Disclaimer: Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom w stanie pierwotnym.
Przed Wami dwa lub trzy brzydkie słowa. Niezagwiazdkowane.
Przypominam, pisałam tego fika przed s5.

Niespodzianka

Część siódma: Odpowiedź

- Mogę dołączyć?
House był wymemłany już w godzinę po rozpoczęciu wykonywania planu na wieczór. Oparł się skronią o półotwarte drzwi i patrzył na przybysza mętnym wzrokiem.
- Co tu robisz? – spytał zmęczonym głosem.
- Pilnuję, żebyś nie zrobił sobie krzywdy – odparł Wilson. – Nie chciałbym znowu znaleźć ciebie leżącego na podłodze we własnych wymiocinach.
- Nie przewiduję takiego obrotu sprawy.
- House, chlanie do lustra powinno się zaliczać do stanów zagrożenia życia. Wpuścisz mnie czy nie?

House wycofał się z progu, robiąc przejście dla przyjaciela. Wilson od razu ruszył do kuchni, postawił na blacie stołu papierową torbę z kilkoma butelkami piwa i chińskim jedzeniem na wynos. House mimo zmęczonego wyglądu poruszał się nadal dość stabilnie (co pocieszyło Wilsona), więc wkrótce do niego dołączył, rozkładając piwo w lodówce (poza jedną butelką, którą od razu przejął przybysz). Jedzenie zostawił w okolicach mikrofalówki. Nie chciał przesadzać z pożywieniem, biorąc pod uwagę fakt, że przy planowanym stanie końcowym i tak nie zdołałby przetrawić za dużo.

Wilson ruszył do salonu, zaś House pozostał w kuchni, gdzie nalał sobie do szklanki kolejną porcję bourbona.
Onkolog rozsiadł się na kanapie z piwem w ręku i sięgnął po pilota do telewizora, kiedy jego spojrzenie przykuł list na stole.
Właściwie nie powinno go to obchodzić, ale w kartce i kopercie było coś dziwnego. Wilson parę razy widział stosunek House'a dla poczty, zarówno tej, która przychodziła do mieszkania, jak i służbowej: spora część listów lądowała w koszu jeszcze przed otwarciem, natomiast przeczytana szybko znajdowała swoje miejsce docelowe – jakiś stolik czy przegródka. Nigdy nie leżała podejrzanie długo w miejscu tak ogólnodostępnym.

Wilson czuł na sobie spojrzenie przyjaciela, ale i tak sięgnął po list. Zdążył przeczytać pierwsze dwa zdania, kiedy kartka została bardzo brutalnie i bez słowa wyrwana mu z dłoni. House wrócił do kuchni, gdzie włączył palnik na kuchence, podpalił list i pozwolił mu zamienić się w kupkę popiołu na dnie zlewu.
Wilson obserwował przyjaciela przez cały czas trwania tego przedstawienia. Wiedział, że ten list miał duże znaczenie nie tylko dla przebiegu dzisiejszego dnia, ale ogólnie dla House'a. Że niósł ze sobą bardzo poważną wiadomość, głębszą niż to, co było bezpośrednio w nim napisane.

Onkolog wstał i stanął przed Housem, który swobodnie stał teraz oparty o ścianę w przejściu między kuchnią a salonem, ze szklaneczką bourbona w dłoni. Wyglądał, jakby rytualne palenie listu w ogóle nie miało miejsca.
- Nic o tym nie mówiłeś – rzekł Wilson.
- Nie widziałem powodu, dla którego miałbym o tym komukolwiek mówić. - House wzruszył ramionami.
- Ach, tak? Cuddy mówiła, że od dwóch dni chodziłeś jak nakręcony.
- A nie przyznała się, szelma.
- Ma to coś wspólnego z dzisiejszą przemianą? – Wilson zignorował ironiczny komentarz.
- Nie wiem. – House ponownie wzruszył ramionami, pociągając solidny łyk bourbona.

Wilson wiedział jednak, że ma. Wiedział też, że musi wyciągnąć prawdę z House'a, jeśli jego plan na dzisiejszy wieczór miał mieć w ogóle szanse powodzenia. Musiał oczyścić atmosferę. Wszystko wyjaśnić.
Poznać prawdę. W końcu.
- Dlaczego nie pojechałeś? – spytał, patrząc poważnie na przyjaciela, który przewrócił oczami.
- Bo nie czułem takiej potrzeby. Bo nie chciałem. Bo gdybym pojechał, w drodze powrotnej zatrzymałbym się w jakiejś zapadłej dziurze i podciął sobie żyły. Bo stawienie się tam mogłoby świadczyć o jakimś szacunku lub przywiązaniu, a nie miałem zamiaru mu tego okazać.
- Dlaczego? To był twój ojciec.

- Bo go nienawidziłem! – huknął w końcu House z wściekłością wypisaną na twarzy. – Całe życie nienawidziłem skurwiela. Żeby żyć po swojemu, praktycznie zwiałem z domu po liceum. Z Ohio przeniosłem się do Baltimore*, żeby stracić go z oczu, nie myśleć codziennie o nienawiści do niego i udowodnić mu, że nie jestem skazany na porażkę, jak to stwierdził, kiedy powiedziałem mu, że wbrew niemu, zamiast do akademii wojskowej, idę do medycznej. A ja dopiero dziś, w dniu jego pogrzebu poczułem, że od teraz muszę coś udowadniać tylko i wyłącznie sobie.

Dla Wilsona było to coś zupełnie nowego. Oczywiście kiedyś zauważył, że House starał się unikać swoich rodziców, ale nie wiedział, dlaczego. Tłumaczył to sobie faktem, że mogli źle przyjąć wiadomość o okaleczeniu syna, ale nie widział w tym nic głębszego. Nic, co by sięgało tak daleko w przeszłość.
Miał ochotę zadać sto tysięcy pytań. Ale wiedział, że nie powinien. House'a na pewno dużo kosztowało takie wyznanie, wyglądał, jakby chciał z siebie zrzucić jeszcze jakąś część ciężaru. Wilson postanowił, że nie będzie mu w tym ani przeszkadzał, ani pomagał.

Patrzył tylko na niego z wielkim pytaniem w tych ciepłych, brązowych oczach: czy to dlatego jesteś taki, jaki jesteś?
House patrzył w jego oczy i widział to pytanie.
Uspokoił się nieco, po chwili mówił dalej:
- Po żołniersku wpoił we mnie te swoje cholerne zasady, z którymi nawet nie umiem walczyć. Może dlatego jestem sam, może dlatego nie chcę się wiązać na dłużej, zakładać rodziny, bo boję się, że dla swoich bliskich będę taki, jaki on był dla mnie i mojej matki.

- Powiedziałeś o tym komukolwiek wcześniej? – spytał w końcu Wilson.
House zastanowił się.
- Chyba jednej osobie – rzekł.
- Komu?
- Zgwałconej dziewczynie, z której miałem wyciągnąć opowieść o tym, co się z nią stało. Pamiętasz? To było tuż po zakończeniu sprawy z Tritterem. To było terapeutycznie zwierzanie się, ale terapię przechodziła ona, nie ja. Było mi dziwnie z tym, że przelałem coś takiego na kogoś innego, bez względu na cel.

Znów przerwał, wbił spojrzenie w podłogę.
- Dostałem ten list trzy dni temu. Nie miałem pojęcia, co mam zrobić. Pojechałbym ze względu na mamę, która nie powinna być sama. Z drugiej strony stałbym nad trumną ojca, a ludzie widzieliby we mnie smutek i żal. Smutek i żal czuję, owszem. Za zmarnowane pięćdziesiąt lat życia w pieprzonej samotności.
I to tyle. Wilson wiedział, że więcej się nie dowie.

Podszedł nieco bliżej. Spojrzał mu w oczy i rzekł bardzo cicho, bardzo spokojnie:
- Wiesz, że możesz na mnie i Cuddy liczyć tak samo, jak my możemy liczyć na ciebie. A jednak z tak ważnymi sprawami zostajesz sam, z własnego wyboru.
- Błagam. Możemy już o tym nie mówić?
Wilsona zdziwił ton głosu przyjaciela. Nie było w nim spodziewanej po kłótni irytacji. Nie było ironii przy zwykłej ucieczce od tematu. To była prawdziwa, szczera, w dodatku pełna bólu i bezsilności prośba.

- Możemy. – Wilson skinął głową.


A/N:
* Baltimore – miasto-siedziba Uniwersytetu Johna Hopkinsa.