12

Idź. Zwiedzaj. Miłej zabawy.


– Rzecz w tym… – powoli powiedział Sam – …że jeśli ten… ten żyjący statek jest martwy, to nie mógł próbować nas zabić. Prawda? Powiedziałeś, że umarł wchodząc w naszą atmosferę. Nie żył na długo zanim uderzył w ziemię.

– Uległ zatruciu – potwierdził Doktor. – Widzisz te wloty powietrza? To kolektory energii. Statek zasysa energię z otoczenia; robi to nieustannie, podobnie jak wieloryb stale filtruje wodę żywiąc się planktonem. Ale energia tego świata ma inną sygnaturę; dla uproszczenia powiedzmy, że jest trująca. Statek zassał duży jej haust wychodząc z transwymiarowego portalu; zassał toksyczną energię obcej rzeczywistości – naszego świata – i… cóż… umarł. – Twarz Doktora wydłużyła się na sekundę, ale wyraz smutku szybko ustąpił miejsca dziecinnemu podnieceniu. – A potem rymnął o ziemię – zakończył radośnie.

Trójka mężczyzn siedziała na pniu powalonej sosny. Wonna żywica powoli przylepiała im tyłki do kory. Donna zniknęła we wnętrzu błękitnej budki jakąś godzinę wcześniej i jeszcze nie pojawiła się z powrotem. Doktor zapracował sobie wcześniej na swój tytuł naukowy opatrując skaleczenia, siniaki, otarcia oraz rany Sama i Deana, ale bracia definitywnie odmówili skorzystania z obszernych zasobów TARDISowej szafy. Znajdowała się w niej bowiem imponująca kolekcja koszulek polo, sweterków w serek, pomarańczowych marynarek, butów na platformach, futer, skórzanych szortów i kapeluszy typu panama. I nic nadającego się do ubrania. Tak więc, choć nie przypominali już żywych trupów, nadal wyglądali jak statyści w wojennym filmie – odziani w podarte i zachlapane krwią ciuchy. Jakoś też zaczęli spoglądać na Doktora innym wzrokiem. Nieco niepewnie i z cieniem rozbawienia.

Trzej mężczyźni z zamyślonym wyrazem twarzy przypatrywali się wrakowi.

– Ja tam wciąż próbuję przejść do porządku nad całym tym żyjącym statkiem – westchnął Dean.

– A ja próbuję zrozumieć, kto nas próbował zabić. – Sam potrząsnął głową. – Czy żyjący statek może mieć pasażerów? Czy mogli przeżyć katastrofę?

– Może i mogli – potwierdził Doktor. – Ale do tej pory sami byliby już martwi. Przeskanowałem statek. Atmosfera jakiej potrzebowaliby do życia w niczym nie przypomina mieszaniny azotu – tlenu – argonu – dwutlenku węgla – neonu – helu – metanu – kryptonu…

– W niczym nie przypomina powietrza, jakim my oddychamy? – wtrącił się Sam.

– Eeee… zasadniczo… fakt.

– Mogli mieć kombinezony kosmiczne?

– Mogli. Z całą pewnością mieliby kombinezony kosmiczne, gdyby choć trochę przypominali humanoidów. Czy też różne inne, podobne formy życia. Tyle, że… to coś, co nas zaatakowało… miało postać gazową… Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić gazowej formy życia ubranej w kombinezon kosmiczny… – Doktor nagle spojrzał w niebo i cmoknął językiem. – Zaraz… Chwilunia… – powiedział. – Potrafię.

– Gówna, czy smrody, mnie to gila – warknął Dean. – Jak to wykończyć?

– Wykończyć? – Doktor wzdrygnął się i zmarszczył czoło. – A czemu wykończyć? Dla ciebie wszystko obraca się wokół wykańczania, wiesz? Niezbyt zdrowe podejście do świata.

– No to co mamy z nimi zrobić? – sarknął Dean.

– Pogadać z nimi? – rzucił Doktor.

– Pogadać z nimi? Pogadać z nimi? – wykrzyknął Dean. – Może jeszcze zaprosić ich na herbatkę?

Poderwał się z pnia, ale po chwili usiadł z powrotem, gdyż świeżo zagojona rana zareagowała na ruch falą bólu.

– To są zabójcy, Doktorze! Gdyby nie twój statek, byłoby już po nas! Rozsmarowałoby nas po wzgórzach i dolinach, bo, wierz mi, tak się właśnie dzieje, kiedy spadasz ze stratosfery bez spadochronu!

– Przerażone stworzenie atakuje cię odruchu paniki, a ty myślisz tylko o zabijaniu? – zapytał Doktor z gniewnym błyskiem w oczach. – Jakże to humanitarne z twojej strony.

– Nie możemy mieć pewności, że są przerażeni – z uporem stwierdził Dean. – Równie dobrze mogą to być jacyś kosmiczni psychole. Równie dobrze może to być gra wstępna przed inwazją.

– Czemu pierwszym, co przychodzi wam na myśl na widok kosmity jest zawsze inwazja? – Doktor przewrócił oczyma. – Niektóre istoty pozaziemskie są całkiem łagodne.

– To ci wygląda łagodnie? – Dean wskazał na statek, wytrącając Sama z równowagi i niemal zwalając go na ziemię. – Odezwiesz się wreszcie? – warknął, obracając się do młodszego brata.

– Co? Tak. Co? – Sam wyprostował się na pniu, mrugając, jakby przebudzony z głębokiego snu. Był blady i wyglądał na zmęczonego. Pod oczyma miał ciemne kręgi. Można by pomyśleć, że to on został śmiertelnie ranny tam, w teatrze.

– Może byś tak stanął po mojej stronie, co? – zażądał Dean.

– Pewnie… Czemu? – wymamrotał Sam. – Przepraszam, zamyśliłem się.

– Ja, kurna, nie wierzę! – sarknął Dean. – Mamy przed sobą jakieś pierdolone, kosmiczne… cholerstwo, a ty się zamyślasz!

Tym razem to Sam poderwał się z pnia.

– No, przepraszam okropnie! – powiedział. – Właśnie sobie myślałem, że to wszystko kompletnie nas nie dotyczy! To jest statek kosmiczny, Dean! STATEK KOSMICZNY! I co my niby mamy z tym fantem zrobić? Powinniśmy się zbierać i…

– Hej, to co, idziemy?

Trójka mężczyzn obejrzała się na Donnę, która właśnie wyłoniła się z błękitnej budki. Przebrała się w jeansy i koszulę khaki z podwiniętymi rękawami. Szeroki skórzany pasek podkreślał jej talię. Jej strój wyglądał całkiem zwyczajnie, ale z pewnością spędziła ostatnią godzinę ciężko pracując nad włosami, gyż jej twarz otaczały teraz ogniste loki, grające w blasku słońca całą gamą bursztynu, brązu, wina, karmelu i ochry. Oczywiście żaden z trójki mężczyzn nie zwrócił na nie najmniejszej uwagi.

– Dokąd?

– Na statek. – Donna potrząsnęła włosami, desperacko domagając się komplementów.

– Tak! – Doktor zerwał się na równe nogi. – Racja! Idziemy!

– Zaraz – powiedział Sam ponuro. – Zamierzacie tak wejść do pozaziemskiego, wrogiego, toksycznego statku? Bez żadnej ochrony? Bez… bo ja wiem… kombinezonów, masek, czy czegoś w tym guście? Serio? Porąbało was?

Donna i Doktor maszerowali już przez połać stopionego na szkło piasku; dwie maleńkie kropki w porównaniu z ogromem kosmicznego pojazdu.

– Ja nie idę – wymamrotał Sam. – Nie zamierzam skończyć z oślizgłym krabem na twarzy i z obcym w bebechach.

Dean podniósł się powoli, z ręką mocno przyciśniętą do obolałego boku.

– Chodź, Sigurney Weaver. – Podążył za Doktorem i Donną, kulejąc z lekka. – Straszna z ciebie baba.

– Dupek! – zareagował natychmiast Sam.

– Palant! – zaśmiał się Dean.

W pół godziny później stali w cieniu kolosalnego statku, patrząc w górę, na Doktora, po małpiemu wspinającego się ku szerokiemu pęknięciu w kadłubie, jakieś pięć metrów ponad ziemią. Szczupły mężczyzna wspinał się szybko, za oparcie dla stóp i rąk wykorzystując powykręcane i połamane wypustki sterczące z burt statku. Podciągnął się ku górze i przez szczelinę wślizgnął do wnętrza pojazdu.

– Niezły jest – zawistnie wymruczał Dean. – Nie wygląda na takiego, ale jest niezły.

– Prawda? – Donna obróciła się do niego na moment, roześmiana, z roziskrzonymi oczyma. – Stary, dobry Doktor, totalnie niezastąpiony!

– Sam, podsadź mnie… Sam…? – Dean opuścił wzrok na brata, siedzącego na stercie odpadków, z pecami opartymi o burtę statku. – Co się z tobą dzieje, chłopie?

– Jestem zmęczony…

– I wyglądasz jak śmierć na urlopie. Oberwałeś?

– Boli mnie głowa…

Dean sapnął z irytacją.

– Skutki uboczne nadużycia super mocy, tak?

Młodszy Winchester tylko łypnął na niego ponuro.

– Skończyło się paliwko? – ironicznie drążył Dean – Pusto w baku?

– Już byśmy nie żyli, gdyby nie moje super moce – burknął Sam, podnosząc się z kupy złomu. – Miło wiedzieć, że to doceniasz. I, tak, czuję się, jakby głowa miała mi pęknąć. Więc weź się… weź… – nie znalazł odpowiednio mocnych słów i tylko machnął ręką w stronę starszego brata. – Idź. Zwiedzaj. Miłej zabawy.

Rozległ się okropny zgrzyt przerdzewiałego żelastwa i w burcie statku pojawił się rozległy otwór, zaledwie o kilka metrów oddalony od miejsca, w którym stali obaj bracia. Ze szpary wyłoniła się podekscytowana twarz Doktora. Odnalazł ich wzrokiem i uśmiechnął się do nich szeroko.

– Wiedziałem, że to będą drzwi – powiedział. – Chodźcie, chcę wam coś pokazać!

Donna wydała okrzyczek ekscytacji i pospiesznie zanurkowała do wnętrza statku. Sam westchnął boleśnie. Dean wzruszył ramionami i podążył za Doktorem i Donną. Sam dogonił ich w chwilę później i razem przebyli mroczny, wąski tunel, pełen poskręcanych i nadtopionych fragmentów metalu i plastiku. W każdym razie wyglądało to na metal i plastik. W powietrzu unosiły się dziwne zapachy. Stygnące mechanizmy tykały z cicha. W błękitnej poświacie doktorowego sonicznego śrubokrętu kolory były nieco przygaszone, a mimo to każdy zakręt korytarza odsłaniał nową feerię barw. Przypominały marzenie szalonego nurka śniącego o rafach koralowych, albo wizje obłąkanego graficiarza, który dorwał się do nieograniczonych zapasów fosforyzujących farb.

Wkroczyli do ośmiokątnego pomieszczenia, wielkiego jak centrum handlowe. Było puste, za wyjątkiem ogromnej wyspy „metalu", „plastiku" i barw umieszczonej w samym środku sali. Donna zbliżyła się do niej z uniesioną głową, z wyrazem smutku na twarzy, patrząc w górę na ciało obcej istoty rozciągnięte na szczycie tej kolorowej konstrukcji. Ciało także było ogromne, wielokrotnie większe od ciała człowieka. Skóra obcego była spękana i monotonnie szara. Tylko z grubsza przypominał kształty człowieka. Miał ramiona, ale nie posiadał nóg – jedynie wielki, miękki nawis skóry wpasowany w „fotel", lub czymkolwiek była owa konstrukcja. Głowa obcego była długa i wąska; bardziej niż twarz przypominała pysk zwierzęcia. W otwartych oczach kosmity – we wszystkich trzech oczach – odbijało się szaleństwo barw uwięzionych w ośmiokątnym pomieszczeniu.

– Co to ma być? – spytał Dean, chociaż wiedział już, że „to" był kosmita, i że ów kosmita był martwy.

– Domyślam się, że to pilot – odpowiedział Doktor.

– O mój Boże! – rzekł Sam wkraczając do komnaty. – To jest…

– Wasz pierwszy obcy? – uśmiechnął się Doktor. – Witajcie po drugiej stronie, chłopcy. Witajcie na dnie studni.

Wdrapał się na podwyższenie fotela pilota i przechylił się ponad martwym ciałem, za pomocą sonicznego śrubokrętu badając coś, co mogło być panelem kontrolnym.

– Szkoda, że nie żyje – dodała Donna. Ze łzami w oczach obejrzała się na Winchesterów.

– I to już od dość dawna – zauważył Doktor, manipulując przyrządami panelu. – Odniosło rany zanim jeszcze wpadło w portal międzywymiarowy. Statek był uszkodzony… Zaraz… Czy to jest obwód zwijający fale? Ale gdzie byłby włącznik…? Ooooch… tutaj jesteś ślicznoto!

– Potrafisz… potrafisz… pilotować ten statek? – westchnął Dean.

– Cóóóóż – Doktor odwzajemnił spojrzenie, obracając śrubokręt w długich palcach. – Umiałbym… chyba… gdyby nie był uszkodzony. Ale, tak czy inaczej – to cała kupa obcej technologii. Muszę się zastanowić, co z tym zrobić. Dwudziesty pierwszy wiek na Ziemi to nie miejsce na technologię żyjących statków, prawda?

– Zetknąłeś się z tym… tym gatunkiem? – cicho zapytał Sam.

– Nie. – Doktor znów zanurkował ku panelowi kontrolnemu. – Inny wszechświat. Inne formy życia. Ale wiem, że było samo na statku. Widzicie, to dziennik pokładowy, i tutaj jest napisane… eee… jeden członek załogi… pilot… wiozący kargo… czymkolwiek jest ffshpusseq

– To niczego nie tłumaczy – zauważył Dean. – Jeśli ten tu nie żyje, a na pokładzie nie było żadnych innych paskud, to czym było to coś w teatrze? To co mnie omal nie ukatrupiło?

– No, na pewno nie pilot – przyznał Doktor. – Monitor oznak życia w dzienniku pokładowym wskazuje, że to umarło na krótko zanim statek rozbił się na Ziemi. Tak jak przypuszczałem, zostało zatrute…

– Och, przestań! – odezwała się nagle Donna. – To nie jest to!

– Nie wiemy, czy to był samiec, samica, czy mieszanka płci, a może stworzenie bezpłciowe, lub… – zaczął Doktor. Donna przeszyła go spojrzeniem.

– Nie, ale… To… On był żyjącą istotą – warknęła. – Odrobinę szacunku.

– Zwróćcie uwagę na te oczy – powiedział Doktor. – Przepiękne oczy, wysoce rozwinięte oczy, cudowne oczy! Stworzenie było szare, zwyczajne, w sumie dość brzydkie, ale otaczało się takim pięknem. Wszystkie te kształty i kolory.

On, nie stworzenie! – wrzasnęła Donna. – I nie był brzydki! Dla niego to ty byłbyś brzydki, taki różowy, i chudy i włochaty!

Szczęka Doktora opadła odrobinę.

– Jestem włochaty? – zapytał. – To dobrze, czy źle – dodał po sekundzie namysłu. – Donna?

Ale Donna nagle poderwała się i popędziła w stronę wyjścia. Jej miedziane loki rozsypały się, oczy miała pełne łez. Rozepchnęła na boki Winchesterów, nadal stojących w progu z wyrazem osłupienia na twarzach, i pobiegła przez wąski korytarz, próbując stłumić łkanie.

– Donna? – powtórzył Doktor. – Ja nie chciałem… Donno, to… On nie żyje, nie może mnie usłyszeć… No, co ja takiego znów powiedziałem?