.9. Kto wystraszył wystraszone straszydła?
- Jest demonem?
Donna podeszła do Deana i delikatnie dotknęła jego ramienia.
- To próbujesz mi powiedzieć? Że ona jest demonem, i że ma tę straszną władzę nad Samem? Więc... co, znaczy, że ty jesteś blisko związany z aniołem, a twój brat z diabłem?
- Nie... nie nazwałbym tego związkiem – wymamrotał Dean. – To wszystko jest dość skomplikowane.
- Anioły i demony – zaśmiała się Donna. – Czy to nie brzmi ciutek jak bieżący program kin? Dan Brown? Nie?
- Donna... Słuchaj... – zaczął Dean, ale nie pozwoliła mu dokończyć.
- Ona coś wie. O nas. Po prostu wie. I zna mnie, i Doktora. To jest... To jest strasznie dziwne.
- Ona nie jest czło...
- Jest demonem, rozumiem. Mimo to... Te przezwiska. Ty jesteś Żołnierzem. Doktor jest Mąciwodą. Sam jest Zabawką Diabła. A ja jestem...
- Anomalią – dokończył Dean.
- No właśnie; rzecz w tym, że jestem – Donna przygryzła dolną wargę. – Jestem Anomalią. Myślę, że zawsze nią byłam. Ale... To takie okrutne. Ona była okrutna. Czy chciała nas, bo ja wiem, wystraszyć? Ostrzec? I czy nie powinniśmy posłuchać ostrzeżenia, jeśli słyszymy je z obu stron?
- Mamy tu coś do zrobienia. – Dean obrócił się w jej stronę. W ręce trzymał obrzyna. – Więc bierzmy się za robotę!
- Ale ona powiedziała, że zginiemy.
- Nie obchodzi mnie to.
- Zauważyłam.
Donna zerknęła w stronę Sama i Doktora, rozstawiających jakieś dziwacznie wyglądające urządzenia na zakurzonej podłodze sali kinowej. Młodszy Winchester wyglądał na całkowicie zaabsorbowanego kablami i taśmą klejącą, ale Donna zauważyła niepewne spojrzenia, jakie rzucał w stronę Deana. Coś działo się pomiędzy tą dwójką, a Donna wiedziała, że nie była to wyłącznie braterska miłość. Przez chwilę czuła się zupełnie nie na miejscu. Westchnęła.
- To nie ma sensu.
- Zapominasz o czymś – powiedział Dean. – Ludzie stracili życie. Tu nie chodzi o anioły i demony; nie chodzi o Sama i o mnie, czy o ciebie i Doktora. Chodzi o nich.
- No, tak, z pewnością, ale...
- Tutaj!
Doktor podniósł się z podłogi i biegał po sali trzymając w ręce popiskujące urządzenie. Wyglądał teraz tak... no cóż, normalnie, rozczochrany, z przekrzywionymi okularami w grubych oprawkach i z wyrazem oczekiwania, niemalże najwyższej satysfakcji, na twarzy, że Donna nie mogła się nie roześmiać. Doktor zahamował na moment, rzucając jej zaskoczone spojrzenie.
- Co?
- Nic. Nie... nie przerywaj sobie. A w ogóle, co to ma być?
- Ooo, to w sumie zwykły wzmacniacz; proste urządzenie. Jeśli są tutaj jakieś ślady emocjonalnej energii, podkręci je tak, że będziemy mogli zobaczyć... to...
Donna powiodła spojrzeniem za jego wzrokiem. Stała tam kobieta – blada, ciemnowłosa kobieta, trzymająca w dłoniach bukiet różowych goździków. Jej obraz wydawał się dziwnie zniekształcony, nieustannie migotał, pojawiając się i znikając, i przyprawiając Donnę o zawrót głowy.
- OK – powiedział Dean, okrążając ją powoli i trzymając w pogotowiu obrzyna załadowanego solą. – Angelina, jak sądzę?
Duch westchnął i zwrócił ku niemu twarz.
- Pomóżcie mi – wyszeptała Angelina. W jej głosie było mnóstwo strachu i bólu. Dziwne zniekształcenie rozbrzmiewało także w tym dźwięku; jakiś nie do końca określony ton, który sprawił, że skóra Donny zaczęła mrowić. Przysunęła się bliżej do Doktora i złapała go za rękaw płaszcza.
- Duch! – wykrzyknęła szeptem. – Nie wierzę! Najprawdziwszy duch! To znaczy, widziałam je wcześniej; latające krzesła, i ogień, i w ogóle, ale tamto było jakieś zamazane i nierealne. Ale ona mówi! I jest duchem!
- Śladem – poprawił Doktor.
- Ale przecież... ona jest tutaj! Jest rzeczywista! Słyszę jej głos! Słyszę głos ducha!
- Pomóżcie mi – powtórzyła Angelina.
- Nie powinno cię tu być – powiedział Sam. Ruszył w stronę ducha, ale Dean powstrzymał go wyciągając rękę. Sam obrzucił go z lekka poirytowanym spojrzeniem. – To nie jest twoje miejsce. Dlaczego opuściłaś cmentarz?
- On nas pożera – powiedziała Angelina. Rozwarła palce i pozwoliła, by bukiet goździków upadł na podłogę. Kwiaty dotknęły zakurzonych desek i natychmiast rozpłynęły się w powietrzu. – On nas zabija.
- Kto?
- Niesamowite! – Doktor wycelował w nią wzmacniacz. Jego palce zatańczyły nad przyciskami urządzenia. – To jest świadome!
- To kobieta. To ona – z gniewem rzuciła Donna.
- No, ściśle mówiąc, to jest tylko...
- Kto was zabija? – powtórzył Sam.
- Potwór – wyjęczała Angelina. – Nieprawidłowość.
- Kto to jest? – zapytał Dean. Ta nieprawidłowość, co to takiego?
- Przyszedł z zewnątrz. Prześlizgnął się przez dziurę. Wyjąca pustka. Ciemność, ciemność, strach. On nas zabija!
- Pomóżcie nam!
Były tu teraz także i inne duchy; w jednym z nich Donna rozpoznała pechowego biznesmena Justusa Blaine'a. Kilkoro innych, kobiet i mężczyzn, przerażonych i migoczących dziwacznie w półcieniu, błagało ich o pomoc. Dean powoli obracał się w miejscu, próbując jakimś cudem wycelować strzelbę we wszystkie duchy na raz. Na twarzy Sama pojawił się wyraz smutku i skupienia. Doktor był w siódmym niebie; biegał szaleńczo z jednego krańca sali kinowej na drugą, badając przestrzeń wokół zjaw za pomocą swojego dziwacznego urządzenia. Serce Donny pękało z żalu. Zamrugała szybko, próbując powstrzymać łzy i głośno pociągnęła nosem.
- Pomożemy wam! Przysięgam, że wam pomożemy!
- Możecie powiedzieć nam coś więcej? – naciskał Sam, nagle tak totalnie panujący nad sytuacją, że Donna poczuła się nieswojo; do tej pory uważała Deana za przywódcę w zespole Winchesterów. – Potrzebne nam szczegóły. Kim on jest? Jak go znajdziemy?
- Nie tak – powiedział Justus Blaine. – Wszystko z nim jest nie tak.
- Pewnie, bo z ciebie szczyt normalności – cicho zakpił Dean.
- Jest bólem – dodał inny duch.
- Nie jest człowiekiem – powiedziała kobieta-duch, w poszarpanej, białej sukni, z włosami ociekającymi wodą. – To potwór.
- Jak was zabija? – spytał Sam.
- Tak, no bo w sumie, to już nie żyjecie – wtrącił Doktor. Donna posłała mu mordercze spojrzenie. Wzruszył ramionami. – No co, przecież nie żyją.
- Osłabia nas. Wysysa z nas siły. Oooch, to boli – zakwiliła Angelina. – Tak bardzo boli. Jest tak spragniony. Nie może ugasić pragnienia.
- Proszę... uspokój się – powiedział Sam. – Spróbujemy wam pomóc.
- Spróbujemy? – szepnął Dean. – Sammy, to nie jest nasze zadanie. Nie pomagamy im. My...
- Wiem, kim jesteście. – Justus zwrócił się w jego stronę. – Łowcy. Rozpoznaję oznaki. Znam wasz zapach. Pogrzebałem kilku wam podobnych, och tak. Ale to już przeszłość. Nie ma znaczenia. Potrzebujemy waszej pomocy. Proszę, pomóżcie nam.
- Niby czemu? – Dean wycelował obrzyna w brzuch Justusa. – Czemu mielibyśmy pomagać bandzie cholernych straszydeł?
Justus bez wahania odwzajemnił jego spojrzenie.
- Ona nikomu nie robi krzywdy – wskazał na Angelinę. – Większość z nich jest kompletnie niegroźna. To dziwne, że wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale teraz to wiem. Rozumiem. Pojmuję, dlaczego tu jestem; wiem, co uczyniłem. Zabijcie mnie, jeśli taka wola, ale ich ocalcie.
- Ta energia, to nieprawdopodobne! – wykrzyknął Doktor. – Cokolwiek się tu wydarzyło, nastąpił potężny przyrost energii, który ustabilizował ich engramy. Stali się myślącymi cieniami, a to... to jest niewiarygodne! Jak by na to nie patrzeć, mamy tu do czynienia ze świadomymi śladami!
- Duchy – wyszeptała Donna.
- Jaki przyrost energii? – spytał Sam. – Co się wam przydarzyło?
- Przyszedł ten prąd, wołanie w wietrze – ciągnęła kobieta o mokrych włosach. – Płonąca ścieżka. Niebiosa się rozwarły i splunęły na ziemię. Ogrzały nas.
- To runęło w dół. Roztrzaskało się. A potem wyłonił się potwór – zaszlochała Angelina. – I pożarł nas. Jest taki głodny. Taki spragniony. Nie może przestać.
- Byliśmy dość daleko, by się uwolnić – dodał Justus. – Uciekliśmy, wszyscy. Trzymaliśmy się razem. Ukryliśmy się. Ale to podążyło za nami.
- Prosimy, pomóżcie nam.
- To... jest... magia! – wyrzęził Doktor. Zamrugał szybko, rzucił Donnie ukradkowe spojrzenie i odchrząknął. – To znaczy, chciałem powiedzieć, że to... eeem... wspaniałe?
- Niby w jakim sensie? – parsknęła Donna, a wszystkie duchy zwróciły spojrzenie na Doktora.
- Coś ofiarowało im... wam... samoświadomość – powiedział Doktor. – Coś sprawiło, że staliście się realni! Czy to nie wspaniałe?
- To ich zabija, Doktorze – warknęła Donna.
- Tak, cóż, niewątpliwy minus, prawda, ale...
Kolba strzelby Deana podskoczyła w jego rękach, kiedy zdjął palec ze spustu. Oparł obrzyna o ramię i westchnął głęboko.
- Ostatnio nic nie jest proste, co? – sarknął. – Podstępne anioły, liościwe demony, dobre wilkołaki i uczciwi złodzieje. Ten świat to jeden, wielki, pierdolony oksymoron!
- Nie sądziłem, że ty w ogóle... – Z najwyższym wysiłkiem Sam powstrzymał się od dokończenia zdania. – Eeem, nieważne.
- Co? – Dean wzruszył ramionami. – Co?!
- Nic. – Sam odwrócił wzrok, robiąc wielkie oczy. – Ale oksymoron...?
- Masz mnie za idiotę!
- Nie. Wcale nie.
- Tak. Tak o mnie myślisz. No to wiedz, że ja wiem różne rzeczy!
- Nigdy nie powiedziałem, że ty...
- Uuups – powiedział Doktor. Bracia Winchester obrócili się do niego, równocześnie rozzłoszczeni i zadowoleni.
- Co?
- Mam przyrost! – wrzasnął Doktor.
- Może powinieneś zachować to dla siebie – zachichotał sucho Dean.
- Na czytniku! – krzyknął Doktor. – Przyrost energii! Coś nadchodzi!
- Jakie coś? – spytała Donna. Jej słowa utonęły w nagłym brzęczeniu głosów duchów. Zjawy zaczęły migotać szaleńczo; w jednej sekundzie płonęły jaskrawą bielą, w następnej niemalże znikały. Angelina Prow wyciągnęła ręce do Donny, jakby próbowała ją złapać.
- Nadchodzi! – zawodziła. – O mój Boże, nadchodzi! Pomóż nam! Pomóż nam!
- Pomóżcie nam! – lamentowały pozostałe duchy. – Ratujcie nas!
- Zróbcie coś! – ryknął Justus. – Zróbcie coś... proszę!
- Nadchodzi! – krzyknęła Angelina, po czym zapadła cisza.
Ciąg dalszy nastąpi (z hukiem)...
