Prolog
Nie do końca rozumiałem to co zdarzyło się tamtego dnia. Dobrze, że nie byłem jajogłowym bo nie mógłbym nocami spać. Wiedziałem tylko, że Na'vi ofiarowali mi najwspanialszy dar - Nowe życie, które mogłem przeżyć jak tylko będę chciał.
Tydzień po wydarzeniach w górach Alleluja sprawy zaczęły się uspokajać. Wszyscy którzy wiedzieli coś na ten temat nabierali wody w usta lub zapadali się pod ziemię. Selfridge podobno rwał włosy z głowy.
Wkrótce cały epizod nazwano "Incydentem". Skończyło się na kilku linijkach w bilansie pod rubryką "Straty nadzwyczajne". Wkrótce, tak jak niegdyś o Rayanie Lorenzie, przestało się o tym mówić.
Takeshi tak jak zapowiadał wrócił do Piekielnych Wrót, gdzie z miejsca został schwytany. Zgrał się w czasie poieważ następnego dnia wylatywał ostatni prom.
Ja i Jane byliśmy zgodni, że na jakiś czas powinna wrócić i pomagać w odbudowie tego co zniweczyły działania wojskowych. Ustaliliśmy, że Hukato przez jakiś czas zaopiekuje się Tanhi. Zeznania kilku życzliwych osób pomogły wrócić jej do programu i odrzucić podejrzenia. Teraz ona i Harper pełnili zaszczytne role "kretów".
Zaprzestano poszukiwań Alex'a Pinbakera z chwilą gdy pułkownik Quaritch zobaczył ciało. Zapakowano je w plastikową trumnę i wraz z wieloma innymi, w tym Riker'em, miało wrócić na Ziemię.
Obie strony lizały teraz rany i zapanował względny spokój. Wiele strachu odeszło wraz ze śmiercią podpułkownika.
Na kilka godzin przed wylotem promu Takeshi dał radę się wymknąć. Może ochrona miała nadzieje, że coś go zeżre. W Piekielnych Wrotach wystarczająco było kłopotów.
- No cóż... To by było na tyle.
Staliśmy sami na granicy linii drzew, od strony ośrodka.
- Co teraz zamierzasz? - zapytałem.
- Na pewno nie dam się im zamknąć w pierdlu. Co to, to nie. Został mi ostatni raport do dokończenia. Opublikuje go. Otworze ludziom oczy. - zachichotał cicho - No, no Alex. Spójrz tylko na siebie...
- Będziesz za tym tęsknił? - Zapytałem gdyż trapiło mnie to niezmiernie. jak miał sobie zamiar poradzić?
- Musimy brać to co daje nam życie. Jedna przygoda się kończy, druga rozpoczyna. Moja rola skończona. Może i kiedyś wrócę. Jako ktoś na kogo nie warto zwracać uwagi. - odetchnął głęboko - Będę jednak pamiętał. W końcu byłem jednym z was...
Położyłem dłoń na jego ramieniu.
- Nadal jesteś, bo tylko dusza się liczy. Żegnaj przyjacielu. Bracie.
Potem odszedł tylko raz spoglądając za siebie. Siedziałem tam jeszcze jakiś czas obserwując start Walkirii, a następnie podziwiałem łunę światła która powstała w kosmosie po odpaleniu silników ISV Venture Star 2.
- Takeshi, gdziekolwiek się znajdziesz... Powodzenia w podróży.
Dwa dni później Tsahik Sänume wezwała mnie do siebie. Siedzieliśmy na przeciwko siebie ze skrzyżowanymi nogami. Nos podrażniał zapach tlących się ziół, a lampy koiły swym zwykłym, niebieskim blaskiem. Nic nie mogłem wyczytać z jej dostojnych rysów.
- Uratowałeś nas... Lecz nie możesz zostać. - odezwała się powoli i z namysłem.
Opuściłem wzrok pełen zawodu i paniki.
- Dlaczego?
Sänume sięgnęła za plecy. Po chwili jej dłoń powróciła trzymając małe zawiniątko. Spojrzałem pytająco.
- Weź. - nakazała.
Z szacunkiem wziąłem małe zawiniątko od przywódczyni i za jej przyzwoleniem rozwinąłem je. Moim oczom ukazała się gałązka. Z pozoru zwyczajna lecz gdy patrzyło się dłużej okazywało się, że wciąż żyła. Pulsowała własnym białym światłem. Im dłużej trzymałem ją w dłoni tym bardziej świeciła. Biło od niej ciepło.
- Co to?
- Ten sekret chciał poznać Riker. Pożądał tej wiedzy ponad wszystko. Był taki już wtedy gdy jako chodzący we śnie chciał uczyć nas o broni Ludzi Nieba. Wkrótce ktoś przybędzie na jego miejsce, tak samo zły i szalony.
Drgnąłem gdy nagle światło zmieniło kolor. Teraz gałązka płonęła szkarłatem. Ukryłem ją na powrót zawijając w zdobioną, zwierzęcą skórę.
- Dlatego muszę odejść?
- Wyruszysz dalej w podróż która dopiero się zaczęła, aż do wielkiej wody. Na końcu ścieżki znajdziesz odpowiedzi. Weź to i bardzo smutne ale nie może być inaczej. To twoje brzemię.
Wyraźnie dało się odczuć, że rozmowa dobiegła końca.
Wziąłem zawiniątko i odszedłem. Nikt mnie nie zatrzymał.
Dzień później z samego rana spotkałem się z Jane w miejscu w którym żegnałem się z Takeshim. Wyszła do mnie w ciele avatara. Pocałowała mnie i od razu zapytała o Tanhi. Następnie zasypała pytaniami o większą część klanu.
- Muszę odejść Jane. Tylko na jakiś czas. Mam coś do zrobienia. - wypaliłem.
Uznałem, że nie było łatwego sposobu aby jej to powiedzieć.
- Co? Znowu odchodzisz? Alex przejdę rytuał, pójdę z tobą... - zaczęła błagać.
Przytuliłem ją do siebie.
- Nie Jane. To życie jest równie ważne. Nie chcę abyś robiła to dla mnie. Twoje miejsce jest tutaj.
- A ja nie chcę żebyś znowu odszedł. - zaszlochała. - Proszę...
- Wrócę do ciebie, Jane, przysięgam na wszystko. Będziemy razem.
Odszedłem nie żegnając się. Nie potrafiłbym. Ból zbyt mocno ścisnął gardło.
- No cóż Tsteu. Polecimy w jeszcze jedno miejsce. - powiedziałem na głos do ikrana poprawiając siodło.
Nim skończył się dzień polecieliśmy do Drzewa-Domu Omaticaya.
Wódz powiedział, że to dobry nóż i kiedyś wróci do właściciela.
Położyłem go delikatnie między poskręcane korzenie i pojedyncza Atokirina wylądowała na rękojeści. Usłyszałem za sobą kroki. Odwróciłem się błyskawicznie. Przypomniałem sobie jak Eytukan zabronił mi pod groźbą śmierci kiedykolwiek zbliżać się do tego miejsca.
To była Neytiri. Byliśmy tam tylko ona i ja. Nie krzyknęła, nie wezwała pomocy.
Przesunęła tylko wzrok na ostrze należące niegdyś do siostry, a jej oczy wyraziły zrozumienie i spokój.
Rayan Lorenz, Lai'pei, Sylwanin i wiele innych którzy już nie byli wśród nas... Duchy naszych bliskich wreszcie zaznały spokoju.
Skinąłem głową na pożegnanie i usunąłem się w cień.
Skierowałem Tsteu w stronę zachodzącego słońca.
Tylko wprawny obserwator który dostrzegłby nas niknących za horyzontem mógłby zadać sobie pytanie: Coś dobiegało końca czy po prostu dawało nowy początek? Nie ważne do jakich wniosków by doszedł ale...
Mógłby po prostu życzyć powodzenia w podróży.
KONIEC
