Disclaimer: Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom w stanie pierwotnym.
Niespodzianka
Część piąta: Psychiatra
- Dzień dobry, doktorze House. Można się dosiąść?
Poniósł wzrok znad kanapki i artykułu w gazecie medycznej, spojrzał na źródło damskiego głosu.
Źródłem była filigranowa, pociągająca blondynka o uważnym spojrzeniu miłych, jasnych oczu. Zresztą spojrzenie było jednym z narzędzi jej pracy – podobnie zresztą jak jego, ale miał powody, by nie lubić tych oczu w tak bliskim sobie sąsiedztwie.
- Dzień dobry, doktor Milton. Jasne, że można – odrzekł, wskazując krzesło naprzeciwko siebie.
Doktor psychiatrii, Cate Milton, usiadła na wskazanym miejscu i zwyczajnie zaczęła jeść przyniesiony ze sobą lunch. House zdawał się nie zwracać na nią uwagi, czytając artykuł i podgryzając zawartość swojej tacy. Cate zerkała na niego możliwie ukradkiem, wspominając ich pierwsze spotkanie. Była jednym z przypadków ciekawszych w diagnozowaniu (głównie ze względu na swój pobyt na Biegunie Południowym w tym czasie), ale odpowiedź była już nudna. Chociaż wszyscy współpracownicy i przyjaciele House'a twierdzili, że diagnosta był nią zainteresowany ponad wymagania procesu rozpoznania jej choroby, po powrocie zauważyła, że starał się jej unikać. Domyślała się, dlaczego, ale jednocześnie denerwowało ją to. Wielokrotnie próbowała go przekonać, że nie ma się czego bać, ale on nadal przy jednym stoliku w bufecie wytrzymywał z nią najwyżej pół minuty.
Tym razem siedzieli naprzeciwko siebie przez ponad trzy. Cate postanowiła się odezwać.
- Ciekawych rzeczy można się dziś o tobie dowiedzieć. Wiedziałam, że jak już jakieś ploty dotrą na mój daleki koniec szpitala, to musi być coś poważnego.
- To nic poważnego. – Wzruszył ramionami, unikając jej wzroku. – Jak tam twój palec?
- Bardzo dobrze. Tak samo jak rok temu, kiedy wróciłam, i za każdym razem później, kiedy mnie o to pytałeś.
Rzucił jej szybkie spojrzenie. Uśmiechnęła się w duchu. Widziała w tych niebieskich oczach wielką chęć ucieczki.
- Mówiłam ci przecież, że nie będę robiła twojej analizy psychologicznej w czasie obiadu – rzekła, jakby czytając mu w myślach.
- Jasne – mruknął. – Mówiłaś, ale i tak to robisz. Patrzysz na ludzi w codziennych zachowaniach i myślisz, co im może być. Ja też. Obserwuję i szukam chorób. Oboje pracujemy w ten sam sposób, tylko szukamy problemów innego rodzaju. To silniejsze od nas.
- Wierz mi, gdybym cię nie znała, dziś pozazdrościłabym ci normalności. Siedzenie z kimś tak zwyczajnym przy jednym stoliku to spełnienie marzeń o spokoju podczas lunchu. – Westchnęła i wbiła widelec w liść sałaty.
Uśmiechnął się krótko.
- Więc – kontynuowała po przeżuciu i połknięciu zieleniny. – Dziś jesteś miły, odpowiedzialny, wyglądasz na więcej lat, niż masz... – Po ostatnim elemencie odniosła wrażenie, że się wzdrygnął albo skrzywił. Ważna wskazówka. – ... nosisz okulary, choć nie musisz, swój Vicodin bierzesz, jak nikt nie patrzy, udajesz, że nie lubisz frytek, bo zawierają za dużo cholesterolu. Jednym słowem, dziś spełniasz oczekiwania społeczeństwa co do osoby twojego pokroju.
- Nie do końca. – Wzruszył ramionami. – Powinienem być jeszcze żonaty i mieć przynajmniej jedno odchowane dziecko, ale nie chciałem wtajemniczać Cuddy i Wilsona do odgrywania tych ról.
Teraz to ona się uśmiechnęła. Obserwowała go kolejnych kilka minut, podczas których zdołał skończyć jeść kanapkę i pozakreślać ołówkiem kilka zdań w czytanym artykule.
- Nie uciekniesz? – spytała w końcu z zawadiackim błyskiem w oku.
- To byłoby niegrzeczne. – Skrzywił się z nutką ironii w głosie. – Wiesz już, co mi dzisiaj jest? – spytał.
- Obawiam się, że to samo, co każdego innego dnia. – Uśmiechnęła się. – Jak byś to pewnie powiedział: fajnie się ogląda, ale diagnostycznie to nuda*.
Tym razem uśmiechnął się nieco dłużej.
Cate szybko dokończyła swoją sałatkę, by wstać i ustąpić Wilsonowi miejsca przy stoliku.
- Teraz już czytasz artykuły medyczne? – spytał Wilson, siadając naprzeciwko przyjaciela. Uważnie przyglądał się zachowaniu House'a: diagnosta nijak nie okazał zawodu na widok braku w rękach onkologa czegoś do wyjedzenia.
- Cuddy wykorzystuje jeden dzień mojego dobrego serca i przysłała do mnie jakiegoś dzieciaka z prośbą o opinię. Biedak chyba usłyszy ją jednak dopiero jutro...
- Dlaczego?
- Bo bardzo chcę mu powiedzieć szczerze, co o tym myślę. – House przewrócił oczami.
- Więc – zaczął Wilson. – Nadal nie chcesz mi powiedzieć, o co chodzi?
- Mówiłem już przecież.
- Nie do końca. „Tak po prostu" nigdy nie było w twoim wypadku ostateczną odpowiedzią. Dobrze, że odstawiasz to dzisiaj, przynajmniej częściowo znamy okazję. – Na te słowa House spojrzał na niego spode łba. – Pytanie tylko, do czego to ma doprowadzić.
- Mówiłem. Słuchałeś mnie w ogóle? – burknął House z irytacją. – Do picia do lustra. Urżnięcia się w trupa. Cały czas chodzę na haju, tym razem chcę się upić. Czy to musi być od razu wielka filozofia?
- Nie możesz się urżnąć w trupa bez wywoływania przedtem takiego zamieszania?
- Nie byłbym sobą, gdybym nie wywołał zamieszania. – House uśmiechnął się szelmowsko, ale nie było w tym wesołości.
- Nie byłbyś sobą... będąc sobą. Fakt. – Wilson pokiwał głową, ale nie wydawało się, że dla niego ta rozmowa się skończyła. Nadal siedział i patrzył, jak jego przyjaciel przebija się przez zawiłości teorii jakiegoś młodego lekarza, zakreślając co chwilę kolejne zdania.
- Czego jeszcze chcesz? – burknął House po kilku następnych minutach. Zdjął okulary, odłożył gazetę i spojrzał na Wilsona znajomo czujnymi i poirytowanymi oczami. Najwyraźniej nie czuł potrzeby odstawiania przed nim szopki dla ogółu.
- Dobrze wiesz, czego.
- Mam zacząć się powtarzać?
- I tak mnie nie przekonasz, dopóki nie usłyszę czegoś konkretnego i wiarygodnego.
- Od kiedy jesteś taki upierdliwy? – skrzywił się House.
- Uczę się od mistrza.
House wbił spojrzenie w stół. Wilson usiłował nie okazać, że ma ochotę wstrzymać oddech. Wiedział, że wbicie spojrzenia w stół oznacza dwa kroki bliżej prawdy. Tylko dwa, bo pewna droga jeszcze zostanie do pokonania. Ale znał House'a na tyle dobrze, że wiedział, że prędzej czy później dowie się wszystkiego.
Patrzył teraz na zamyślonego przyjaciela i docierało do niego, że to nie może być tylko chęć wywołania zamieszania. Nie tylko przez jego pięćdziesiąte urodziny siedzieli tu teraz i próbowali wybadać się nawzajem. House był bardzo zamknięty w sobie: na zwierzenia do Wilsona szedł tylko wtedy, kiedy był naprawdę zdesperowany albo gdy chodziło o jakąś głupotę. Wszystko pomiędzy, zwłaszcza dotyczące jego przeszłości i prywatnego życia, gdzieś ginęło. Gdzieś się kisiło. Wilson czasem nawet nie miał odwagi próbować wyciągnąć prawdy z przyjaciela. Głównie dlatego, że nic by to nie dało, a tylko by się pokłócili.
- Tak właściwie to nie powinno mnie tu być – rzekł nagle House przyciszonym głosem, nadal unikając spojrzenia przyjaciela.
- Gdzie? W bufecie? – spytał ostrożnie Wilson.
- Nie, w ogóle w szpitalu. Powinienem być gdzie indziej, spełniać oczekiwania społeczeństwa zupełnie innego rodzaju. Robić to, co wypada. Robić dobrą minę do złej gry.
- Dlaczego więc jesteś tutaj? – spytał delikatnie Wilson, czując, że to były nie dwa kroki, a tylko jeden.
- Bo znacznie bardziej wolę robić to, czego dawno temu przestano się po mnie spodziewać – odparł House i wrócił do czytania. Wilson próbował wypatrzeć cokolwiek w jego oczach, ale się nie udało. Jeszcze daleka droga. Stwierdził, że na razie nie ma co próbować. Może jeszcze będzie okazja.
W końcu wstał bez słowa i wyszedł, odprowadzany zamyślonym spojrzeniem przyjaciela.
- Cameron! Co robisz? – spytał podejrzliwie Wilson, widząc lekarkę idącą w stronę bufetu z podejrzanie prezentowo wyglądającą paczuszką.
- Mam prezent dla House'a.
- Tyle lat dla niego pracowałaś i nadal nie wiesz, że to kiepski pomysł?
- Ale dziś...
- Dziś zwłaszcza – przerwał jej onkolog. – Jemu jest potrzebne coś innego.
Nagle uśmiechnął się do siebie.
- I chyba nawet wiem, co.
Złapał Cameron za łokieć i odprowadził z dala od bufetu.
A/N:
* „fajnie się ogląda, ale diagnostycznie to nuda" – „Cool to watch, but diagnostically boring" – jedna z najsłynniejszych IMO house'owych odzywek. ;)
