- Muszę iść, skarbie. – Usłyszałam na granicy jawy i snu. Otworzyłam oczy. Zoë była już ubrana. – Zamkniesz?

- Jasne.

Nachyliła się i pocałowała mnie delikatnie. Przelotnie pomyślałam o tym, jak mężczyzna z wytatuowanym kręgosłupem i moją kurtką gwałtownie i namiętnie wbijał się w usta swojej kobiety w barowym zaułku. Szybko odgoniłam od siebie tę myśl.

Zapięłam agrafkę o spodnie i założyłam kostkę lewej nogi na kolano prawej. Zaczęłam pleść bransoletkę z muliny, tym razem czarno-biało-czerwoną. Czekałam na Kyle'a, który właśnie operował, jak poinformowała mnie lekarka dyżurna. Chciałam, żeby zobaczył, czy mój najnowszy tatuaż, smok na prawej łopatce, dobrze się goi.

Różni ludzie chodzili w tę i z powrotem, wiadomo: szpital. Nie odrywałam wzroku od muliny. Kiedy ktoś usiadł obok mnie, nie zwróciłam na niego lub na nią uwagi. Ale kiedy ten ktoś sięgnął i odpiął od moich spodni drugą agrafkę z rozpoczętą bransoletką, podniosłam oczy. Po prawej miałam faceta z zaułka! Moje palce znieruchomiały.

- Nie przeszkadzaj sobie – powiedział z uśmiechem, przypinając agrafkę do swoich bojówek. Wróciłam do plecenia bransoletki. Wiedziałam, że obserwuje moje ruchy. Po chwili sam zaczął pleść i ku mojemu zdumieniu szło mu całkiem nieźle.

- To mało męskie zajęcie – rzuciłam.

- Ale nauczenie się czegoś nowego w rekordowo krótkim czasie jest bardzo męskie – zripostował błyskawicznie.

Przez chwilę pletliśmy w milczeniu. Zastanawiałam się, czy mnie poznał. Teraz znowu mieliśmy na sobie takie same kurtki.

- Co tu robisz? – zapytałam wreszcie.

- Chciałem odwiedzić synka, ale godziny odwiedzin już minęły i pielęgniarka nie chciała mnie wpuścić.

- Synka? – wyrwało mi się, zanim ugryzłam się w język. Dlaczego ten zaułkowy podrywacz nie miałby mieć dziecka?...

Pokiwał głową i po raz pierwszy dokładnie mu się przyjrzałam. Był całkiem przystojny, więc gdybym była hetero, pewnie by mi się podobał. Miał pociągłą twarz o kanciastej szczęce i mocno zarysowanym nosie. Kilkudniowy zarost nadawał jego rysom drapieżności; miał ostrzyżoną głowę, co zdradzało całkiem ładny kształt jego czaszki.

Znowu skupiłam się na bransoletce.

- Cześć, siostruniu. – Usłyszałam wreszcie. Wstałam, uśmiechając się do rozpromienionego Kyle'a. Czyli operacja się udała. – Kim jest twój znajomy?

- Ethan Rosco – przedstawił się „mój znajomy", wstając. Wymienili uścisk dłoni.

- Ethan chciał odwiedzić synka, ale pielęgniarka go wygoniła – powiedziałam. – Pomożesz coś?

- Jasne, chodźcie.

Patrick miał sześć lat i właśnie przechodził świnkę. Chłopczyk spał i pielęgniarka powiedziała, że Ethan może z nim posiedzieć, jeśli go nie obudzi.

- Będę grzeczny – obiecał z rozbrajającym uśmiechem.

Kyle obejrzał moją łopatkę i poinformował mnie, że wszystko ładnie się zagoiło. Zapytał, czy widzimy się w domu. Odparłam, że tak.

Zajrzałam jeszcze na oddział dziecięcy. Ethan leżał obok syna: ubrany na czarno olbrzym obok drobnego chłopca w białawej, szpitalnej piżamie. Mały siedział oparty o poduszki i coś opowiadał, żywiołowo gestykując. Ethan uśmiechał się.

Ciekawe, czy Patrick jest owocem jednej z jego „zaułkowych" schadzek?

Kiedy już w domu robiłam sobie czerwoną herbatę, mama usiadła na skraju kredensu. W mojej rodzinie rzadko siedziało się na krzesłach.

- Jak ci się układa z Zoë?

- Wszystko w najlepszym porządku. Dlaczego pytasz?

- A ten cały Ethan to jakiś twój nowy znajomy?

Uśmiechnęłam się pod nosem.

- Kyle doniósł? – zapytałam.

Wtedy do kuchni wpadła Jo, moja młodsza siostra, która była w wieku Patricka i skutecznie zagadała mamę. Wymknęłam się na górę.

Długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o Ethanie. O tym jego uśmiechu, kiedy posuwał tamtą laskę i wiedział, że patrzę. O tym, którym obdarzył syna. Jakże różne to były uśmiechy. I jeszcze ten, którym zachęcił mnie do dalszego robienia bransoletki.

Zapaliłam lampkę i wygrzebałam z torby niedokończoną bransoletkę. Godzinę później była gotowa. Zgasiłam światło i niemal od razu zasnęłam.