.11.

Teraz nasz ruch!


Z impetem walnęli o podłogę z metalowej siatki.

– Tak! – wrzasnął Doktor, w mgnieniu oka podrywając się na nogi i pędząc ku panelowi sterowania TARDIS. – Kochana dziewczynka! Cudnie!

– Ale... jak? – zażądała wyjaśnień Donna, podążając za Doktorem ze znacznie mniejszą dozą entuzjazmu, a znacznie większą dozą bólu. Pocierała łokieć i mocno kulała. – Jakim cudem ją tu sprowadziłeś?

– W końcu doszlifowałem pilota! – Doktor posłał jej jeden ze swoich chłopięcych uśmieszków. – Ostatnio ciutek za często mi się zapodziewała.

– Tak, dobrze... Dean! – Donna okrążyła centralny panel i natknęła się na obu Winchesterów spoczywających na podłodze; Dean był nieprzytomny i krwawił obficie, Sam, zaszokowany, trzymał brata w ramionach. – Doktorze, Dean!

– Zajrzyj do tekowej szafki w trzecim pokoju za basenem – powiedział Doktor. – Powinno w niej być ośmiokątne pudełko, z zielonym półksiężycem na boku.

– Symbolem szpitala? – wyszeptała Donna, już biegnąc przez korytarz. – Co jest w pudełku?

– Sprzęt medyczny – odkrzyknął Doktor. – Z pięćdziesiątego ósmego stulecia, to chyba wystarczy!

Donna przetrząsnęła tekową szafkę, wyrzucając jej zawartość na podłogę i nie przejmując się szklanymi fiolkami pękającymi pod podeszwami jej sandałów. Znalazła pudełko i popędziła z powrotem do sterowni.

Pudełko za nic nie chciało się otworzyć. Paznokcie Donny bezsilnie skrobały po jego wieczku. Opadła na kolana tuż obok Sama i Deana, ciężko dysząc z wysiłku.

– Doktorze, nie mogę tego otworzyć!

– Wystarczy, że... wciśniesz ten znaczek! – W głosie Doktora pojawiło się zniecierpliwienie. Manipulował sterami TARDIS jakby życie ich wszystkich zależało od przerzucenia jak największej ilości przełączników i dźwigni. – Zielony znaczek, wciśnij go!

– Donna, co ty...? – zaczął Sam. Donna wdusiła zielony półksiężyc, a świst powietrza zasysanego do wnętrza pojemnika pochłonął resztę słów Sama. Donna wepchnęła rękę do środka pudełka i wyjęła zeń gruby tubus wykonany ze złocistego metalu, nieco szerszy z jednego końca i zwieńczony zielonym przyciskiem na drugim.

– Co ja mam z tym zrobić? – wrzasnęła na całą sterownię.

– Przyłóż to do rany i naciśnij spust – odparł Doktor. – To powinno załatwić sprawę. Przynajmniej taką mam nadzieję. Miałem do tego instrukcję obsługi… gdzieś tutaj… ale…

– Co to jest? – spytał Sam.

Donna obróciła tubus w dłoniach.

– To takie… coś… takie… nie mam pojęcia…

Przycisnęła szerszą końcówkę urządzenia do boku Deana i opuściła kciuk na zielony przycisk. – Mam nadzieję, że to zadziała. Znasz jakieś paciorki?

Sam spojrzał na nią z czystą paniką malującą się w oczach. Dolną połowę jego twarzy pokrywała krzepnąca krew.

– No to najwyższy czas je zmówić – dokończyła Donna, wciskając przycisk. Rozległ się cichy trzask. Powieki Deana zatrzepotały. I tyle.

– Eeee… Doktorze? – Donna także zaczynała poapadać w panikę. – To chyba nie działa.

– Nie? – Przechylił się przez panel sterowania aby rzucić na nich okiem. – Niedobrze!

– Wiem, że niedobrze; powiedz mi, co robić!

– Spróbuję wylądować w szpitalu.

– Tak, zrób to! – zawołał Sam.

– Problem w tym, że stery TARDIS nie bardzo… sterują… – Doktor w desperacji przeciągął palcami przez strzechę własnych włosów. – Tam było mnóstwo międzywymiarowej energii, i TARDIS sporo się jej nałykała. Najadła się energii niekompatybilnej z jej układami, rozumiecie? Sama jest teraz ciut chora i…

– Co mnie to obchodzi? Mój brat umiera! Zawieź nas do szpitala!

– Nie umieram. – Głos Deana był bardzo słaby, nie głośniejszy od szeptu, ale wszyscy drgnęli z zaskoczenia. – Gdzie my, do diabła, jesteśmy?

– Na pokładzie mojego statku – oznajmił Doktor. Triumfalny uśmiech rozpromienił jego twarz. – Eeee, raczej mojego pojazdu kosmicznego. Eeee, raczej temporalno-przestrzennego. Tak dla ścisłości.

– Ta, chwytam. – Dean spróbował się poruszyć i skrzywił z bólu. – Auu... Ten skurwysyn naprawdę nakopał mi do dupy.

– Do naszych zbiorowych dup – poprawił go Sam, wskazując na zjawy rozpalające się migotliwie w otaczającej ich przestrzeni. – Czymkolwiek to było, miało krzepę.

– No… – powiedział Doktor – …to zrobiłem, co mogłem. Przygotujcie się na wstrząs.

– Na wstrz...?

TARDIS huknęła w ziemię, podskoczyła, ponownie huknęła o ziemię, zabalansowała na krawędzi postumentu, po czym bujnęła się wstecz i wyprostowała nieruchomiejąc. Ludzie, duchy i Władcy Czasu przemieszali się we wnętrzu statku niczym strzępki aluminium w dziecięcym kalejdoskopie. Donna wylądowała na Deanie. Jej włosy okryły obie ich twarze i na chwilę ich oddechy połączyły się w jedność, a ich usta zaczęły powoli się przybliżać.

– Nic się nikomu nie stało? – spytał Doktor, wyczołgując się spod panelu sterowania. – Donna? Sam? Ehm… Dean?

– Nie – rzuciła Donna z wahaniem. – Wszystko w porządku.

- Mniej więcej – zauważył Sam.

– Z grubsza mówiąc – dodał Dean.

W tej chwili mogli jedynie przycupnąć na siatkowej podłodze, opierając się o dziwne, organiczne w wyglądzie filary, otaczające umieszczoną pośrodku pomieszczenia kryształową kolumnę – obecnie nieruchomą. Doktor przykucnął naprzeciwko pozostałej trójki, z łokciami opartymi o kolana, splatając przed sobą długie palce.

– Jakbyście chcieli się umyć albo przebrać… – zaczął.

– Chwilunię – przerwał mu Dean. – Najpierw chciałbym się dowiedzieć, co się, do cholery, stało? Ten dym, to wyglądało jak demon. Zachowywało się jak demon. Ale nie było demonem, co?

– Demon. – Doktor westchnął przeciągle. – Zaraz, myślałem, że demony wyglądają tak jak wasza przyjaciółka, Ruby. A teraz mówisz mi, że są wielkimi, paskudnymi kłębami dymu?

– Zamieszkują w ludzkich ciałach – wyjaśnił Sam. – A tak wyglądają poza ciałem. Mniej więcej. Są bardziej… jakby… fioletowe…

– Więc Ruby zamieszkuje czyjeś ciało?

– Tak – rzucił Dean.

– Ciało dziewczyny w śpiączce mózgowej – powiedział Sam. – Specjalnie wybrała pustą skorupę. Nikomu nie robi krzywdy.

– Za wyjątkiem ciebie – zawarczał Dean.

– Mówiła prawdę! – wykrzyknął Sam. – Próbowała nas uratować!

– Sami się uratowaliśmy, piękne dzięki.

– Przynajmnie nie była taka tajemnicza jak twój Castiel!

– Przynajmniej Castiel nie jest wrednym skurwysynem!

– Aaaa moja Barbie jest fajniejsza niż twoja Barbie! – wrzasnęła Donna. – Możemy się wreszcie skupić?

Doktor zachichotał, ale Sam i Dean posłali Donnie ponure spojrzenia.

– To nie był demon – oznajmił Doktor z powagą. – To pozaziemska forma życia.

– Znów się zaczyna! – westchnął Dean, z bolesną miną masując bok.

– Ale to prawda – upierał się Doktor. – Co więcej, jest to pozaziemska forma życia należąca do innego wymiaru. Prześlizgnęła się przez szczelinę w rzeczywistości, przez międzywymiarowy portal utworzony pomiędzy jej i naszym wszechświatem. Ta istota jest pod wieloma względami niekompatybilna z naszym światem; jest toksyczna dla naszego świata. Zakładam, że nasz świat jest dla niej równie toksyczny. To stworzenie wydaje się nam wrogie i złośliwe, ale ja myślę, że po prostu jest nieprzytomne ze strachu. Samo, zagubione w nieznanym świecie. To musi być… dość przykre.

– To coś przerabia ludzi na papkę – powiedział Dean. – O mały włos nas też by rozpaćkało. Nie obchodzi mnie, jak jest wystrachane, zamierzam to ukatrupić. A, i nie wierzę w kosmitów.

– Znajdujesz się na pokładzie statku kosmity. – Doktor podniósł się z podłogi i oparł o filar. – Rozejrzyj się. Widziałeś kiedyś coś takiego?

– Przestańcie, co? – Sam wycierał twarz rękawem koszuli. Był blady i roztrzęsiony. – Zabierzmy się za to nieco bardziej metodycznie. Jak znajdziemy to coś?

Doktor podszedł do konsoli i przerzucił jeden przełącznik. W drugim końcu pomieszczenia, ze skrzypnięciem otworzyły się drzwi.

– Sam się przekonaj.

– Co? To jest na zewnątrz?

– Wyliczyłem jego pozycję.

– Jak?

– Nooo, niech będzie; TARDIS ją wyliczyła. Głównie TARDIS. Namierzyła sygnaturę energetyczną tej istoty i kierowała się nią przy lądowaniu. – Z ogromną werwą Doktor przemaszerował ku drzwiom. – Popatrzcie tylko. Jesteśmy w sercu lasów. Doskonała kryjówka… Eeeem… – zająknął się nieco – Taaa… cóż… nie… nie całkiem… kryjówka…

Zmarszczył brwi wyglądając na zewnątrz. Nieświadomie przeciągnął palcami przez czuprynę. Donna także podeszła do drzwi i podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem.

– O cholera!

– Co jest? – spytał Dean, z wysiłkiem podnosząc się z podłogi.

– Cholerstwo jest wielgaśne! – wrzasnęła Donna.

– Tak, całkiem… spore – potwierdził Doktor zduszonym głosem.

– Co?

– Statek – powiedziała Donna. – Cholerny, wielki, gigantyczny, monstrualny statek kosmiczny! Matka wszystkich statków! Chiński Wielki Mur statków kosmicznych!

Doktor wydał dziwny dźwięk, odklejając język przywarty do całkowicie suchego podniebienia, i jednym, obłędnym susem pokonał próg TARDIS.

– Oj! – Donna spróbowała złapać go za rękaw, równocześnie trzymając się kurczowo futryny błękitnej budki. – A ty gdzie, chudzielcu?

– W życiu nie widziałem… – wybełkotał Doktor. – Nigdy… w całym życiu…

– Widzisz, a nie mówiłam! – zawołała Donna. – Ale… to jeszcze nie powód, żeby się tam pchać, słyszysz? Doktorze? Doktorze! Och, dupa blaszka, znów go poniosło!

Puściła framugę i wyszła na zewnątrz, unosząc głowę aby objąć wzrokiem cały obcy pojazd. Dean i Sam poszli w jej ślady; Sam podtrzymywał brata, a Dean ze wszystkich sił starał się udawać, że nie potrzebne mu było żadne wsparcie. Zamrugali w jasnym świetle dnia a potem zastygli z oczyma wytrzeszczonymi ze zdumienia.

– To… – wymamrotał Sam.

– No – zgodził się z nim Dean.

Doktorze! – ryknęła Donna.

Doktor stał na skraju lasu. Połamane i wypalone do zwęglonych pniaków drzewa otaczały wielki krąg piasku przetopionego na szkło. Pośrodku tego obrazu zniszczenia spoczywał wrak czegoś tak obcego, że zdawało się nierzeczywistym. Deanowi i Samowi zabrakło słów w obliczu surowego, strzaskanego piękna wraku. Z jego kadłuba wystrzelały iglice upodabniające statek do kolosalnej, tropikalnej ryby. Haos barw jeszcze bardziej podkreślał to skojarzenie. Statek był przeogromny, wielki niczym miasto, fantastycznie skomplikowany, pokryty złożoną siecią dźwigarów, wysięgników, anten i kratownic. A przynajmniej to mogły być dźwigary, wysięgniki, anteny i kratownice. Lub uzbrojenie okrętu. A może po prostu ozdóbki. Nie sposób było powiedzieć.

– Co to, kurwa, ma być? – spytał Dean.

– Coś nowego – wyszeptał Doktor. – Nowego i cudnego. To… Uwielbiam ten statek! Uwielbiam go! Dona, ja kocham tę maszynę!

– Chwytam, zakochałeś się. – Donna wykrzywiła usta. – Mógłyś się, z łaski swojej, cofnąć? Przypominam ci, że ta cholera chciała nas pozabijać.

– Nie, ten statek jest uszkodzony. Zepsuty. Martwy – odparł Doktor. – Jaka wspaniała ruina!

– To jest statek? – upewnił się Dean. – Obcy statek kosmiczny?

– O, to coś znacznie więcej! – Doktor okręcił się ku nim z wyrazem najwyższego uniesienia wypisanym na twarzy. – To żywy statek! No, oczywiście teraz już nie żyje, ale nie w tym rzecz. Żyjący statek! To cudowne, prawda?

– Więc to jest martwy żywy statek? – spytał Dean.

– TARDIS jest żywym statkiem – zamruczała Donna.

Żyjącym żywym statkiem? – powiedział Dean.

Halo? – powiedziła Donna, rozkładając ręce.

– Skąd mam to wiedzieć? – wrzasnął Dean. – To… – Zatoczył ręką szerokie koło. – …to jest wariactwo! Tego tu nie może być! Nawet w to nie wierzę!

Donna zwróciła się ku niemu i przekrzywiła głowę z malutkim, drwiącym uśmieszkiem.

– Sprawiłeś, że uwierzyłam w anioły – powiedziała. – Pozwól Doktorowi sprawić, że uwierzysz w kosmitów.

– Co za cudowny nonsens! – wykrzyknął Doktor z radością obłąkanego naukowca. – Teraz nasz ruch, Donno! Cholerka, jak cudnie!