plecach przez tą cholerną burzę - powiedział gdy poraz kolejny uderzył grzmot - Długo tu mamy siedzieć?
- Nie długo. Podobno dzikusy ruszyły. Riker leci po przesyłkę, my ją eskortujemy i wracamy do domu przed kolacją. Idziemy.
Odeszli tylko kawałek zanim nastąpiła umówiona eksplozja naprawdę sporej liczby wybuchowych toreb. Wystarczyła jedna pochodnia żeby rozpętać piekło. Na'vi zazwyczaj unikali ognia innego niż ten z paleniska ale przeciwko maszynom torby (jak sam je nazwałem) sprawdzały się aż nadto.
Kula ognia ogarnęła wieże, a języki ognia zaczęły lizać jej podnóże. Wszyscy żołnierze i technicy na płycie lądowiska zaczęli biec w jednym kierunku. Piloci widocznie połapali się co jest grane i zostali przy helikopterach. Droga była wolna oprócz tych dwóch cholernych PZM... Nie mieliśmy czasu. Trzeba było działać szybko.
- Teraz! Zanim wystartują! -wykrzyknąłem i wybiegłem z trawy prosto na żołnierza w maszynie.
Wiedziałem co robić. Przyjaciel pokazał mi niegdyś tę sztuczkę. Wskoczyłem na kabinę i przebiegłem po niej znajdując się za plecami kombinezonu. PZM odtwarzał ruchy z opóźnieniem które dawało mi małą przewagę. Jedno z ostrzy wcisnąłem w w miejsce złączenia ramienia z korpusem.
Drugi PZM z miejsca został zasypany gradem strzał. Oddał serię w kierunku szarżujących Na'vi ale padł na plecy gdy kilka celnie rzuconych bolas oplotło jego metalowe nogi. Kilku Na'vi doskoczyło do przewróconej maszyny starając się dorwać kierowcę. Na pewnym stopniu świadomości zbratał się on z sardynką w puszce.
Tymczasem pierwszy PZM ku mojemu zdziwieniu nie puścił GAU. Nie trysnął płyn hydrauliczny. Musiałem chybić. Raptem obrócił się i zamachnął się działkiem próbując trafić mnie bagnetem. Ostrze chybiło ale samo uderzenie posłało mnie w powietrze i wylądowałem na płycie lądowiska między helikopterami. W ślad za mną żołnierz puścił soczystą serię z GAU. Natychmiast podniosłem się na nogi i skoczyłem przed siebie chowajac się przed ogniem za jednym ze Skorpionów.
Bitwa rozgorzała na dobre. Gdy Raltaw wraz z wojownikami wysadzili generatory obrona przeciwpowietrzna przestała działać. Teraz miała przyjść kolej na Jane, Hukato i cztery setki powietrznych wojowników, ja w tym czasie musiałem sam sobie poradzić z moim czterometrowym, stalowym problemem.
Kilku pilotów którzy biegli do maszyn na mój widok zatrzymało się. Oglądali się jeden na drugiego aż wreszcie puścili się do ucieczki.
Odwróciłem się i w ostatniej chwili uchyliłem się przed potężnym ciosem szarżującego PZM. Facet nie dawał za wygraną i uderzył raz jeszcze, tym razem z góry. Zablokowałem cios drugim ostrzem trzymając miecz obiema rękami. Zęby zadzwoniły mi od siły uderzenia.
Wtedy coś zauważyłem. Niżej z boku kabiny była dźwignia awaryjna. Wyciągnąłem lewą rękę, chwyciłem dźwignię z całych sił i pociągnąłem do dołu.
Owiewka wystrzeliła z hukiem uderzając o ziemię obok. Doskoczyłem do prawego ramienia i wyrwałem tkwiące ostrze. Żołnierz nie zdążył wyszarpać z kabury rewolweru - zimna stal tkwiąca w klatce piersiowej skutecznie mu to utrudniła. Działko upadło na ziemię a kombinezon zastygł w bezruchu.
Dywersja się powiodła lecz było nas jeszcze zbyt mało aby dać radę wszystkim. Raltaw i jego wojownicy uciekali w kierunku krawędzi scigani przez kordon PZM.
Dołączyli do mnie Tipani którzy mieli wraz ze mną przejąć lądowisko i powstrzymać maszyny przed startem. Szyli z łuków do każdego kto się zbliżał skutecznie wypełniając tą część planu.
Kilka helikopterów jednak zdążyło już wystartować, a jeden z nich jak dostrzegłem miał za chwilę odciąć drogę ucieczki Raltaw'owi. Nie czekając ani chwili po raz kolejny doskoczyłem do wyłączonego już PZM i wyciągnąłem pas z amunicją, podczepiłem go do leżącego GAU, uniosłem broń i zacząłem strzelać do Skorpiona. Trafiłem i potężne pociski rozerwały na strzępy jeden z rotorów Skorpiona. Helikopter spadł poza krawędź góry.
Żołnierze zatrzymali się w osłupieniu gdy zobaczyli jak Raltaw i jego wojownicy dosłownie ruszyli śladami Skorpiona i zniknęli za krawędzią. Wstrzymali ogień. Sekundę potem gdy Na'vi wrócili z ikranami nie zdążyli się pozbierać. Stworzenia chwytały ich w swe szpony i rozrzucały jak szmaciane laleczki. Raltaw porwał w powietrze kombinezon i cisnął nim we wciąż płonącą wieżę powodując, że ta ostatecznie runęła.
Widząc, że Raltaw'owi się udało oddałem się destrukcji reszty helikopterów. Z niemałą satysfakcją niszczyłem je jeden po drugim dając upust wściekłości aż do momentu gdy usłyszałem metaliczne "klik" naciskając spust. Reszta radziła sobie równie dobrze używając pochodni i niezwykle nam dziś przydatnych wybuchowych toreb.
Deszcz ustawał a my zwyciężaliśmy. SecOps z myśliwych stawał się zwierzyną.
Wojownicy wokół mnie zaczęli krzyczeć i potrząsać bronią. Tylko jedno mogło wzbudzić taki entuzjazm.
Spojrzałem w górę i na tle nieba ujrzałem naszą powietrzną kawalerię. Prawdziwy szwadron niebieskich bombardierów.
Każdy ikran trzymał w szponach sporej wielkości głaz. Upuszczały je na pojazdy i helikoptery przy okazji miażdżąc również morale przeciwników. Tych kilka maszyn które zdążyły wystartować spadły niedługo po tym jak ze wszystkich stron zaatakowały ich skrzydlate bestie.
Bitwa się jednak jeszcze nie skończyła, Skorpiony które zdążyły wystartować siały śmierć w górze. Jane miała kłopoty. Jeden z helikopterów obrał na cel ją i wojownika lecącego obok. Skorpion wypuścił jedną z rakiet i trafił jeźdźca który natychmiast zniknął w kuli ognia. Jane poleciała dalej. Pilot nie dał za wygraną i ruszył w pościg.
Pognałem przez lądowisko, przebiegłem przez trawę i opuściłem się na rękach na plecy Tsteu. Wzbiliśmy się do góry i lecieliśmy prosto na Skorpiona ścigającego Jane. Jane robiła uniki o włos unikając pocisków rozłupujących skały na drobne kawałeczki.
Tsteu przyśpieszył i znalazłem się nad maszyną. Nie czekając ani chwili zanurkowaliśmy w dół chwytając helikopter za ogon. Spadliśmy na niego w tym samym momencie w którym Skorpion wypuszczał rakietę. Uderzyła ona w jedną z latających skał wyrzucając w górę jej ostre kawałki które przeszyły kokpit. Maszyna podzieliła los rakiety z całą siłą uderzając o ścianę pobliskiej góry. Jane była bezpieczna. Odwróciła się i pomachała mi. Wydała z siebie długi przeciągły krzyk, jej ikran zrobił to samo - dziś moja Jane była wojowniczką.
Wróciliśmy na miejsce bitwy. Burza zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Skorpiony i samsony zostały szybko zgniecione przez przewagę liczebną. Przejaśniało się, a żołnierze widząc, że nie mają najmniejszych szans rzucali broń na ziemię.
Gdy bitwa dobiegła końca ja i Jane wylądowaliśmy na zgliszczach lądowiska. Reszta wojowników zrobiła to samo. Przebiegłem między stłoczonymi gdzie popadnie stworzeniami. Przestrzenie pomiędzy licznymi ikranami wypełniali ich jeźdźcy.
- Zwyciężyliśmy Alex! Załatwiliśmy tych drani! - Jane nie posiadała się z radości.
Cieszyłem się w duchu wraz z nią ale wiedziałem, że została jedna, ostatnia sprawa.
- To jeszcze nie koniec. Nie dopóki żyje Riker.
Na placu przed powaloną wieżą trwał swoisty festiwal zwycięstwa. Raltaw i Hukato wciąż wydawali rozkazy.
Jedni wojownicy spędzali schwytanych żołnierzy w jedną grupę na środku placu, a inni opatrywali rannych i przygotowywali poległych braci i siostry do drogi do domu. Żołnierze powoli przyzwyczajali się do roli jeńców. Ich twarze wyrażały teraz tylko jedno - Jak do diabła pokonały nas dzikusy z dzidami?
Na mój widok Raltaw skinął głową i powiedział głośno:
- Widzę cię Alexpinbaker. Doprawdy jesteś Tiapni.
Wokół rozległy się entuzjastyczne okrzyki. Niebo znów było czyste i piękne. Udzielała mi się atmosfera zwycięstwa.
- Mówiłem ci.
Raltaw i Hukato roześmiali się serdecznie. Spochmurnieli jednak gdy spojrzeli na stłoczonych jeńców.
- Co z nimi uczynić Alexpinbaker? Co zrobilibyście z nimi w waszym świecie?
- Demony powinny zginąć. - odezwał się Hukato -Nic nie widzą. Nie zasługują na życie.
- Wszystko zasługuje na życie - Jane pojawiła się za moimi plecami - Jeśli ich zabijecie pokażecie tylko, że jesteście równi Ludziom Nieba, a nie jesteście. Jesteście dobrzy. Czyści.
- Ona ma rację. Raltaw, Hukato. Darujcie im życie. - czekałem na decyzję wojownika, nie chciałem aby dziś ktokolwiek miał tu jeszcze ginąć.
Sam byłem kiedyś żołnierzem i choć ci którzy stali na środku placu zatracili ideały jak niegdyś ja sam, to wciąż byli ludźmi. Żywymi istotami.
- Niech będzie! Mogą odejść wolno. Macie moje słowo. Wy dotrzymaliście swojego.
Jane odetchnęła, spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Odwzajemniłem uśmiech i podszedłem do grupy na środku placu. Po drodze minąłem naprawdę spory stos złożonej broni.
- Na co się patrzysz dzikusie? - zaczął łysy osiłek wyglądający na kapitana - Mało wam?
- Nie, sądzę, że wystarczająco wam dzisiaj dokopaliśmy.
Przez chwilę wydawało się, że kapitan będzie zmuszony zebrać szczękę z podłogi gdy usłyszał dzikusa mówiącego po angielsku. Cóż, nie każdy potrafił rozróżnić avatara od Na'vi.
Wyciągnąłem kapitana z szeregu i jedną ręką podniosłem do góry.
- Co tu robiliście? Gdzie jest Riker? - zapytałem najpierw powoli i spokojnie.
- Jeśli myślisz, że coś ci powiem...
- Gadaj albo odgryzę ci gardło! Gdzie jest Riker? Jakie mieliście rozkazy?
Kapitan dokonał w umyśle szybkiej kalkulacji i zrozumiał, że udawanie twardziela w jego sytuacji może nie skończyć się najlepiej.
- Nie ma go tu. On... Wziął śmigłowiec bojowy i poleciał... Mieliśmy odeprzeć atak dzikusów i czekać na przesyłkę...
- Jaką przesyłkę? Gadaj!
Mocniej ścisnąłem gardło kapitana. W oczach pojawił się strach.
- Jakiegoś dzikusa ważniaka i trzech zdrajców... - wychrypiał żołnierz, a każde jego słowo napawało mnie lodowatą grozą.
Puściłem żołnierza na ziemię, a ten cofnął się do swoich rozmasowując gardło.
Odszedłem na bok. W umyśle wciąż powtarzałem słowa kapitana. Dzikus ważniak, trzech zdrajców... Cholera. Jane zatroskana położyła dłoń na moim ramieniu. Też chciała wiedzieć co się stało. Powtórzyłem jej słowa żołnierza. Spojrzała na mnie z obawą ponieważ również dla niej wszystko stawało się jasne.
Nagle odezwał się głos Takeshi'ego w słuchawce. Burza przeszła, a łączność znów działała.
- ...mnie? Słyszycie mnie? Alex odezwij się!
- Tak słyszę cię, posłuchaj wiem już...
- Odkryłem coś strasznego. - naukowiec przerwał mi w połowie zdania, jego głos był roztrzęsiony - Riker wie o wszystkim! O Drzewie Domowym, o nas i o naszej kryjówce! Wie gdzie jesteście! Chodzi mu o Sänume! Wszystko wytłumaczę na miejscu, już do was jadę! Mój Boże to wszystko moja wina... Lądują! - resztę zagłuszył dźwięk silników i transmisja została zakończona.
Nie trzeba było wysilać wyobraźni aby zobaczyć jak Smok-C21 zbliżał się do miejsca położenia naszych linkerów.
Tylko chwila zajęła nam aby się otrząsnąć i na powrót zacząć trzeźwo myśleć. Mieliśmy tylko kilka chwil.
- Musimy ostrzec Raltawa, muszą wracać! - wrzeszczałem.
Odwróciliśmy się równocześnie. Raltaw i Hukato byli pogrążeni w rozmowie. Nikt nie wiedział co się szykowało, nie mogli wiedzieć... Zdążyłem tylko otworzyć usta zanim świat zawirował raz jeszcze okrywając świat całunem nieświadomości. Znów nadszedł ten moment w którym bałem się otworzyć oczy w obawie, że zobaczę ciemne i zimne wnętrze kabiny.
Wróciliśmy.
