Disclaimer: Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom w stanie pierwotnym.
Niespodzianka
Część trzecia: Zagadka
Było koło dziesiątej, kiedy Cuddy postanowiła zajrzeć na oddział diagnostyczny. Po ósmej zostawiła tam kartę kolejnego pacjenta z dziwnymi objawami, a ponieważ widziała, jak House wchodził do szpitala (widziała jego plecy, więc o braku zarostu nie wiedziała), chciała sprawdzić, jak się rozwijała cała sprawa.
Po drodze spotkała Wilsona z dość zaintrygowanym wyrazem twarzy. Szybko się dowiedziała, że szli w to samo miejsce.
Na miejscu zastali tylko Foremana, który korzystając z negatoskopu* w biurze House'a, oglądał obraz z tomografu ich pacjenta.
- Gdzie House? – spytał Wilson.
- Nie mam pojęcia – odparł Foreman, wyłączając negatoskop. – W ogóle się nie pojawił.
- Niemożliwe – zaprotestowała Cuddy. – Widziałam, jak wchodził do szpitala o dziewiątej.
- Znowu się chowa? – spytał Wilson.
- Po co miałby się chować, skoro ma pacjenta? – zdziwiła się Cuddy. – Dobrze wie, że jeśli ma coś do roboty, to daję mu spokój.
- Spokojnie, znajdzie się prędzej czy później. – Wilson machnął ręką. House zawsze się znajdował. Oczywiście nie tam, gdzie powinien w danej chwili być, ale radar Wilsona albo Cuddy w końcu naprowadzał ich na zbiega.
Wilson wrócił do swojego biura. Był zaintrygowany jeszcze bardziej, niż rano. Dziś rano pojechał po Grega – czasami jeździli razem do pracy, co wielokrotnie było jedynym sposobem na to, by House nie tylko był punktualnie, ale by w ogóle znalazł się w szpitalu. Pocałował jednak klamkę, a niezbędny informator w postaci dozorcy kamienicy uświadomił go, że właściciel mieszkania numer 221B wyszedł dziesięć minut wcześniej, zachowując się dość dziwnie (dla kogokolwiek innego takie zachowanie byłoby normą, ale nie dla House'a). Wilson znał przyjaciela na tyle dobrze, by wiedzieć, że House mógł mieć różne powody do wczesnego wyjścia z mieszkania – z całą pewnością jednak nie była to chęć punktualnego pojawienia się na miejscu pracy. House lubił to, co robił – po prostu nie lubił wcześnie wstawać.
Mijał jednak czas, a kulejący diagnosta nadal się ukrywał. Wilson w końcu postanowił wywabić przyjaciela za pomocą starego i zawsze skutecznego sposobu.
„Gdzie jesteś? Stawiam lunch" – wstukał na klawiaturce swojego telefonu i wybrał numer House'a jako adresata SMSa.
„Jestem zajęty. Jutro mi postawisz" – przyszła odpowiedź kilka minut później.
Wilson zastanowił się. House pojawił się w szpitalu. Cuddy widziała, jak wchodził. Nie było go na oddziale. Był zajęty. Nie chciał jeść.
Ten dzień stawał się dziwny również dla Wilsona.
Foreman pierwszy poznał miejsce ukrywania się szefa i nie wiadomo, dlaczego, ale był tym zaskoczony. Coś go jednak tknęło i zamiast od razu pójść do House'a w celu wyjaśnienia całej sytuacji, postanowił najpierw przyjrzeć się temu, co się właściwie działo. Stanął więc niedaleko recepcji, w punkcie z dobrym widokiem na gabinet numer jeden.
House typowo dla siebie załatwiał pacjentów ekspresowo, ale wolniej niż zwykle. W ciągu pół godziny przez gabinet przewinęło się siedem osób. Wszystkie siedem wyszło z wyrazem satysfakcji na twarzach, chowając małe świstki papieru do kieszeni – najwyraźniej recepty. Pielęgniarka przydzielona do pomocy lekarzowi transportowała karty z dwuminutowym opóźnieniem względem opuszczania gabinetu przez pacjentów, czyli musiała czekać na ich wypełnienie. Foreman nawet dopadł jedną taką kartę – była zapisana we wszystkich koniecznych rubryczkach, czytelnie i dokładnie. House był znany z kompletnego ignorowania papierkowej roboty.
- Co się z nim dzieje? – mruknął. Przez krótki moment nawet zdołał wypatrzeć swojego szefa: widok House'a w fartuchu i bez zarostu był dla niego niezapomniany. Tego było jednak za wiele. Zaczekał na wyjście ósmego pacjenta, skorzystał z luki czasowej, w której House wypełniał kartę.
- Możesz mi powiedzieć, co się dzieje? – spytał stanowczo, patrząc na zajętego diagnostę.
- Wypełniam kartę pacjenta – odparł House, nie przerywając pracy.
- Masz przypadek na górze, nie musisz siedzieć tutaj.
- Jeśli będę wam do czegoś potrzebny, to możecie się zgłosić po konsultację; wiesz już przecież, gdzie jestem. – House wzruszył ramionami, podając pielęgniarce wypełnioną kartę. – Skoro nie zarządzono zmasowanych poszukiwań, najwyraźniej nie potrzebujecie mnie na gwałt.
- House. Przecież nienawidzisz tu siedzieć.
Pielęgniarka wróciła z kolejną kartą i dziewiątym pacjentem.
- Dowiedziałem się, że jutro umrę – odparł House z westchnięciem. – Stwierdziłem, że byłoby fajnie, gdyby choć kilku pacjentów pojawiło się na moim pogrzebie i powiedziało o mnie coś miłego.
Foreman wiedział, że po tekstach tego rodzaju nie ma się co spodziewać poznania prawdy.
Ale znał jedną osobę w tym szpitalu, która miała większe szanse.
Wilson wiadomość o zachowaniu przyjaciela odebrał z pozornie stoickim spokojem, ale zachowanie tych pozorów było dla niego bardzo trudne. Już dawno temu obiecał sobie, że nic go już nie zdziwi, ale z każdym kolejnym wyskokiem House'a zdawał sobie sprawę, że się nie da. Pół biedy, gdyby to było tylko siedzenie w przychodni, ale zmiana wyglądu? Zmiana zachowania?
Postanowił sprawdzić to osobiście. Nawet zaopatrzył się w rekwizyt.
House siedział w swoim gabinecie i osłuchiwał mężczyznę po sześćdziesiątce.
- Słyszałem o panu zupełnie przeciwne opinie – mówił pacjent, najwyraźniej kończąc myśl. – Niektórzy stali pacjenci nieco się pana boją. Mówią, że ma pan humory, nie lubi swojej pracy, zbywa ludzi... Jestem zaskoczony, oczywiście pozytywnie.
House uśmiechnął się krótko, odkładając stetoskop. Chwycił bloczek z receptami.
- Trafił pan na zły dzień. Gdyby przyszedł pan jutro... – przerwał, pomyślał chwilę, patrząc w sufit. – ... Pewnie w ogóle by mnie pan nie zastał – dokończył z uśmiechem. – W jakikolwiek inny dzień moje zachowanie pewnie spełniłoby pana najśmielsze oczekiwania.
- Więc to jednorazowy wybryk? – Mężczyzna uśmiechnął się, patrząc na wypełnianie przez House'a druczka z receptą.
- Obawiam się, że tak. Co do pana, ma pan infekcję. Dam panu receptę na antybiotyki, ale na pańskim miejscu sprawdziłbym sobie jeszcze poziom glukozy – rzekł, podpisując receptę.
- Dlaczego? – zdziwił się pacjent. – Dobrze się czuję.
House spojrzał na niego swoim typowym spojrzeniem pod tytułem „Teraz będzie analiza".
- Uderzył się pan młotkiem w palec i jakoś tego nie poczuł, skoro przyszedł pan z infekcją. Ma pan siniaka na lewym kciuku – wyjaśnił, widząc zdziwione spojrzenie mężczyzny. – Kupił pan nowe buty, ale za małe, więc ma pan ogólnie zaburzenia czucia. Założono panu kartę na ostrym dyżurze po kilku drobnych stłuczkach, co świadczy o pogorszeniu się wzroku i osłabieniu refleksu. Częściej chodzi pan do toalety. Pańskie kształty też nie świadczą o zrównoważonej diecie, więc myślę, że cukrzyca jest dość pewna w pańskim przypadku.
- House – Wilson wsadził głowę przez uchylone drzwi gabinetu. – Zrób sobie przerwę.
- Mam pacjenta – House wskazał z umiarkowanym oburzeniem na siedzącego na leżance mężczyznę.
- Będzie pan miał coś przeciwko temu? – spytał Wilson, otwierając drzwi szerzej i pokazując dwa kubki, w domyśle zawierające kawę.
Mężczyzna był na tyle skołowany, że zaprzeczył ruchem głowy.
- Chodź – rzucił zdecydowanie Wilson. House przewrócił oczami, uniósł się ciężko ze swojego taboretu i ruszył do wyjścia, zostawiając pacjenta z krótkim „Przepraszam".
- Co ty wyprawiasz? – spytał Wilson, kiedy znaleźli się już poza gabinetem.
House zmarszczył brwi, najpierw spojrzał na Wilsona, potem na kawę.
- Dosypałeś mi czegoś? – spytał podejrzliwie.
- A powinienem był?
House przewrócił oczami i wkroczył z powrotem do gabinetu.
- House, ja chcę tylko wiedzieć, dlaczego to robisz! Takie rewolucje źle działają na personel! – nie poddawał się Wilson, który jakby zupełnie zapomniał o fakcie obecności w pomieszczeniu trzeciej osoby.
- Cuddy zawsze goniła mnie do roboty w przychodni, a jak się już za to zabrałem, to przyłazicie i się dziwicie – skrzywił się House, ponownie siadając na swoim taborecie. Kawa wylądowała na blacie szafki.
- Może dlatego, że po raz pierwszy od sześciu lat bez powodu się ogoliłeś, masz na sobie fartuch, pacjenci jak jeden mąż wychodzą od ciebie zadowoleni, a karty są dokładnie i poprawnie wypełnione. Jak mamy się nie dziwić? – Wilson rozłożył ręce.
House zerknął na pacjenta, który usilnie starał się nie słuchać. Westchnął.
- Postanowiłem udawać dziś faceta, jakim wedle ogólnie przyjętych norm powinienem być, ale którym nie jestem i mam nadzieję, że nigdy nie będę. Więc wyprasowana koszula, fartuch, stonowane buty, nudna, stara laska, pełne, odpowiedzialne i dokładne wypełnianie kart i uprzejmy stosunek do pacjentów. Dziś wieczorem mam zamiar to wszystko spłukać w samotności litrami wódki, by jutro pojawić się w pracy na kacu gigancie i być sobą tak bardzo, że znów mnie znienawidzicie.
Znów zerknął na pacjenta, który zachował kamienną twarz.
- Ale dlaczego w przychodni? Nie możesz udawać na górze? – dopytywał Wilson.
- Zrobię sobie dzisiaj trochę nadgodzin, więc jutro się wszystko wyrówna, skoro nie będę specjalnie w stanie robić testów na choroby weneryczne – House wzruszył ramionami.
- Masz kilkuletnie zaległości w przychodni, ciężko zrobić nadgodziny.
House przewrócił oczami. Wilson umiał się czepiać.
- Chcę zaległości utrzymać na mniej-więcej tym samym poziomie.
- Możesz mi powiedzieć, dlaczego robisz to dzisiaj? I dlaczego w ogóle?
House uśmiechnął się nieco dziwnie. Trochę smutno?
- Tak po prostu – mruknął, patrząc w podłogę, unikając jego wzroku.
Wilson stwierdził, że dalsza rozmowa nie ma sensu. Wyszedł, zamknął za sobą drzwi i ruszył w stronę windy, kiedy to do niego dotarło. Aż stanął jak wryty.
Dziś był jedenasty czerwca. Pięćdziesiąte urodziny Grega House'a.
Jasna cholera.
A/N:
*negatoskop - silna lampa do podświetlania zdjęć rentgenowskich przy ich oglądaniu.
Ponieważ pisałam to w czasie, kiedy House w serialu miał 48-49 lat, jak również z racji, iż ma on urodziny w listopadzie/grudniu (któryś z początkowych odcinków s1), a nie czerwcu (jak to było wypisane na jego pacjentowej bransoletce w 2x24), ten fik to malutkie AU. Mam nadzieję, że nikt się z tego powodu nie obrazi.
