.2. Pierwsza oznaka niebezpiecznych związków
- Czysta magia, nie?
- Co?
- Ci chłopacy? Winchesterowie? Dean? Raaany, cukiereczek z niego, co? – Donna odetchnęła głęboko, przewracając oczyma. Przez chwilę wydawało się, że Doktor jest nieco zmartwiony.
- Donno... oni są łapaczami duchów.
- Więc?
- Oni polują na duchy!
- Więc?
Doktor westchnął z rozdrażnieniem.
- Nie ma czegoś takiego jak duchy. Duchy nie istnieją. Wierz mi, przez ponad dziewięćset lat nie natknąłem się na ducha.
- I to niby ma być dowód? – Donna wzruszyła ramionami. – Założę się, że jest mnóstwo innych rzeczy, na które też się nie natknąłeś.
- Niezbyt wiele. – Głos Doktora był ledwie słyszalny.
- A nie pomyślałeś, że być może ich nie widzisz, ponieważ w nie nie wierzysz?
- To... To nie... To nie ma nic wspólnego z moją wiarą, Donno. Duchy nie są prawdziwe. I tyle.
- Nie wierzysz w życie pozagrobowe?
- Wierzę... wierzę, że... sam nie wiem... myślę, że życie pozagrobowe może istnieć... w takiej, czy innej postaci. Ale nie wierzę w złe duchy nawiedzające żywych. Przykro mi, ale nie wierzę. Zresztą, po co miałyby to robić? Gdyby istniały?
- Taaa... – Donna z zaciekawieniem przekrzywiła głowę. – Ty pewnie uważasz, że jesteśmy tylko zbiorami atomów. Gwiezdnym pyłem.
Doktor spuścił wzrok na własne stopy.
- Tak, coś w tym rodzaju. Tak.
Donna przygryzła wargę.
- No beczka z ciebie śmiechu jest – oznajmiła ostatecznie. – Ja tam nadal uważam, że byli świetni. Widziałeś, jakie miał piegi?
Doktor skrzywił się, jak dziabnięty nożem. Kiedy Donna odwróciła się do konsoli TARDIS, wyszeptał cichutko:
- Ja też mam piegi.
Ciąg dalszy nastąpi...
