Rozdział 19
Wziąłem głęboki oddech i odczekałem chwilę zanim ostatecznie zdecydowałem się podnieść wieko kabiny. Stało się to czego się spodziewałem, choć w głębi duszy wciąż miałem nadzieję...
- Nie! Alex! - Jane krzyczała z daleka, a jej głos zlał się z niekączącym się echem wystrzału.
Był krótki, z pistoletu. Bezceremonialny. Sięgnąłem ręką do miejsca trafienia i ujrzałem na niej krew. Upadłem na podłogę.
W głowie nieznośnie dźwięczały mi kroki wojskowych butów na posadzce.
- Przykro mi Alex. Przykro mi, że tak to się musiało skończyć ale znam cię. Nigdy byś nie odpuścił. - podpułkownik schował pistolet do kabury.
- Tu masz rację. - wymamrotałem.
Cholera, trafił mnie. Sukinsyn. Mimo, że bolało jak diabli wciąż nie mogłem przyjąć do siebie wiadomości, że... To był dobry strzał.
Podniosłem wzrok i spojrzałem poza Rikera, na Jane. Z całych sił trzymali ją dwaj żołnierze. Krzyk zamarł bezgłośnie w jej ustach. Ona też już wiedziała.
Zawiodłem ich wszystkich.
- Jesteś żałosną namiastką dawnego siebie Pinbaker. W Górach Alleluja miałeś szczęście. Brawo, ale tylko trochę pokrzyżowałeś mi plany. Quaritch już tam jest.
Poczułem kopnięcie w brzuch i obróciłem się na plecy. Ból eksplodował z nową siłą. Niemal odchodziłem od zmysłów.
- O czym ty sobie myślałeś Pinbaker? Że jesteś w stanie powstrzymać nieuniknione? Teraz gdy będę miał ich Tsahik poznam odpowiedzi na wszystko. Droga do potęgi stoi otworem! Będę miał ich w garści.
Zaśmiałem się.
- I myślisz, że coś ci powie. Tobie? - ponownie wybuchnąłem śmiechem. Groteska płynęła strumieniami. Była koloru szkarłatu.
- Twoja dziewczyna mi pomoże. - kontynuował wywód podpułkownik - Przecież tak dobrze ich poznaliście. - cofnął się o kilka kroków do tyłu i chwycił Jane za włosy tak, że ta jęknęła z bólu. Skierowałem wzrok ku stolikowi i naładowanej broni. Jeśli spróbowałbym się rzucić... Podniosłem się z ziemi tylko po to żeby upaść po kolejnym kopniaku. Po raz pierwszy w życiu bałem się śmierci i tym razem nie było wyjścia.
- Idziemy. Wallen posprzątaj tu po wszystkim.
Wyszli. Zabrali Jane, zostawiając mnie w kałuży krwi i z Sean'em Wallen'em nade mną. Zastanawiałem się czy, gdy już znajdą moje ciało, będzie choć jedna osoba która powie, że się od nich różniłem. Że zginąłem za coś. Zdołałem usiąść i przesunąć pod ścianę mimo, że widziałem Wallen'a stojącego z wycelowanym gnatem obok mnie. Splunąłem krwią i odwróciłem wzrok.
No dalej... Na co czekasz...
Nie wystrzelił.
Odwróciłem powoli głowę i zobaczyłem jak Wallen opuszcza karabin. Cofnął się o krok i popatrzał na mnie przez chwilę po czym się odezwał:
- Uciskaj ranę, ale nie łudź się. Umrzesz.
Nie rozumiałem do końca czemu to zrobił. Kodeks najemnika czy coś innego? Darowałem mu wtedy życie, może myślał, że teraz jesteśmy kwita? Zawsze mógł pożałować kuli na faceta stojącego jedną nogą w grobie.
Nie zmienił się jednak. Nie. To jedno wiedziałem na pewno. Nie przestanie strzelać do Na'vi, a być może znienawidzi ich jeszcze bardziej.
Wyszedł i zostałem całkiem sam. Straciłem przytomność.
- Mój Boże... Alex, słyszysz mnie? Alex!
Słowa zlewały się w głowie bardzo powoli. Nie wiedziałem jak długo byłem nieprzytomny. Równie dobrze mogłem tam leżeć pare minut jak i kilka godzin. Otworzyłem oczy, a rzeczywistość uderzyła z nową siłą. Mimo bólu.
- Dostałem... - zdołałem się odezwać.
Widziałem twarz Takeshi'ego. Był przerażony i wyglądało na to, że on też nie daje mi większych szans. Gra dla przegranych.
- Chodź - próbował pomóc mi wstać - Zabiorę cię do Piekielnych Wrót. Wciąż...
- Jest szansa? - wstałem głównie o własnych siłach i oparłem się o ścianę. Chyba nie wierzył, że pozwolę się temu tak skończyć. - Takeshi on ma Jane. Leci w kierunku Drzewa Domowego... Musisz coś dla mnie zrobić...
- Co? Co takiego Alex? - rozglądał się po pomieszczeniu - Tu gdzieś musi być apteczka...
- Zainicjujesz moje połączenie.
W pierwszym momencie niemalże zdawał się niedosłyszeć. Pot wystąpił na jego czoło. Mówił nerwowo i szybko.
- Alex... Jesteś w złym stanie. W bardzo złym. Wykrwawisz się. Umrzesz jeśli nie pozwolisz sobie pomóc.
Zrobiłem kilka kroków wzdłuż ściany zostawiając za sobą smugę krwi. Dotarłem do linkera i usiadłem ciężko na jego brzegu. Nie było chwili do stracenia. Zadecydowałem. Życie ich wszystkich za moje. Może, na samym końcu, spłacę dług.
- Jak nigdy w życiu wiem co robię. Pomóż mi przyjacielu. Proszę...
Takeshi opuścił wzrok. Jakaś wewnętrzna walka toczyła się teraz w głowie naukowca. Beznadziejny wybór.
- Przygotuje połączenie. Postaram się utrzymać cię przy życiu tak długo jak się da.
- Dziękuję.
Znalazł apteczkę. Podał mi pigułki. Nie chciałem silnych leków przeciwbólowych. Stępiły by resztki świadomości, a ta była mi teraz potrzebna.
Gdy robił drugi zastrzyk przerwał ciszę.
- Byłem głupcem. Myślałem... - łzy napłynęły mu do oczu.
Błyskawicznie wyjął coś z kieszeni i rzucił na szpitalną tackę. Zogniskowałem wzrok na małym przedmiocie. Widziałem już takie rzeczy wcześniej.
- Nadajnik. - zabrzmiałem tak, jakbym zrozumiał wreszcie dobry kawał.
Jego poczucie winy było zbyt silne. Mimo, że wszystko było już dla mnie jasne, naukowiec nie mógł nic nie powiedzieć. Musiał wyjaśnić. Oststnia, rozpaczliwa próba usprawiedliwienia przed sobą samym choć nie była to jego wina.
- Ja... Poszedłem po raz ostatni spojrzeć... Pożegnać się z avatarem i... I to znalazłem - ręką machnął na nadajnik- i zakrył twarz dłonią. - Mogłem się domyślić. Za łatwo wyprowadziłem avatara z Piekielnych Wrót. Pozwolił mi na to. Wiedział o wszystkim co robiłem potem. O wszystkim.
Stał przede mną człowiek który stracił wszystko. Zamilkł i dokończył swoją pracę.
- Jestem gotowy.
Spojrzałem na prowizorycznie opatrzoną ranę. Odsunąłem się i ułożyłem w maszynie. Zabawne, że gdy pierwszy raz zobaczyłem jednostkę skojarzyła mi się z trumną. O ironio...
Naukowiec przebiegł na środek sali i spojrzał w skupieniu na monitory.
- Namierzę twój komunikator. Będziesz słyszał mnie w słuchawce. - coś jeszcze nie dawało mu spokoju - Alex połączenie może się nie nawiązać. Nie wiadomo czy w tym stanie w ogóle możesz kierować avatarem.
- To zawsze coś nowego.
Zatrzasnąłem nad sobą wieko kabiny. Zamknąłem oczy i odetchnąłem głęboko. Jedziemy... Po raz ostatni...
Byłem tam. Wstałem z ziemi, czułem się jakbym majaczył w chorobie. Głosy były przytłumione. Przez moment patrzyłem na niebieskie dłonie zastanawiając się czy aby na pewno należały do mnie.
- Alex, jesteś tam? - pełen zmartwienia głos Takeshi'ego rozbrzmiał mi w uchu, prawie zapomniałem o laryngofonie.
- Udało się. - powiedziałem to bardziej do siebie.
Wstałem a w okół zastał mnie chaos. Strzały i krzyki wojowników. Świst wielu śmigieł. Wokół na powrót trwała bitwa i tym razem nie wygrywaliśmy. Wreszcie odpaliłem, a myśl, ostra i czysta myśl o kobiecie którą kochałem i rodzinie którą chciałem uratować popychała mnie do przodu. Krok po kroku. Rozejrzałem się błyskawicznie wokół szukając avatara Jane. Leżała tam pogrążona w śnie bez marzeń. Odciągnąłem ją na bok, w miarę bezpieczne miejsce za wrakiem śmigłowca. Ktoś podbiegł. Dobyłem ostrza gotów do walki.
Rozpoznałem w ów Na'vi Raltaw'a. Twarz miał umazaną we krwi. W prawym udzie tkwił odłamek. Opuściłem miecz.
- Przybyli znikąd. Zaatakowali ogniem. Alexpinbaker... Nie damy rady. - w głosie Raltaw'a słychać było już znużenie walką.
Takeshi odezwał się w słuchawce:
- Powiedz mu. Powiedz żeby się wycofywali.
Położyłem dłoń na ramieniu rosłego wojownika.
- Ty i twój lud dzielnie dziś walczyliście, już nic nie zrobimy. Musisz wezwać do powrotu. Riker zamierza uderzyć na Drzewo Domowe. Zabrać Tsahik.
Raltaw wykrzyknął, szczerząc żeby z nieopisanej wściekłości. Syknął jak najdziksze ze zwierząt.
- Rozerwę go na strzępy! Polecimy Alexpinbaker! Nakażę wracać ale nie możemy doprowadzić ich naszego domu. Leć. Teraz! Spotkamy się w ój ikran tu jest, nigdy nie opuszczają panów. Widzę cię.
- Też cię widzę. Zaopiekuj się nią. Śpi. - wskazałem na avatara Jane. Raltaw w milczeniu skinął głową i przywołał do siebie dwóch wojowników.
- Ocal nas synu wiatru. - rzucił za mną.
Bitwa która wrzała wokół teraz wyostrzyła się i przestała być tłem. Na'vi starali się przeciwstawiać stalowej masie zabójczych maszyn. Kto nie uciekał, ginął.
Przeczekałem aż przeleci nad nami skorpion i ruszyłem przez pole walki zostawiając Raltaw'a daleko za sobą. Rozglądałem się na wszystkie strony. Nie mogłem znaleźć Tsteu.
Wnet eksplozja pocisku granatnika odrzuciła mnie w bok. W uszach rozbrzmiał mi przeciągły pisk. Zmrużyłem oczy starając się dostrzec skąd padł wystrzał. Podniosłem się na kolana dobywając łuku.
Zatrzymał mnie ryk Tanhi. Ikran Jane stał na szczycie złomu będącego kiedyś całkiem sprawnym śmigłowcem. Rozłożyła przy tym skrzydła na pełną rozpiętość. Słońce prześwitywało przez cienką błonę.
Wyglądała jakby chciała zaatakować.
Zdążyłem się tylko odwrócić by zobaczyć jak ów dowódca bazy którego przesłuchiwałem tego dnia załadował kolejny granat. Nagle usłyszałem drugi ryk. Głośniejszy i groźniejszy.
Tsteu spadł na żołnierza szybko niczym grom. Dowódca bazy nie zdążył krzyknąć gdy ikran pochwycił go w swe szczęki. Zarzucił łbem wyrzucając bezwładne ciało kilkadziesiąt metrów dalej. Wydał z siebie głośny ryk, przepełniony żądzą walki. To on odnalazł mnie.
Na ziemi wciąż leżał załadowany granatnik. Podniosłem go wiedząc iż może mi się przydać mimo, że w mojej dłoni wyglądał jak dziecięca zabawka.
Wspiąłem się na siodło i upewniłem się, że nie spadnę. Byłem słaby. Ruchy wykonywałem z opóźnieniem. Przymocowałem granatnik do siodła i szepnąłem słabo do zwierzęcia nawiązując więź:
- Leć Tsteu. Do domu.
Tsteu wyczuł, że coś jest nie tak. Wydał z siebie cichy pomruk jakby był nieco zbity z tropu. Po chwili jednak rozłożył ogromne skrzydła.
Wznieśliśmy się w powietrze w chmurze pyłu. Teraz widziałem ciasny pierścień jakim helikoptery otoczyły Wielkiego Skalnego Cukierka. Nie prowadziły pojedynczych bitew powietrznych lecz upewniały się, że nikt nie przeżyje.
Wielu zginie. Nie wszyscy dadzą się radę przebić.
Wprawny i dostatecznie szalony obserwator zauważyłby jednak lukę.
Zaraz obok smoka c-21 było wystarczająco dużo miejsca na ucieczkę. Skorpiony dawały maszynie dowódcy pole do popisu. Smok w niczym nie ustępował swojemu mitycznemu pierwowzorowi. Pruł ze wszystkiego i do wszystkiego jak bestia wiecznie nienasycona krwią. Mogłem się tylko domyślać czy Quaritch tam był, choć mógłbym postawić na to piątaka.
Pochyliłem się całym ciałem robiąc w ostatniej chwili unik przed nadlatującym z przodu samsonem. Odwróciłem się i widziałem dobrze jak strzelec patrzał na mnie z otwartą gębą zapominając na chwilę o palcu na spuście. Nie dziwiłem mu się. Leciałem przecież prosto na ich statek dowodzenia.
- Alex lecisz w złym kierunku! - krzyknął naukowiec.
Tymczasem o lewitującą skałę na przeciwko góry rozbił się kolejny śmigłowiec sprytnie poprowadzony między skały przez Na'vi.
Wziąłem głęboki oddech. Wracaliśmy do domu i nic nie mogło nas zatrzymać.
Cała uwaga została potężnego śmigłowca bojowego została skierowana na mnie i dużego skurczybyka Tsteu.
Pierwsze były rakiety. Wybuchały w powietrzu obok nas chybiając celu. Niemal całkowicie oddałem kontrolę ikranowi. Zdałem się na jego instynkt przetrwania. Znaleźliśmy się przed śmigłowcem bojowym niemal widząc białka oczu pilotów i zanurkowaliśmy w dół. Krzyk bestii zlewał się z moim.
Przez jeden moment, gdy skierowali na nas cały ogień myślałem, że zginiemy. Nic takiego się jednak nie stało. W końcu strzały ucichły a pierścień śmigłowców zostawiliśmy za sobą.
Powolna i ociężała latająca forteca nie ruszyła po naszych śladach. Nie mogłem uwierzyć własnemu szczęściu. Przepuścili mnie bo jeden Na'vi nie był wart łamania szyku. Czymże jest jeden szalony wojownik?
Wszystkim.
Tsteu pobijał własne rekordy podczas gdy ja kurczowo trzymałem się jego masywnej szyi. Ostatni dzień mojego pobytu tutaj dobiega konca, pomyślałem gdy zmrużyłem oczy patrząc na schodzące coraz niżej słońce.
Nagle przed oczami mi pociemniało. Na chwilę straciłem władzę nad ciałem niebezpiecznie zsuwając się z siodła. Zdołałem się ocknąć i chwycić w ostatniej chwili.
- Co się dzieje? - przyłożyłem dłoń do laryngofonu.
- Połączenie jest niestabilne. Wskazuje teraz siedemdziesiąt cztery procent i spada. Alex, cokolwiek planujesz... Pośpiesz się.
- Nim zapadnie ciemność - sam nie wiedziałem czemu tak to ująłem.
Wreszcie podniosłem się w siodle aby ujrzeć majestatyczną sylwetkę Drzewa-Domu klanu Tipani. Jego rozłożyste konary skąpane były w krwawej czerwieni zachodu tak jakby wiedziały ile krwi zostało przelane i ile się jeszcze przeleje.
Spojrzałem w dół i dostrzegłem to czego się spodziewałem, a czego tak bałem się tu kiedyś zastać.
Smok c-21 stał na polanie. Ładownia była otwarta, a żołnierze w w PZM'ach uwijali się jak w ukropie. Wytaczali klatki.
Skręciłem i wylądowałem kawałek dalej od Drzewa-Domu, w pobliżu rzeki, żywiąc nadzieję, że pozostałem niezauważony.
Zostawiłem Tsteu i zacząłem biec. Minąłem ciała garstki wojowników którzy pozostali na straży do samego końca. Uczucie znużenia nasilało się z każdą chwilą ale nie mówiłem nic Takeshi'emu.
Wreszcie dotarłem do podnóża drzewa przylegając plecami do jednej z naturalnych kolumn. Panowało zamieszanie. Wszyscy Na'vi byli stłoczeni w ciasnej grupie na środku, wokół wygasłego paleniska. Kobiety, dzieci i starcy.
Cofnąłem się gdy ujrzałem stojącego do mnie tyłem PZM. Było ich więcej ale stąd nie widziałem wszystkiego dokładnie. Ciasnym kręgiem otaczali zebranych Na'vi. Płacz dzieci mieszał się z lamentem dorosłych.
- Kolejni, sir.
Zaryzykowałem i wychyliłem się raz jeszcze. PZM przyciągnął dwóch kolejnych starszych Na'vi. Rzucił ich na ziemię, podnieśli się i dołączyli do reszty.
- Dobra robota żołnierzu. - pochwalił Riker.
Był tutaj. Nie miałem najmniejszego pojęcia jak w pojedynkę miałem ich zatrzymać. Jedyną szansą było to, że Raltaw i Hukato dotrą z wojownikami unikając pościgu. Teraz byłem jednak sam.
Odsunąłem się od kolumny i okrążyłem podstawę drzewa znajdując się przy pnącej się w górę spirali. Upewniłem się, że nikt mnie nie widzi i wspiąłem się do góry ukrywając się za ścianą jednej z wnęk. Dopiero stąd miałem pełny ogląd na sytuację.
Znów to poczułem. Odległe echo przypomniało, że powoli się wykrwawiałem. Wziąłem kilka głębokich wdechów. Zdołałem skupić się na najemnikach.
Cztery PZM'y i żołnierze uzbrojeni w ciężkie karabiny otaczali Na'vi ze wszystkich stron.
Riker stał pomiędzy swoim odziałem a Na'vi nie robiący sobie nic z ich wzrostu, obok dwóch rosłych żołnierzy pilnowało Jane.
- Które z was to Tsahik? - Riker odezwał się w pełnym Na'vijskim. - Które z nich? - Zapytał Jane. Dziewczyna milczała. - Nie chcesz mi powiedzieć?
Boże, myśli, że nie żyję, pomyślałem. Powoli dobyłem łuku i nałożyłem strzałę na cięciwę. Wyszedłem zza kolumny. Nikt mnie nie zauważył. Strzałę wycelowałem prosto w podpułkownika. Tym razem nie mogłem spudłować.
- Ty - Riker wskazał na żołnierza w PZM, - Przyprowadź mi tego chłopca. Tak, tego małego narwańca.
PZM wykonało kilka ciężkich kroków i sięgnęło metalową grabą w stronę tłumu. Na'vi trzymali ze wszystkich sił lecz w końcu przegrali. Z tłumu został wyprowadzony Beyda'amo. Chłopiec syczał i wyrywał się gdy PZM chwycił go za warkocz i rzucił na kolana.
Riker przechadzał się tam i spowrotem, napawając się swoim parszywym zagraniem.
- Zależy ci na nich Jane, prawda? Pozwolisz mu zginąć? - podpułkownik skinął na PZM i żołnierz dobył ogromnego stalowego noża.
Chłopak nie drgnął nawet gdy zimne ostrze dotknęło gardła.
- Dosyć!
Wszyscy obrócili się w tym samym kierunku. Na'vi mimo błagań wreszcie rozstąpili się i ku Riker'owi wyszła Tsahik Sänume.
Riker ukłonił się prześmiewczo. Żołnierze również wybuchnęli paskudnym rechotem.
- Tsahik Sänume... Jestem zaszczycony.
- Masz to po co przybyłeś. Zostaw mój lud. Puść Beyda'amo. - Tsahik stanęła przed podpułkownikiem bez śladu lęku.
Mięśnie zadrżały. Chęć zabicia wroga była silna lecz nie mogłem zaryzykować masakry.
Wnet do podpułkownika dobiegł jeden z żołnierzy:
- Sir, Na'vi tu lecą! Wiedzą o nas!
- Co? Skąd by wiedzieli? - podpułkownik na jeden moment został wybity z rytmu - Dobrze. Brać ją. Ty pójdziesz ze mną.
Dwa PZM'y chwyciły Tsahik i zaczęły ciągnąć w stronę śmigłowca, za nimi poszli Riker i dwóch żołnierzy którzy trzymali Jane. Dwie maszyny i reszta żołnierzy została. Jeden z nich zapytał:
- Co z nimi zrobić, sir?
- Zabić ich wszystkich. Niech zobaczą do czego jestem zdolny. - rzucił Riker przez plecy zanim się oddalili.
- Nie! - Jane jedną ręką wyrwała się najemnikowi lecz ten jednym szarpnięciem przyciągnął ją do siebie. Sänume też się zorientowała, tak samo jak reszta w martwej ciszy patrzeli jak jedna z maszyn podnosi w górę GAU.
Żołnierz usłyszawszy rozkaz skinął lekko głową. Spojrzał w dół na ogromny stalowy nóż. I poruszył prawą, metalową ręką.
Już w tym momencie byłem w powietrzu po wyskoku z kryjówki. Beyda'amo rzucił się na ziemię, przeturlał i podciął jednego z żołnierzy. Kolbą jego własnego CARB'a zakończył jego żywot w tej samej chwili w którym cięciwa napięta do granic możliwości wypuściła strzałę tak celną i szybką jak się spodziewałem. Uderzyła w owiewkę przebijając ją na wylot. Jedna wystarczyła aby zabić kierowcę. PZM padł na kolana a ja odbiłem się od jego powierzchni w kierunku żołnierza z ciężkim karabinem. Impet z jakim wpadłem na najemnika przewrócił go na ziemię. Sięgnąłem do jego twarzy zrywając maskę. Białka jego oczu rozszerzyły się, ą żołnierz zaczął się dusić. Jednym ruchem wyrwałem z ręki ciężki karabin, przerzuciłem go na prawą rękę i ostrzelałem szybkę drugiego PZM. Pojawiły się liczne pęknięcia lecz żołnierz przybrał pozycję do strzału.
Zacząłem biec prosto na niego i odbiłem się od ziemi w locie wyciągając lewą ręką ostrze. Wskoczyłem na niego i przebiłem kolejną owiewkę. Szkło rozsypało się w drobny mak a miecz przebił kierowcę mobilnej platformy. Zeskoczyłem i otworzyłem ogień do reszty żołnierzy.
Na'vi w tym czasie nie stali biernie się przyglądając. Ruszyli na najemników rozbijając ich jak kręgle. Byli totalnie zaskoczeni nagłym swrotem sytuacji.
I wtedy gdy położyliśmy trupem oprawców usłyszeliśmy krzyk wielu ikranów. Ich sylwetki były już widoczne poprzez rozłożyste konary. Raltaw i Hukato przybyli. Wszyscy wydaliśmy z siebie krzyk który zabrał nam dech i pobiegliśmy w stroną latającej fortecy. Uratować bliskich.
Z każdego miejsca na horyzoncie przybywali wojownicy. Czerwieniące się niebo na moment zakryła chmara połyskujących skrzydeł.
Doganialiśmy ich. PZM osłaniały odwrót zaciekle nas ostrzeliwując. Nie zatrzymywaliśmy się, przeskakując nad kraterami które wyrywały pociski. Z góry sypały się strzały. Sänume szła stawiając opór, przegrała jednak z siłą maszyny.
Jane odwróciła się i zauważyła mnie. Byłem tego pewien, biegłem na czele.
Dotarli do rampy śmigłowca grożąc śmiercią wepchnęli Tsahik do stalowej klatki i jeden z PZM'ów wsunął ją do ładowni. Riker wziął Jane swoim ludziom i zniknął za rampą. Reszta poszła w ich ślady również zajmując miejsca w ładowni po drodze odpowiadając ogniem na strzały.
Zaraz za ostatnim z nich rampa zaczęła się zamykać, a cztery rotory poszły w ruch.
- Nie zdążymy! Na ziemię!
W mgnieniu oka Smok podniósł się z ziemi, i nie chowając podwozia obrócił sie ociężale w naszą stronę.
Wypluł w naszą stronę rakiety i ostrzelał z działek obrotowych. W tym czasie wojownicy zaatakowali z góry spuszczając na maszynę głazy. Za każdym razem wgniatały jego metalową powłokę.
Wstałem i z całych sił wezwałem Tsteu po jego imieniu. Zachwiałem się na nogach.
- Pięćdziesiąt procent Alex! - zaalarmował Takeshi.
Zawołałem po raz drugi:
- Tsteu!
Przybył lądując ciężko obok mnie. Spojrzał na mnie. Wskoczyłem na niego i uniósł się w powietrze. Podleciałem bliżej lecącego smoka. Zleciałem w bok uciekając prze serią z działek obrotowych i odczepiłem od siodła zdobyczny granatnik, z jedynym pociskiem.
Wystrzeliłem z wolnej ręki. Pocisk wystrzelił z głośnym "pump", zatoczył półokrąg i uderzył w okolice tylnego śmigła.
Śmigłowiec przechylił się na bok lecz wciąż leciał do przodu. Na'vi w powietrzu nie dawali mu wytchnienia.
W górach Alleluja mieli mieć swój przyczółek, nie dolecą tam jednak nawet by dotrzeć do Quaritcha, mimo to dalej zmierzali w kierunku... Pozyskiwalni Deuterium. Myśl zaświtała mimo ogarniającego umysł otępienia. Stamtąd chcą wezwać pomoc i uciec.
Raltaw znalazł się obok mnie.
- Tarcza tego kunsip jest twarda ale sprowadzimy tchórzliwych Ludzi Nieba na ziemię! Synu wiatru jestem dumny, że lecę u twego boku!
- Raltaw lećcie za mną! Wiem gdzie lecą!
Kilkudziesięciu Na'vi ruszyło za mną, wszyscy w jednym celu. Smok nie oddalił się zbytnio ale trzymaliśmy się w równej odległości od przechylonej maszyny. Wreszcie naszym oczom ukazała się pozyskiwalnia, i wtedy zdałem sobie sprawę jak niewielki jej fragment widziałem.
Moduły i zabudowania przy rzece w których nas przetrzymywali były tylko przedsionkiem.
Za zabudowaniami roztaczał się piorunujący krajobraz. Woda ze wszystkich możliwych kierunków spadała w dół jak do gigantycznego tygla. Na środku wodospadowego kotła stała główna część placówki. Wieża. Prowadziły do niej dwa odkryte mosty. Jeden prowadził z zachodu, a drugi wychodził na północ, w kierunku lasu.
Helikopter bojowy wylądował ciężko na dawno nieużywanym lądowisku dla ciężkich wahadłowców, mających zabierać deuterium w celu tankowania statku matki.
Rampa spadła i z wnętrza wysypali się żołnierze wraz z dwoma pilotami strzelając ze wszystkiego co mieli w górę. Posypały się strzały. Jedna przyszpiliła jednego ze strzelców na wylot. Jeden PZM wytoczył klatkę i prowadziły ją po pasie. Pozostałe trzy chciały zrobić z nas sito. Żołnierze szczelnie otaczali Rikera, który teraz sam ciągnął za Jane za rękę. Zbliżali się do wielkiej bramy za którą leżał zachodni most.
Na'vi lądowali lub walczyli z powietrza. Ikrany porywały żołnierzy w górę i zrzucali z wysokości.
Wrota zaczęły się otwierać ukazując zbudowaną przez Ludzi Nieba ponurą iglicę. Techniczny cud, który nie pełnił już swojej roli.
Odział Rikera był bardzo dobrze wyszkolony i uzbrojony, nie można było im tego odmówić. Błyskawicznie cofnęli się do bramy. Najemnicy rzucili się do wciąż działających pojazdów kołowych i z warkotem ruszyli do głównej grodzi. PZM,y osłaniały ich odwrót zatrzymujac nas jednak tylko na moment.
Tsteu większy od przeciętnego ikrana spadł na mecha z siłą która przewróciła go na ziemię i wgniotła owiewkę w kierowcę. Raltaw i ini posłali w maszynę grad strzał czyniąc z innego najemnika jeża. Trzeci przekalkulował szanse i zaczął uciekać w stronę swoich towarzyszy którzy właśnie otwierali gródź.
Ostatni PZM należał do Hukato wpadł na maszynę z boku i strącił ją z mostu gdzie znikła w kotłującej się wodzie.
Wtem niebo poniosło ze sobą dźwięk spowodowany przez nadlatującą ekipą przechwytującą. Riker musiał już wcześniej się zabezpieczyć na wypadek takiego obrotu spraw.
W tym czasie około dwudziestu najemników i klatka zniknęły za masywną grodzią, która zamknęła się z głuchym uderzeniem, wybijającym się nawet na tle szumu spadającej w dół wody. Zeskoczyłem z Tsteu gdy doleciałem do końca mostu i dotknąłem powierzchni wrót. Nigdy nie damy rady ich otworzyć, pomyślałem patrząc na klawiaturę . Tyko ktoś znający hasło mógł je otwierać.
- Czterdzieści procent - Takeshi starał się utrzymać nerwy na wodzy.
Spojrzałem do góry, z tej perspektywy wieża sprawiała wrażenie jeszcze wyższej.
Obok mnie lądowali inni wojownicy.
- Tchórze! Skryli się w swoim bezlistnym drzewie! - rzucił wściekły Hukato, potrząsając łukiem.
Przybyli po nich, pomyślałem. Spróbują szczęścia. Około sześciu samsonów zbliżało się do wieży z każdą sekundą.
Zerwałem się po raz kolejny do Tsteu i wzniosłem pod ostrym kątem do góry przekrzykując szum wodospadów:
- Zatrzymam ich! Zajmijcie się kunsipami!
Stalowe ściany wreszcie ustąpiły czerwieni nieba, rozłączyłem tsahelu i zeskoczyłem na płaską, półokrągłą część szczytu wieży.
Przeturlałem się po ziemi i podniosłem do ramienia M-60. Celowałem w kierunku drzwi dużej windy towarowej. Nad nią stały dawno nie działające już anteny łączności. Tu i ówdzie stały metalowe kontenery sporych rozmiarów .
Kątem oka widziałem jak wojownicy zawiązali w powietrzu walkę z samsonami. Nie zostało nas więcej niż czterdziestu.
Drzwi windy nagle się otworzyły. Palec pozostał nieruchomo na spuście gdy jako pierwsza wyłoniła się stalowa kaltka z Tsahik. Riker cofnął się jak oparzony do tyłu gdy mnie dostrzegł na tle słońca. Milczącego.
Przyciągnął do siebie Jane i przystawił pistolet do jej głowy. Dziewczyna nie zwracała na to uwagi. Zaszklonymi oczyma wpatrywała się we mnie. Jej wargi bezgłośnie wypowiedziały moje imię.
Żołnierze zajmowali pozycję wokół mnie.
Riker przez moment uniósł wzrok gdy dostrzegł pierwszego spadającego samsona.
- Niesamowite jakim jesteś ignorantem! Kiedy dostrzeżesz, że wszystko stracone? Odebrałem ci wszystko, a ty wciąż walczysz!
- Trzydzieści procent!
Ponuro spoglądałem na wszystkich tych najemników. Żałosne namiastki żołnierzy. Prześladowcy słabszych.
- Jeśli cenisz życie swoich ludzi puść Jane i Tsahik Sänume. Powiem żeby odstąpili od helikopterów. Tylko oni. Ty zostajesz tak czy inaczej.
Nagle tępy ból przebił się przez łącze. Potknąłem się niemal przewracając się na ziemię. Przez moment miałem wrażenie, ze widzę wnętrze mojej jednostki.
Najemnicy zaczynali nerwowo patrzeć na podpułkownika, możliwe, że rozważając ofertę.
- Ty tam umierasz prawda? - roześmiał się - Przybyłeś złożyć tu ofiarę? - ponowny szaleńczy śmiech - Nie skorzystam z propozycji Alex. Żegnaj.
Jane niespodziewanie wyrwała się i łokciem uderzyła Rikera w brzuch padła na ziemię a jej usta wypowiedziały bezgłośnie: "Teraz!"
Teraz, dopóki starczy mi sił.
Jednym z ostrzy rzuciłem w najbliższego najemnika. Drugą ręką strzelałem z M-60, siejąc śmierć. Rzuciłem się w kierunku jednego z kontenerów gdy wszyscy otworzyli ogień. Robiło się ciężko. Coś napierało na moją głowę ze wszystkich stron. Kostucha przypominała o nadchodzącym randez vous.
- Dwadzieścia pięć.
Mimo to strzelałem. Byłem celny. Oni nie mogli mnie trafić. Nie po tym wszystkim co przeszedłem aby dotrzeć do szczytu tej wieży.
Tsteu uderzał z góry porywając w powietrze żołnierza za żołnierzem.
Gdy opróżniłem magazynek dobyłem łuku i szyłem ze strzał. To był już ostatni, szaleńczy zryw. Ostatnia strzała opuściła łuk i dobyłem miecza oraz sztyletu Sylwanin. Uciekali na wszystkie strony, a gdy już do kogoś doskoczyłem ciąłem ostrzem.
- Dwadzieścia.
Kolejny samson wybuchł w powietrzu i zapadła cisza. Na moje oczy spływała czerwona posoka. Wszędzie leżały nieruchome ciała, a pośrodku stał Riker, teraz już zupełnie sam.
Zrobiłem krok w jego stronę i zatrzymałem się. Każdy ruch był spowolniony w nieskończoność. Nie nie teraz, myślałem sobie. Jeszcze tylko chwilę...
Jane korzystając z zamieszania siłowała się z mechanizmem zamka. Riker widząc co się ze mną działo odwrócił się i ogłuszył ja uderzeniem kolby w głowę. Tsahik syknęła i doskoczyła do stalowych prętów próbując go dosięgnąć.
- Siły cię opuściły co? Muszę przyznać, niesamowity pokaz. Zapomniałem jak użytecznym narzędziem jest avatar.
Z rosnącym przerażeniem zorientowałem się, że nie mogłem się poruszyć.
- Piętnaście procent. - szeptał do ucha Takeshi - Mój Boże... Nie...
- Banda bezużytecznych niedołęgów - obejrzał się na leżące wszędzie wokół ciała - Wiesz jak się to mawia? Jeśli chcesz coś zrobić dobrze, zrób to sam.
Jeden z samsonów umknął z pola walki i okrążał wieżę. "Zamknij oczy Alex i śnij", szeptała kostucha czułym głosem matki.
Z rąk wypadło mi ostrze i sztylet. Upadłem na kolana.
Riker uniósł pistolet i nacisnął spust. Zamiast strzału zabrzmiało jednak ciche "klik". Jego magazynek był pusty.
- Zostaw go demonie! Przestań! - błagała Sänume. Jane poruszyła się.
- I tak to się kończy Alex. - z cichym zgrzytem podniósł sztylet i chwycił w prawą dłoń, w której wyglądał jak krótki miecz.
Samson zawisł naprzeciwko nas. Słyszałem otwierającą się ładownie i krzyk młodego wojskowego:
- Nie ma czasu, sir! Musimy pana zabrać!
Riker zdawał się nie dosłyszeć ponagleń. Jego oczy były na wysokości moich, gasnących. Przesunął ostrze do bijącego serca.
- Pięć... Procent... - Takeshi zaniósł się szlochem - Alex słyszysz mnie? Jesteś mi bratem, słyszysz?
- Co przekazać Stamphson zanim ją zabiję? Może jakieś miłosne wyznanie? - Riker dotknął zimną stalą mojej skóry. Ledwo to poczułem. - Piękny nóż.
Zapadła ciemność w której ułamki sekund wydawały się nieskończonością. Myśli błądziły po zakamarkach umysłu chaotycznie. Strzępy dawnych rozmów odzywały się echem w pustce.
Nikt nie powie, że się od nich różniłem.
Oblizywał się na samą myśl o łatwej zdobyczy!
To właśnie miłość. Gdy ktoś nie zważając na wszystko pokazuje ci, że jest nadzieja.
Nim zapadnie ciemność.
Podniosłem krzyk wewnątrz.
Wszystko przelałem w ten jeden ostatni wysiłek, jeden, ostatni raz światło ustąpiło mrokowi.
Złapałem sztylet za nagie ostrze i odsunąłem od siebie. Z dłoni popłynęła krew.
Spojrzałem na przerażonego podpułkownika.
Chwycił sztylet drugą dłonią, ale przegrywał. Stęknął z wysiłku. Jedną ręką przyciągnąłem go do siebie, a drugą powoli wykręcałem ostrze w kierunku jego brzucha.
- Chcę żebyś go zatrzymał - wymamrotałem - To... Od... Sylwanin...
Ruch był szybki i pewny.
- Sir, musimy... - pilot zamilknął gdy ujrzał śmiertelny cios. - Odlatujemy! Teraz! - krzyknął ktoś z wnętrza ładowni. Gdy samson zniknął ponownie nastała cisza.
Jane ocknęła się, stała z tyłu, a jej oczy nie wyrażały nic poza miłością. Widziałem ją, wyglądała pięknie w świetle zachodzącego słońca.
Bitwa w powietrzu zakończyła się. Ze wszystkich stron zlatywali Na'vi.
Riker zrobił chwiejny krok do tyłu. Spojrzał w dół na półmetrowy nóż tkwiący w brzuchu po samą rękojeść. Chwycił ją i wyrwał odrzucając na bok. Odkasłał krwią na egzopak.
- Nie mogę oddychać. - Być może patrzyłem na człowieka którym był kiedyś Eliot Riker. Jego pełna nienawiści i zniszczenia podróż właśnie dobiegła końca. - A jednak... Jesteś jednym z nich. - Zdjął maskę, odsłaniając twarz. Wziął głęboki wdech, ostatni w Nowym Świecie.
Upadł, a jego wzrok zastygł w jednym punkcie.
Jane podbiegła do ciała podpułkownika i wyjęła z kieszeni mały pilot. Roztrzęsionymi dłońmi wcisnęła przycisk i zamek klatki odskoczył. Rzuciła się do mnie.
W rozmywającym się tle dostrzegłem wolną już Tsahik i reszte milczącej widowni. Ani jedna łza nie spadła po Eliocie Rikerze.
Skończone. Cokolwiek trzymało mnie prze życiu do tej chwili odeszło. Byłem zmęczony. Czas na sen...
- Alex! Słyszysz mnie? Błagam otwórz oczy! Jesteś ranny?
- Umieram Jane. Jest już za późno. Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu...
Klęczała przy mnie i gładziła po policzku. Jej łzy spadały na moje zroszone krwią czoło ale nawet ich już ich nie czułem. Za nią stali inni. Tsteu zawył żałośnie.
Krajobraz skąpany był w złocie i czerwieni, a refleksje barw tańczyły na powierzchni wodospadów. Było idealnie.
- Jane...
- Nic nie mów. Uratuje cię! Zabiorę stąd... - płakała.
- Już uratowałaś. - pocieszyłem ją i uśmiechnąłem się lekko - Pokazałaś mi jak żyć.
- Nie! - płakała- Nie zostawiaj mnie! Słyszysz? Kocham cię!
Zamknąłem oczy gotowy do drogi. Wciąż przebijały się do mojej świadomości echa spoza linii życia. Słowa Tsahik zadźwięczały niczym echo w podziemiach.
- Czekajcie. Jest nadzieja, choć już gaśnie. Niech wróci i wytrzyma. Zabierzemy ich do świętego miejsca! Jane poprowadź mnie do niego. Hukato i Raltaw przygotują się.
To co działo się potem wydawało się pojedynczymi, wyrwanymi z kontekstu obrazami na pograniczy jawy i snu.
Najpierw Takeshi robiący zastrzyk i wkładający mi egzopak na twarz. "Nie pozwolę ci tak łatwo nas zostawić", powtarzał.
Głos głos Tsahik Sänume przebijał się przez czarne i gęste chmury, trzymała mnie w ramionach jak własne dziecko:
Musimy zdążyć. Wciąż tli się w nim życie!
Nikt, nigdy tego nie próbował.
I wtedy ujrzałem świetliste drzewo... Musiałem już nie żyć skoro widziałem takie cudo. Rozległ się śpiew z dziesiątek gardeł, a ja ruszyłem w podróż między galaktykami oślepiającej bieli. Coś się wtedy stało. Poczułem dotyk czegoś... Nie fizyczny, lecz taki który mógłby dotknąć duszy gdybym tylko w nią wierzył...
Mogłem zostać, tu było tak dobrze... Tysiące, setki tysięcy głosów tuliły mnie do snu.
Lecz jeden głos przebił się ponad innymi mimo, że pochodził ze świata który zostawiałem. Jane wyszeptała moje imię...
Wróciłem. Świat nabrał ostrości i barw. Ból i otępienie zniknęły.
leżałem na ziemi, a nade mną pochylali się Jane, Takeshi i Tsahik Sänume. Obróciłem powoli głowę i ujrzałem kilkudziesięciu wyczerpanych już Na'vi. Największy wstrząs poczułem gdy wreszcie zauważyłem moje ciało leżące obok.
- Życie! - oznajmiła wszem i wobec Tsahik, a w odpowiedzi rozległy się okrzyki radości.
- Co oni zrobili? Co się stało? - czułem się zagubiony.
Przestraszony podniosłem się ziemi. Jane śmiejąc się się przez łzy rzuciła się w moje ramiona, a Takeshi wrzeszczał w niebogłosy.
- Udało się Alex! Udało! To niesamowite!
Niebo rozświetlały gwiazdy a światło bijące z drzewa nasycało miejsce prawdziwą mocą. Przytuliłem Jane z całych sił.
- Myślałam już, że cię straciłam. - wtuliła się w moją pierś.
- Powróciłeś do nas w tym ciele. Na zawsze. - odpowiedziała Sänume.
Raz jeszcze spojrzałem na dawnego Alexa Pinbaker'a. Nie żył, a jego przeszłość ostatecznie odeszła wraz z nim.
- Dlaczego? - zapytałem.
- Bo jesteś Tipani.
