Po szkole byłam na treningu snajperskim i zaliczyłam dziewięć na dziesięć celnych trafień, co pochwalił mój tata. Potem poszłam do szpitala z nadzieją, że będzie tam Ethan. Ale Patrick był sam. Niewiele myśląc przemknęłam się w stronę jego łóżka.
- Hej – przywitałam się. – Jestem...
- Jessica, wiem – przerwał mi. – A ty wiesz, że ja jestem Patrick.
- Racja – przyznałam. – Jak się czujesz?
- Lepiej, dzięki.
Spojrzałam na jego nadgarstek i zobaczyłam gotową bransoletkę Ethana. Przyjrzałam się jej.
- Jak mi ją dasz na chwilę, zrobię wygodniejsze wiązanie.
- No dobra.
Usiadłam obok niego i zaczęłam pleść.
- Komu dałaś tę, którą robiłaś z E.T.? To znaczy, z Ethanem?
- Dam ją mojej dziewczynie.
- Masz dziewczynę? – zapytał zdumiony. – Myślałem, że spotykasz się z E.T.
- Nie, dopiero go poznałam.
- Szkoda – mruknął. – Wydajesz się całkiem spoko.
- To tak jak ty.
Zawiązałam ostatni supełek i oddałam mu bransoletkę.
- Nie jest zbyt babska, nie?
- Nie jest – przyznałam, bo nie była. Czarny i szary są męskimi kolorami.
Posiedziałam z nim jakieś dwie godziny; gadaliśmy o tym i o tamtym. Pomyślałam, że zakumpluję go z Jo. Te dwie gaduły razem byłyby mieszanką wybuchową.
Pod wieczór odwiedziłam Zoë w jej pracowni. Pocałowała mnie na powitanie, a ja zawiązałam jej na nadgarstku bransoletkę. Kolejną już ode mnie.
- Stęskniłam się, skarbie – powiedziała. – Opowiadaj, co słychać.
Coś tam paplałam, przemilczając temat nowego znajomego. Pomyślałam o naszej „randce" w apartamencie na Wybrzeżu, kiedy to patrząc na Ethana rozwalonego na fotelu w spranym t-shircie i z zawadiackim błyskiem w oczach, czułam, że nie miałabym nic przeciwko temu, żeby mnie pocałował. Jakkolwiek miałby to zrobić. Coś było ze mną nie tak...
Następnego dnia Ethan znowu czekał na mnie pod szkołą na motocyklu.
- Szykuje się impreza – powiedział, kiedy do niego podeszłam na przerwie. – Dziś wieczór, przy General Lee Street 18. Będzie paru znajomych. Masz ochotę wpaść?
- Chętnie – przyznałam zgodnie z prawdą.
- Możesz z dziewczyną – dodał, zakładając kask.
Zoë ucieszyła się na wiadomość o imprezie. Zapytała, kto nas zaprosił tym razem; zwykle to ona była zapraszana, a ja robiłam za osobę towarzyszącą.
- Mój kumpel ze snajperki – odparłam wymijająco.
- Znam go?
- Nie, pewnie nie. Jest całkiem... okej. – Na ostatnie słowo niemal się uśmiechnęłam.
Imprezowicze nieźle radzili sobie bez nas, bo gdy przyszłyśmy, zabawa trwała w najlepsze. Ethan przywitał nas wesoło; przedstawiłam mu Zoë. Potrzebował dwóch minut, żeby ją do siebie całkowicie przekonać. Miał specyficzny, nieodparty urok
Dużo tańczyłam, poznałam sporo osób. Zoë jak zwykle była duszą towarzystwa.
- Jak się bawisz? – Usłyszałam.
Stałam akurat oparta o wrak hummera, którego wymontowane fotele stały dookoła ogniska. Obserwowałam Zoë.
Chciałam odpowiedzieć, że okej, ale użyłam słowa „świetnie".
- Nie zatańczysz ze mną, nie? – zapytał, pociągając łyk tequili z butelki.
- Nie raczej nie, z facetami nie umiem tańczyć.
- Tak też myślałem.
- Jakoś przeżyjesz?
- Spróbuję. – Usiadł na przewróconym kole obok. Koszulka na plecach podjechała mu do góry, odsłaniając kawałek tatuażu. Przycupnęłam przy nim i zanim zdałam sobie sprawę z tego, co robię, położyłam dłoń na jego odsłoniętej skórze z rysunkiem kości.
- Bolało?
- Trochę – przyznał, uśmiechając się kątem ust.
- Pokażesz mi?
Odstawił butelkę na ziemię i ściągnął koszulkę „po męsku". Zobaczyłam jego tatuaż w pełnej krasie. Dotknęłam palcami jego karku i przesunęłam je w dół w kolejnych – tatuowanych i prawdziwych – kręgach. Skórę miał ciepłą i wilgotną od potu; pachniał sobą i dymem. Przyłożyłam całą dłoń do jego kręgosłupa, a potem przesunęłam rękę pod jego pachę i niżej, na żebra. Uniosła się razem z jego mocnym oddechem. Poczułam podniecenie.
Nagle wyczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Podniosłam oczy: z drugiej strony ogniska gapiła się na mnie – na nas – Zoë. Cofnęłam rękę z ciała Ethana i wsunęłam obie dłonie pod pachy, jakby nagle zrobiło mi się zimno. Wstałam.
- Jutro rano wyjeżdżam. – Ethan też wstał. – Z misją, na kilka dni. To takie moje living party.
Odchrząknęłam.
- Do zobaczenia więc.
- Dzięki. No to powiem „nara" i się zmywam. Rano trzeba wstać.
Ruszył w stronę reszty ekipy i zaczął żegnać się ze znajomymi. Kobiety obejmowały go i całowały, mężczyźni ściskali dłonie i klepali po plecach. Zoë też go pocałowała w policzek. Wziął kurtkę i już go nie było. Moja dziewczyna podeszła do mnie.
- Nie dałaś mu buziaka na szczęście?
Pokręciłam przecząco głową.
- No to leć za nim, skarbie!
- Nie wierzę w takie rzeczy – bąknęłam.
- Będziesz żałowała.
Cmoknęła mnie z wyższością bardziej obytej w świecie i pociągnęła do tańca.
Żałowałam, Zoë miała rację.
Obudziłam się koło dziesiątej; była sobota. Idąc do łazienki, zajrzała do pokoju rodziców. Mama i Jo leżały w łóżku, szeptając i chichocząc. Wracając, poszłam prosto do nich.
- Mogę się przyłączyć? – zapytałam.
- Chodź! – zawołała moja siostra. Weszłam pod kołdrę.
- Wszystko okej? – spytała mama.
Wtuliłam się w jej ramię.
- Całusy na szczęście działają?
- Oczywiście! – odparła bez zająknięcia mama. – Prawda, Jo?
- Tak! – potwierdziła entuzjastycznie moja siostra.
Zrobiłam smutną minę.
- Nie pocałowałam kogoś na szczęście... Wyjechał z misją.
- Wiesz, są jeszcze całusy na powitanie – powiedziała konspiracyjnym szeptem moja mama. – Też mają swoją moc. Zrodzoną z miłości i tęsknoty.
Wsunęłam się głębiej pod kołdrę razem z głową. Miłość i tęsknota, co?...
Cały dzień nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Słuchałam muzyki, robiłam bransoletki aż zabrakło mi muliny, czytałam „Zbrodnię i karę", a wszystko z myślami przy Ethanie. Jak ja, głupia, żałowałam, że nie dałam mu tego cholernego całusa! Przecież nawet Zoë go pocałowała! Wielkie mi halo! A jak coś mu się stanie, bo... Dosyć! Co z tobą, Jessico Connor! Mózg ci odjęło zupełnie?
