.3. Tak się ładnie dogadujecie.
Dean wcisnął się za blat stolika i z głębokiem westchnieniem sięgnął po mneu. Sam zerknął na niego nieuważnie sponad otwartego laptopa.
- Co jest jadalne? – spytał Dean
- Nie wiem. Kawa jest przyzwoita.
- Acha, no to bierzemy danie dnia. – Dean obrócił się na siedzeniu i sprawdził menu wypisane na tablicy ponad barem. – „Parówkowa niespodzianka"? Nie dzięki, żadnych niespodzianek na śniadanie. Co to jest „Kot w worku"?
Sam drgnął, natychmiast wyrywając się z zamyślenia.
- Żartujesz sobie, nie?
- Pewnie. – Dean roześmiał się i sięgnął przez stolik, wymierzając bratu przyjacielski cios w ramię. – No to, co znalazłeś?
Sam westchnął i obrócił laptop. Na ekranie widniały liczne otwarte okna, wszystkie ukazujące dogłębnie nieprzyjemne scenki, między innymi zdjęcie straszliwego pożaru, obraz przedstawiający kometę ponad niewielką wioską, rysunek szkieletu dzierżącego kosę, oraz fotografia zakrwawionego i poranionego ciała.
- Nie ma na ten temat zbyt dużo folkloru – powiedział Sam. – Jak dotąd zginęły dwie osoby. Trzecia przeżyła upadek, ale nadal jest w stanie śpiączki.
- Upadek?
- Twierdzi się, że facet wypadł z samolotu, podobnie jak pozostali. Cała trójka wylądowała w tej okolicy. – Sam kliknął na jedno z okien, powiększając mapę. – Ale tutaj nie ma niczego szczególnego. Tylko las, pola i mała rzeczka.
- A co to? – Dean nachylił się, próbując odcyfrować ledwie czytelne napisy na mapie. – Siarkowe co?
- Gorące źródła siarczane – powiedział Sam. Rozejrzał się i wzruszył ramionami. – Słuchaj, powinniśmy się stąd zbierać. Bobby ma wieści o...
- Nagle strasznie się napaliłeś na tę apokalipsę – burknął Dean.
- O co ci chodzi?
- O nic. O nic. Tylko... ostatnio jesteś bardzo skory do bitki. Zupełnie jakbyś nie mógł się doczekać chwili, kiedy znów będziesz musiał użyć tych swoich mocy. Czego nie powinieneś robić. Nigdy.
- Nie jestem skory do bitki. Ja tylko... Nie potrafię siedzieć w jakimś Nuda Creek w Kolorado, kiedy Lilith...
- Niech mnie diabli! – wykrzyknął nagle Dean. – To oni!
- Co...?
- To oni; ten cały Doktor i ta jego brytyjska laska!
- Gdzie?
Sam powiódł wzrokiem za spojrzeniem brata i wyjrzał przez zakurzone okno baru. Chudzielec w garniturze galopował przez ulicę, trzymając w wyciągniętej ręce jakieś dziwacznie wyglądające urządzenie. Wyglądało to tak, jakby urządzenie ciągnęło go za sobą. Mężczyzna miał na twarzy wyraz komicznej koncentracji – jedna brew zmarszczona, jedna wysoko na czole, oczy szeroko otwarte i dzikie, włosy w totalnym nieładzie. Ruda podążała za swoim towarzyszem ze znacznie większym wdziękiem i godnością. Jednak jej białe rybaczki straciły nieco z wcześniejszej nieskalanej świeżości; wielka plama z trawy zdobiła jej tyłek, druga widniała na prawym kolanie.
- No chodź...! – Dean był już przy drzwiach baru. – Sam!
- Co? Gdzie? Po co? – Sam zerknął na swój laptop. – I co ja mam zrobić z...?
Deana już nie było.
- Świetnie!
Dogonił go o dwie przecznice dalej. Z nosem przyciśniętym do niemalże nieprzejrzystej witryny, Dean zaglądał do wnętrza opuszczonego kina.
- Co oni tam robią? – zapytał Sam.
- To jakiś wykrywacz – odparł Dean, nadal z nosem rozpłaszczonym na szybie. – To jego urządzenie. Wygląda, jakby czegoś szukał.
- Acha, szuka kosmitów. – Sam poprawił ułożenie ciężkiego laptopa trzymanego pod pachą. – Dean...
- Cholera!
- Co?
- Tam jest zjawa!
- Co, tam?
- Masz swojego gnata?
- Nie. Strzelba też jest w bagażniku. Mam nóż.
- Kurwa, Sammy!
- No co?! Wyszedłem tylko na śniadanie, nie na wojnę!
Z holu kina dobiegł ich straszny, jękliwy kaszel. To, jak również wrzask rudej, poderwało obu Winchesterów i pchnęło ich w kierunku drzwi kina. Dean zdążył wyciągnąć rękę do klamki, gdy ciężkie skrzydła rozwarły się z impetem. Kobieta zderzyła się z nim w pędzie, złapała go kurczowo i nie puściła nawet wtedy, gdy oboje wylądowali na chodniku.
- Jeeeezu! – wyszeptał Dean, czując, że wycisnęła mu z płuc całe powietrze. – Uważaj, gdzie leziesz, co?!
- Tam... tam coś jest! – krzyknęła Donna. – Dorwało Doktora!
Złapała Deana za ramiona i potrząsnęła nim gwałtownie.
- Chwyciło go i gdzieś powlokło!
- Złaź ze mnie!
- Co?
- Złaź, kurwa, ze mnie!
- O!
Wyraźnie zniesmaczona, Donna pozbierała się z ziemi, przy okazji wbijając Deanowi kolano w dość wrażliwy element męskiej anatomii. Otrzepała z kurzu spodnie i bluzkę.
- Nie ma, kurna, powodu kląć – oznajmiła.
- Jak nie ma, jak jest! Ty jesteś niebezpieczna, kobieto! – Dean wstał z chodnika, nadal zgięty w pół, z łokciami wbitymi w boki. – Widziałaś to?
- Widziałaś tego ducha? – dodał Sam, po to tylko, by wziąć jakiś udział w rozmowie.
- Coś widziałam – odparła Donna ostrożnie. – Nie jestem pewna, czy to był duch. A zresztą, cokolwiek to jest, ma Doktora.
- Nie, nie ma. – Doktor wyszedł z kina, mrużąc oczy w jaskrawym świetle. – Spróbowałam zbadać go sonikiem i zniknął.
- Skąd w ogóle wiedziałeś, że tutaj będzie? – zapytał Sam. – Przez całe rano próbowałem ustalić jego położenie...
- Noooo, zebrałem po prostu dane na temat anomalii występujących na tym obszarze, a potem jakby... triangulowałem je... dość trudno to wyjaśnić... A potem przyjechaliśmy do tego miasteczka, a potem użyłem analizera, żeby określić elektromagnetyczną częstotliwość i biologiczne cechy tego stworzenia. I to doprowadziło mnie tutaj.
- Biologiczne? – wtrącił Dean. – To jest pierdolona zjawa!
- Taa, cóż, nieprawda – powiedział Doktor. – Chociaż muszę przyznać, że to wszystko jest dość ciekawe. Sposób, w jaki zniknęło... Nie wykryłem pozostałości transferu energetycznego, nie wykryłem nawet energetycznej sygnatury. Zupełnie jakby rozpłynęło się w powietrzu.
- Zjawom to się zdarza – parsknął Dean.
- Sprawdzę to – oznajmił Sam. Zawahał się na chwilę, spojrzał na brata, stojącego obok z grymasem bólu wyraźnie wypisanego na pobladłej twarzy, po czym wręczył laptop Donnie. – Możesz to przytrzymać?
Wszedł do poczekalni kina, wytężając wzrok w półmroku wnętrza. Włączył czytnik EMF i wsłuchał się w gwałtowne trele urządzenia. Czerwone światełka zamigotały na monitorze czytnika.
- Tak, mamy odczyt! – zawołał w stronę drzwi wejściowych.
- Zaraz za rogiem jest stacja przekaźnikowa – odezwał się Doktor zza jego pleców. – Czy to nie zakłóca odczytów?
- Ta, zakłóca. – Sam westchnął i wyłączył czytnik. – Cholera!
- Wygląda na to, że bardzo chcecie złapać tego... ducha – zauważył Doktor.
- Zginęły już dwie osoby, więc, tak, chciałbym złapać tego skurczysyna tak szybko, jak to tylko możliwe.
- Chwila, mówisz, że ci ludzie zginęli? Myślisz, że to stworzenie ich zabiło? Jak?
Sam wzruszył ramionami.
- No cóż... tak jaby... rozsmarowało ich na papkę. Według wersji oficjalnej wypadli z przelatujących samolotów. Więc kiedy ostatecznie znaleźli się na ziemi... Możesz to sobie wyobrazić...
- Wolałbym nie. – Doktor wykrzywił wargi. – I myślisz, że ten twój... duch jest odpowiedzialny za ich śmierć?
- Tak.
- Słuchaj, przez całe moje życie, a mówimy tu o niemal tysiącu lat, nie natknąłem się na ducha – powiedział Doktor. – Z drugiej strony, w życiu nie widziałem takich odczytów. Wygląda to niemal tak, jakby to stworzenie było kompletnie niedostrojone do waszej rzeczywistości; jakby znajdowało się w stanie stałej wymiarowej asynchronii. A mimo to może oddziaływać na wasz świat. Widziałeś te małe wiry powietrzne na ulicy?
- Niemal tysiącu lat? – Sam zmarszczył brwi.
- No, tak. Dokładnie mówiąc, o dziewięciuset pięciu latach. Więc, widziałeś je?
- Masz dziewięćset pięć lat?
- Tak, mam. Te wiry...
- Jesteś człowiekiem?
- Nie, nie jestem! – W głosie Doktora pojawiło się zniecierpliwienie. – Ludzie nie żyją tak długo. Możemy się skupić?
- Czym ty jesteś?
- Jestem Władcą Czasu. – Brak zrozumienia na twarzy Sama jasno uzmysłowił Doktorowi, że potrzeba będzie bardziej szczegółowych wyjaśnień. – Pochodzę z planety o nazwie Gallifrey. Podróżuję w czasie i przestrzeni. Poza tym jestem geniuszem. To co, możemy się wreszcie skupić?
- Wystarczy. – Sam obrócił się na pięcie i pomaszerował w stronę drzwi.
- Hej, zaczekaj! – Doktor popędził za nim. – Słuchaj, naprawdę nie mam na to czasu. Potrzebuję informacji, a wy możecie coś wiedzieć. Nie obchodzi mnie, że jesteście kompletnymi świrusami, z tą waszą wiarą w duchy i demony, moglibyśmy...
Sam zatrzymał się gwałtownie i zwrócił w stronę Doktora. Wyglądał na wściekłego. Doktor zauważył nagle, jak wysoki był ów młody mężczyzna.
- Tak, wierzę w demony! – wyrzucił Sam. – I mam swoje powody. Jeden z nich zabił moją mamę, mojego tatę i moją dziewczynę. Inny porwał mojego brata do piekła i torturował go tam przez czterdzieści piekielnych lat! A jeszcze inny próbuje złamać pieczęci więżące Lucyfera! Więc, tak, wierzę w demony! Cholera, pewnego pięknego dnia mogę do nich dołączyć! Mówisz, że nie jesteś człowiekiem? Ja też nie! W każdym razie nie do końca! Wystarczy ci taki dowód?!
Doktor przekrzywił głowę. Po chwili sięgnął do wewnętrznej kieszeni garnituru, wyjął z niej niewielkie urządzenie, włączył je i wycelował w stronę Sama. Urządzenie zaśpiewało cicho i zalśniło niebieskim blaskiem.
- Co to ma być? – spytał gniewnie Sam.
- Mój soniczny śrubokręt – odparł Doktor nieuważnie, nadal sondując powietrze w pobliżu klatki piersiowej i głowy chłopaka.
- Soniczny śrubokręt???
- No tak. Bardzo użyteczny.
- Masz kompletnego świra!
- A ty masz absolutną rację. – Z poważnym wyrazem twarzy Doktor spojrzał Samowi prosto w oczy. – W twoim DNA istnieją ślady genetycznej manipulacji. Och, są nieznaczne, niemal niezauważalne, ale prawdziwe. Nie jesteś do końca istotą ludzką, Samie Winchester.
Ramiona Sama opadły gwałtownie.
- To krew demona – wyszeptał. – Boże, jak ja tego nienawidzę!
- No wieeesz, te zmiany wspomagają twój organizm, wzmacniają twój układ odpornościowy, dodają ci inteligencji i z całą pewnością są odpowiedzialne za twój wzrost. Nie widzę powodu do narzekań.
- Pomyśl o przejściu na ciemną stronę mocy. O dołączeniu do tych złych. O staniu się jednym z nich.
- Wszystkich nas kusi ciemna strona mocy – powiedział cicho Doktor. – Nie musisz mieć kropli obcego DNA we krwi żeby stać się podatnym na podszepty zła. Definiują nas wybory, jakich dokonujemy.
- Łatwo ci mówić, Doktorze – westchnął Sam. – Nie masz na głowie końca świata.
- Szczerze? Miałem już na głowie kilka końców świata. – Doktor wyłączył swój soniczny śrubokręt. – Zapobiegłem wszystkim. Nie zamierzam się przechwalać, ale tym właśnie się zajmuję. Podróżuję i pomagam gdzie zdołam. Wspominałem już, że jestem dość sprytny?
- Parę razy, tak.
- Cóż, nic już tutaj nie znajdziemy. Wracajmy do naszych towarzyszy.
- A potem, co?
- Podzielimy się danymi? – Doktor wyszczerzył zęby. – Połączymy środki?
- To może... nie być takie łatwe, Doktorze. Pewnie zauważyłeś, że mój brat... jest czasem... jakby nieprzystosowany społecznie – powiedział Sam.
- Podobnie jak Donna – zaśmiał się Doktor. – Dobrze, że my się dogadujemy.
- Jak kosmita z kosmitą – westchnął Sam.
Na zewnątrz Dean i Donna łypali na siebie gniewnie. Obie pary zielonkawych oczu lśniły iskrami promieni śmierci.
- Tak, no cóż, postanowiliśmy połączyć wysiłki – powiedział Doktor zacierając ręce. – Biorąc pod uwagę, że tak się ładnie dogadujecie.
Ciąg dalszy nastąpi...
