.10.

Dziura w rzeczywistości.


Nie miało to określonego kształtu, przynajmniej z początku. Zaledwie kłąb ciemności wyłaniający się z przestrzeni pomiędzy normalnymi wymiarami. Znalazło się pomiędzy nimi, ale jednocześnie zdawało się zbliżać do ich świata z jakiejś nieprawdopodobnej dali. Rozległo się przeciągłe, straszliwe, kaszlące zawodzenie, które wwierciło się im w mózgi niczym długa na łokieć śruba. Wszystkie duchy zgasły w jednej chwili, aby pojawić się w chwilę później, skryte w kątach odrapanej sali kinowej; milczały teraz, a ich ciemne, zapadnięte oczy rozszerzał pierwotny lęk. Urządzenie w rękach Doktora wypluło jaskrawy pióropusz iskier i skonało z sykiem. Wszystkie elementy ustrojstwa rozstawionego na podłodze zaczęły eksplodować jeden po drugim w niepowstrzymanej reakcji łańcuchowej. Obrzyn Deana wystrzelił w powietrze, Doktor upuścił bezużyteczny wzmacniacz energii, Donna wrzasnęła cienko, a Sam wyskoczył naprzód, wyciągając przed siebie ramię i otwierając dłoń, jakby sam ten gest mógł powstrzymać cokolwiek się do nich zbliżało.

Najdziwniejsze było to, że gest podziałał.

Ciemość zawirowała i wydęła się, ujęta w ryzy przez młodszego Winchestera. Doktor westchnął cicho i sięgnął po soniczny śrubokręt. Donna skryła się za jego plecami; skrawkiem umysłu żałując, że stanowiły tak wątłą barykadę. Dean z uporem ładował pociski w chmurę ciemności; dookoła dziko gwizdały rykoszety. Sam dygotał z wysiłku, zaciskając oczy i zgrzytając zębami. Strumyczek krwi pociekł nagle z jego nozdrza, przeciął blade wargi i spłynął na brodę. Sam zachwiał się, zatoczył do tyłu, jedną ręką nadal powstrzymując dym, a drugą przyciskając do skroni. Jęknął z bólu.

- Sam? – wrzasnął Dean. – Sammy, nie!

- Mogę to zatrzymać! – wychrypiał młodszy Winchester. – Ale nie na długo! Lepiej... zmywajcie się stąd! Już!

- Nie ma, kurwa, mowy! – Dean przeładował broń i przysunął się bliżej do brata. – Nie zostawię cię tu!

Sam jęknął i osunął się na kolana. Donna wrzasnęła zza ramienia Doktora. Doktor wyciągnął przed siebie swój soniczny śrubokręt. Mroczna chmura wyła, zawodziła i kaszlała. Wydłużyła się; wysiłki Sama wciąż częściowo ją powstrzymywały, ale druga część wyciągnęła się ku górze i skłębiła się niczym gruba, złowieszcza warstwa dymu. Gotowa opaść im na głowy, zadławić ich swoimi oleistymi splotami.

- To jest... – Słowa Doktora utonęły w przerażającym hałasie, jaki wywoływała ta istota. Potrząsnął głową i złapał Donnę za nadgarstek. Musiała odczytać słowa z ruchu jego warg, aby cokolwiek zrozumieć:

- Uciekaj, Donno! Jeśli ci życie miłe, w nogi!

- A co z nimi? – odkrzyknęła, wskazując na Sama, klęczącego teraz i wyciągającego przed siebie obie ręce. Oczy chłopaka wywróciły się ku górze, błyskając szerokimi półksiężycami rogówki, a z obu jego nozdrzy tryskała krew. – To coś go zabija!

Dean musiał dojść do identycznego wniosku, ponieważ upuścił bezużyteczną strzelbę i chwycił Sama pod ramiona, próbując dźwignąć go z podłogi i odciągnąć w jakieś bezpieczne miejsce. W mgnieniu oka ciało Sama zwiotczało jak pozbawione życia, a jego głowa przetoczyła się na ramię. Osunął się w ramionach brata – bezwładny balast, ciągnący ich obu ku ziemi.

Chmura cofnęła się, uniosła, wystrzeliła z siebie liczne macki i zaczęła smagać nimi dookoła z jadowitą wściekłością. Jedna z macek smagnęła Sama w twarz i nowy strumień krwi popłynął na jego pierś. Młodszy z braci Winchester uchylił powieki i jęknął z bólu. Dean wrzasnął coś niezrozumiałego i przesunął się szybko, odpychając Sama ku podłodze, zamieniając się z nim miejscami. Macka chlastnęła go przez plecy, rozdzierając jego kurtkę i brązową koszulkę. Dean wrzasnął i okręcił się w miejscu, zwracając się twarzą w stronę przeciwnika.

A potem wszystko przyspieszyło jeszcze bardziej, równocześnie zwalniając dla Donny do niemal poklatkowej prędkości, jak gdyby oglądała rozłożone przed nią fotografie wydarzeń; dzięki czemu mogła dojrzeć wszystkie szczegóły, ale nie miała dość czasu na jakąkolwiek reakcję. Doktor wyskoczył do przodu, a jego sonik rozbłysnął błękitnym światłem. Dean zwrócił się w stronę kłębowiska macek wijących się nad jego głową. Sam ciężko runął na plecy. Jego twarz pokrywała krew, ale oczy miał otwarte, przytomne i przerażone. Doktor wycelował śrubokręt w rozwścieczoną chmurę. Dean zdołał częściowo unieść się z podłogi, klęcząc na jednym kolanie i prawą ręką sięgając do pochwy umocowanej na łydce pod spodniami. Ponad tuzin macek wystrzeliło w jego stronę dokładne w chwili, kiedy Dean wyszarpnął długi, pokarbowany nóż, i zatoczył ramieniem szeroki półokrąg, rozcinając dym i pozostawiając w nim szerokie, jarzące się szramy. Sonik wydał ostry trel. Dwie macki przedarły się przez obronę Deana i zaatakowały go z furią. Wyślizgnął się spod jednaj z nich, ale druga go dosięgła i przeszyła jego ciało, przyszpilając go do podłogi. Sam wrzasnął i ponownie wyciągnął przed siebie rękę, poprzez mgłę oszołomienia próbując przywołać swoją mentalną moc. Dean odkrztusił krwią. Jej drobinki osiadły mu na policzkach niczym nowa warstwa piegów. Trel sonika przeszedł w oszalałe crescendo. Wszystko stało się świetliście białe.

Potwór zniknął.

Donna zachwiała się i opadła na kolana. Miała wrażenie, że już do końca życia będzie poruszała się na czworakach, gdyż jej nogi stały się bezwładne i przypominały galaretę. Powoli poczołgała się w stronę Deana, rozciągniętego na podłodze w kałuży własnej krwi. Sam, który znajdował się bliżej brata, dotarł do niego pierwszy i ucisnął ranę w jego brzuchu. Donna podała mu krótką, białą kurtkę, którą nosiła zarzuconą na błękitną bluzkę. Sam złożył ją i przycisnął do rany Deana.

Doktor był jedynym, który nadal stał na nogach. Soniczny śrubokręt w jego dłoni nadal śpiewał z ekscytacją.

- Mamy ledwie sekundy! – krzyknął. – Odepchnąłem to, ale wróci!

- Dean? – jęknął Sam. – Jezu, Dean! Powiedz coś, człowieku! Odezwij się!

- O...ona... p...powiedziała, że on... on będzie pierwszy – wyjąkała Donna. – O mój Boże, o mój Boże, o mój Boże! To się nie może dziać!

- Dean, trzymaj się, OK? Trzymaj się, chłopie!

- Musimy się stąd wydostać!

- O mój Boże, Dean!

- Ani mi się waż umierać! Słyszysz? Ani się waż!

Angelina, Justus, Topielica i inne zjawy przysunęły się bliżej, blade i rozmigotane, przyciskając dłonie do serc i ust. Sam, Dean, Donna i Doktor znaleźli się teraz w centrum utworzonego przez nie kręgu.

- Nie gapcie się tak! – zawył Sam. – Pomóżcie mu!

- Sam, to tylko duchy – wyszeptała Donna.

Wokół Deana błyskawicznie rozrastała się kałuża krwi.

- Och, kurwa! – desperacko zaklął Sam. – Och, Dean!

- To wraca! – Doktor sprawdził swój soniczny śrubokręt i obrócił się ku nim szybko. – Musimy się stąd zmywać!

- Dean!

- Doktorze!

Doktor zatrzymał się nagle.

- Już tu jest!

Wszystkie duchy zakrzyknęły jednym głosem, kiedy stary budynek kinowy zadrżał i zatrzeszczał. Ściany wydęły się do wnętrza, rozsiewając wokół długie odpryski drewna. Donna zakrztusiła się, czując nagłe zawroty głowy, zupełnie jakby w powietrzu, którym oddychała nie było dość tlenu. Podłoga zatrzęsła się, a ściany uleciały na boki. I oto znajdowali się w oku cyklonu, chronieni jedynie przez duchy, trzymające się za ręce i otaczające ich kręgiem. Poza ich migoczącymi postaciami ryczał wir unoszących się w powietrzu rupieci; szalona karuzela utworzona przez połamane deski, fotele pokryte czerwonym aksamitem, stare gazety, cegły, okruchy szkła, płachty zielonego plastiku, podarte dywany i zasłony. Budynek kina rozleciał się w drobny mak, połknięty przez tornado, a oni znajdowali się gdzieś w samym środku tego obłędu, zassani ku górze, wysoko ponad ponad Summit Creek w stanie Colorado, ponad USA, ponad cały świat, porwani tam, gdzie powietrze było zbyt rozrzedzone i zbyt zimne, by nim oddychać, tak daleko od ziemi, że potrzebowaliby sporo czasu, aby na nią runąć i umrzeć.

Donna czuła ręce Doktora zamykające się na jej ramionach, ale zacisnęła powieki, w obawie przed tym, co mogłaby zobaczyć. Wir powietrza obracał nimi w kółko; szybo, ale nie dość szybko, by ich rodzielić, by ich rozszarpać, tak jak rozdarłoby ich prawdziwe tornado. Czuła, że się wnoszą, wciąż wznoszą, jakby huragan zamierzał wyrzucić ich ponad atmosferę Ziemi i porzucić gdzieś w lodowatej próżni kosmosu. Wciąż z zaciśniętymi powiekami, Donna spróbowała przekrzyczeć ryk wichury:

- Co się dzieje?

- Pęknięcie! – odwrzasnął Doktor. – To jest szczelina! Dziura w rzeczywistości!

- Co?

- Sama zobacz!

- Doktorze, zaraz umrzemy! Mam gdzieś dziury w rzeczywistości! Za nic nie wyjdziemy z tego cało!

- Och, tylko na to popatrz! Co, nie jesteś nawet ciekawa? No, dalej!

- Jeśli to przetrwamy, zabiję cię! – Donna uchyliła oczy na króciutką chwilę, wystarczającą by dojrzeć przedziwny obraz ponad ich głowami. Niebo zostało rozdarte na pół; krawędzie tej rysy w przestrzeni znaczyły rozżarzone iskry elektrycznych wyładowań. Poza szczeliną rozpościerało się przyprawiające o zawrót głowy pustkowie ciemności i świateł, w jakiś sposób przeczące wszelkim zasadom, do jakich Donna przywykła na Ziemi. Z trudem powstrzymała się od tego, by zwymiotować.

- Co to jest?

- Międzywymia...

Siła, która zasysała ich ku górze nagle zamarła. Donna mogłaby przysiąc, że przez króciutką chwilę zawiśli w powietrzu, niczym Kojot Wiley na sekundę przed karkołomnym upadkiem na dno kanionu. A potem zaczęli spadać. Pęd powietrza wcisnął im z powrotem do płuc wszelkie słowa i krzyki. Niemożliwe było nawet zaczerpnięcie tchu. Opadali swobodnie. Opadali. I opadali... Długi lot ku bardzo robryźniętej śmierci.