Disclaimer: Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom w stanie pierwotnym.

Niespodzianka

Część ósma: Zaskoczenie

House wiedział, że Wilson wie o jego urodzinach. Onkolog jednak przez cały wieczór ani słowem się o tym nie zająknął. Atmosfera po trudnej rozmowie szybko się poprawiła i przyjaciele przeszli do ulubionych rozrywek podczas męskich wieczorów, które chętnie praktykowali od czasu do czasu – picia piwa, pochłaniania chińskiego żarcia, śmiania się z zastanej w telewizji pseudorzeczywistości.

House o jednym nie miał pojęcia – Wilson miał inne plany poza typowo męskim wieczorem. Cały dzień kombinował, jak to przeprowadzić. O dziwo namówienie do udziału pozostałych potencjalnie zainteresowanych osób nie było takie trudne, jak się spodziewał, pojawiały się tylko obawy o reakcję solenizanta. Wilson obiecywał, że się tym zajmie, ale kiedy już przyszło co do czego, nie był już taki pewny siebie. Miał na celu doprowadzenie przyjaciela do stanu, w którym zauważałby pewne elementy ze znacznym opóźnieniem, problem polegał na tym, żeby stan ten nie był jednocześnie zbyt pijacki.

- Twoja dziewczyna wie, że tu jesteś? – spytał House, idąc do kuchni po kolejne piwo.
- Jak najbardziej – odparł swobodnie Wilson, rozsiadając się wygodniej na kanapie.
- I nie ma nic przeciwko temu?
- Została postawiona przed faktem dokonanym. Wie, gdzie jestem i co będę robił, a ponieważ dziś nocuję u ciebie, nie będzie miała do ciebie pretensji, że znowu wróciłem pijany.
House wracał właśnie z piwem, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Rzucił przyjacielowi butelkę i ruszył do wejścia.

- Nie wiesz, czy Cuddy znalazła sobie nowego faceta? – spytał po drodze.
- Czemu pytasz? – zdziwił się Wilson.
- Muszę coś wykombinować, bo moje tajemnicze pojawienia się w miejscu waszych schadzek nie są już zabawne, od kiedy twoja dziewczyna przestała się na nie wkurzać. – Uniósł zawadiacko brwi, otworzył drzwi i dopiero po chwili spojrzał na przybysza.

W drzwiach stała Lisa Cuddy, ubrana w zwiewną, długą spódnicę i dopasowaną do ciała, zapinaną na guziki, kwiecistą bluzkę z krótkimi rękawami. Na twarzy makijaż nieco inny od tego, jaki nosiła w pracy, podkreślał kolor jej oczu. Włosy opadały jej luźno na ramiona, zupełnie nie ograniczane.
Patrzyli na siebie – on na nią zaskoczony, ona na niego... dziwnie. O ile jego zaskoczenie było jeszcze zrozumiałe, o tyle House poczuł się nieco nieswojo przez jej wpatrywanie się w szarzejącą powoli twarz mężczyzny wyższego od niej o prawie trzydzieści centymetrów.

- Można? – spytała w końcu.
- Co tu robisz? – odparł, kiedy w końcu ochłonął.
- Wilson mnie zaprosił. – Wzruszyła ramionami.
- Ach, tak? Wilson?
Wpatrywał się w nią jednym z tych spojrzeń, których mimo dziesięciu lat wspólnej pracy nadal nie potrafiła rozgryźć do końca. Nie było wrogie. Ani specjalnie przyjazne. Było badawcze, jakby próbował się domyśleć, po co przyszła i co jej pojawienie się miało oznaczać.

- Jeśli chcesz, mogę sobie pójść – rzekła w końcu cicho, sama teraz onieśmielona siłą tego spojrzenia.
- Nie – rzekł po kolejnych kilku sekundach. – Nie chcę. Napijesz się? Powinienem mieć jakieś czerwone wino. – Otworzył szerzej drzwi i wpuścił ją do środka.
Skąd wiedział, co ona lubi pić?
Skinęła głową i weszła.
House zamknął za nią drzwi i nagle poczuł, że stracił ochotę na alkohol.


Wilson teraz musiał działać ostrożnie. Pierwsze dwa punkty planu poszły całkiem łatwo, ale zostało ich jeszcze sześć. Było to jak wprowadzanie trudnej strategii na polu bitwy, nawet nie wiedział, że będzie się to łączyło z takim stresem.
Całe szczęście, dwa kolejne „punkty" trafiły ze swoim przybyciem z wielką pizzą w momencie, kiedy House i Cuddy dyskutowali zacięcie o jakiejś książce, którą ostatnio oboje przeczytali. Kiedy diagnosta wywęszył pizzę pepperoni na stole w salonie, jakoś nie skojarzył jej pojawienia się z przemykającą do łazienki Cameron i Chasem myszkującym w lodówce w poszukiwaniu piwa.

Szybko kurczące się zapasy słabego alkoholu uzupełniła Trzynastka, którą do House'a przywiózł Foreman.
A Wilson patrzył na te zapasy i zastanawiał się, kiedy House się w końcu zorientuje, co się dzieje w jego mieszkaniu.


House stanął przy szafce kuchennej z kubkiem kawy w ręku. W salonie ktoś się radośnie roześmiał. Spojrzał w tamtą stronę i nagle do niego dotarło: w jego zazwyczaj cichym salonie, ostoi spokoju, miejscu relaksu siedziało osiem osób. Nigdy dotąd nie zebrał tylu ludzi w jednym miejscu.
Gdyby nie był pijany, może wpadłby nagle do salonu i wszystkich obecnych z niego wyrzucił. Ale wtedy pomyślał o tym, jakiego dnia się spodziewał. Miał się urżnąć w trupa w samotności i jęczeć o tym, jakie parszywe było jego życie. A tymczasem... W jego salonie siedziało OSIEM przyjaznych mu osób.

Widział Trzynastkę i Cameron dyskutujące o czymś przyjaźnie. Widział Tauba, przeglądającego jego winyle. Kutnera nie było w polu widzenia, ostatnio widział go wgapiającego się w gitary na ścianie, pewnie robił to nadal. Cuddy wcinała dietetyczne paluszki, piękna jak zwykle, śmiejąca się, dyskutująca luźno z Chasem i Foremanem.

Widział też Wilsona. Tego czterdziestoletniego onkologa, z którym znał się od piętnastu bitych lat, przyjaźnił od ośmiu. Byli jak stare małżeństwo – niejeden kryzys przeżyli, niejeden raz myśleli, że przesadzili i że nic się już nie da uratować. Z drugiej strony niejeden raz jeden szedł do drugiego, jęczał mu o swoich problemach, nawet bez potrzeby powiedzenia słowa „proszę", bo wiedział, że przyjaciel pomoże mu tak czy siak. To była dziwna przyjaźń. House był toksyczny, wsysał się w towarzysza jak pijawka i nie chciał popuścić, a Wilson, zrównoważony i ciepły, nadal się nie poddawał, nadal tkwił przy nim i nadal wyciągał go z opresji.

I z całą pewnością to dzięki Wilsonowi ten dzień był taki, a nie inny. Wilson znał go najlepiej, dlatego to on najpierw sam tu przyszedł i zaczął upijać solenizanta, by potem powolutku wprowadzać do mieszkania kolejne osoby, które przynosiły ze sobą tylko i wyłącznie jedzenie i alkohol – żadnych prezentów, żadnych życzeń, bo onkolog wiedział, że te dwa elementy były idealną receptą na wkurzenie przyjaciela.
House nigdy by tego nie przyznał, ale ten dzień wyszedł zupełnie inaczej, niż się spodziewał. Te osiem osób pokazało mu, że nie pozwoli mu urżnąć się w trupa w samotności tylko dlatego, że był taki, jaki był.

Przypomniały mu się słowa sędzi, która prowadziła jego sprawę przy aferze z Tritterem: „Ma pan lepszych przyjaciół, niż pan zasługuje". Czym sobie na nich zasłużył? Dlaczego Cuddy wtedy dokonała krzywoprzysięstwa i uratowała go od dziesięciu lat więzienia? Dlaczego Wilson tak łatwo mu wybaczył wszystkie krzywdy, jakie mu wtedy i również później wyrządził? Dlaczego szóstka jego byłych i obecnych asystentów była tu razem z nimi, choć codziennie, regularnie im się obrywało?

Wilson wszedł do kuchni z piwem w ręku. Spojrzał na twarz przyjaciela i uśmiechnął się.
- Nie bądź z siebie taki zadowolony – burknął House. – Za parę lat tobie też stuknie pięćdziesiątka.
- Jakoś mnie to nie martwi. – Wilson uśmiechnął się.
- Dopiero teraz ich zauważyłem. –Machnął kubkiem w stronę tłumu w salonie.
- I co powiesz na ten temat?
- Nic. – House wzruszył ramionami.

Wilson uśmiechnął się szerzej. Wiedział, co to oznacza. Podszedł bliżej do przyjaciela i swoim piwem przybił toast do kubka House'a.
- Wszystkiego dobrego z okazji czterdziestych dziesiątych urodzin, House.
House uśmiechnął się tylko i wbił spojrzenie w podłogę.


A/N:
Będzie jeszcze epilog. Stay tuned ;)