.13.
O co ten dramat?
Donna nie chciała płakać. Wybiegając z wraku statku była przede wszystkim wściekła. Naprawdę, naprawdę nie chciała płakać. A mimo to, płakała. Płakała nad obcym pilotem – ponieważ był brzydki, taki szary, ciastowaty, nieforemny. Płakała nad obcym statkiem – ponieważ był taki piękny i tak zrujnowany. Płakała przez Doktora – ponieważ okazał się taki nietaktowny i nieczuły. Sam był tak obcy.
Szlochała gorzko, skulona pod migotliwą burtą statku. Kiedy wreszcie otarła oczy i podniosła wzrok, stały przed nią duchy. A może, jak nazwałby je Doktor, ślady. Angelina Prow skrywała twarz w bukiecie różowych goździków; widać było jedynie jej wielkie, mroczne, bezświetlne oczy. Jej obraz był dość wyraźny, a mimo to migotał nieustannie tuż nad progiem postrzegania, raniąc oczy Donny.
– On nie żyje – wyszeptała Donna, głośno podciągając nosem. – Ten kosmita. Jest martwy.
– Powinniście stąd odejść – odparła Angelina. – Tu jest niebezpiecznie.
– A wy? – zapytała Donna.
– My już jesteśmy martwi – niewruszenie odpowiedział duch. Donna westchnęła.
– Oni wam pomogą – powiedziała. – Ci chłopcy… i Doktor.
– Zasypią trupa solą i podłożą ogień – rzuciła Angelina. – Ciekawe, co stanie się z nami? Czy wrócimy do tego, czym byliśmy, zanim ujrzeliśmy dziurę w świecie? Tak byłoby łatwiej. Nie musielibyśmy tak bardzo się bać. Kiedy przyjdą, żeby to nas zasypać solą i spalić.
– Nie zrobią tego! – wykrzyknęła Donna. – Wy… wy jesteście…
Zjawa Angeliny zamigotała gwałtownie, jak gdyby ktoś szybko przerzucał włącznik światła. Opuściła dłonie trzymające bukiet różowych kwiatów i spojrzała Donnie prosto w oczy ze smutnym uśmieszkiem tańczącym na wargach. A potem pozwoliła, by jej obraz uległ przemianie; tylko na moment, ale na moment dość długi, by Donna wrzasnęła ze strachu. Po chwili gnijące ciało, obnażające nagie zęby i mroczne jamy oczodołów zniknęło. Angelina ponownie skryła w goździkach swoją piękną twarz.
– Jesteśmy duchami – wyszeptała – a twoi przyjaciele polują na duchy. Kiedy walka się skończy, zrobią to, co będą musieli.
– A właśnie, że nie! – Donna otrząsnęła się z szoku i najeżyła się cała na samą myśl o tym, że Winchesterowie mogliby uśmiercić przyjazne duchy. – Nie pozwolę im na to!
– Być może nie będziemy mieli wyjścia – powiedział Dean, wyłaniając się z otworu w burcie statku. Donna obróciła się do niego gwałtwonie.
– Nie możecie! – wrzasnęła. – One nas ostrzegły! Próbowały nas chronić! Rany boskie, one są ofiarami; nie są złe!
– Nie teraz – zgodził się Dean, potrząsając głową. – Ale są czymś nienaturalnym. A kiedy wrócą do tego, czym były wcześniej…
– Nie! – Donna, z pobladłą twarzą, popatrzyła na Angelinę, z wolna rozpływającą się w powietrzu. – No, powiedz coś! Nie poddawaj się! Nie odchodź! Walcz!
– Donna… – Dean zawahał się, po czym ciągnął cicho. – One miały swoją szansę, ale jej nie przyjęły. Zdecydowały zostać na ziemi. Ale są cieniami, niczym więcej. Wszystko, co znały – przepadło. Każdy, kogo kochały, już nie żyje. Są samotne i zdesperowane. Z każdym rokiem tracą odrobinę człowieczeństwa, rozsądku. Niektóre z nich staną się z czasem wyblakłymi wizjami, pozbawionymi zdolności myślenia, duszy. Pozostanie im ból i tęsknota. A niektóre z nich poczują gniew. I wtedy ktoś będzie musiał tutaj przyjechać i zająć się nimi.
– Nie – cicho powtórzyła Donna. – Nie możecie.
Po jej policzkach popłynęły łzy. Dean zbliżył się i otoczył ręką jej ramiona. Donna westchnęła i ukryła twarz w jego poplamionej krwią kurtce.
– Przykro mi – łagodnie powiedział Dean. – Naprawdę.
– A jeśli się nie zmienią? Jeśli pozostaną takie, jakie są teraz? – wyszeptała w połę jego kurtki Donna. Objął ją tylko mocniej i nagle poczuła, że jego wargi muskają jej włosy. Spojrzała w górę, na twarz Deana, zamgloną za zasłoną łez, a potem całowała go, najpierw bezradnie, potem gniewnie, potem z furią, a potem po prostu go całowała, słodko i smutno, zagubiona w tej ulotnej chwili…
– Ekh-em…
Ich usta się rozłączyły. Odsunęli się od siebie, ale zaledwie odrobinę – nie rozpletli złączonych ramion. Sam i Doktor gapili się na nich; pierwszy z małym uśmieszkiem, drugi z twarzą całkowicie pozbawioną wyrazu.
– Doktorze? – wyszeptała Donna.
– Taaa? – odparł obojętnie.
– Ja… My…
– Mamy robotę. – Wzruszył ramionami. – Robi się późno.
– Robotę?
– Potrzebuję różnych takich z TARDIS. – Doktor obrócił się na pięcie i natychmiast zaczął się oddalać, z rękoma w kieszeniach i z rozwiewającymi się połami długiego płaszcza. – Zrobimy sobie seans.
– Seans? – powtórzył Dean. Puścił Donnę i zwrócił się do Sama. – Co, do cholery?
Młodszy Winchester tylko wzruszył ramionami.
– Seans? Seans? On sobie żartuje, nie? – drążył Dean.
– Powiedział, że chce pogadać z engramem – wyjaśnił Sam.
– Pogadać? Ten cholerny kosmita chciał nas pozabijać! Wiesz, że nie cierpię latać, a ten dupek zmusił mnie do latania bez samolotu! Nie będe z nim gadał! Ukatrupię go! – Skrzywił się, kiedy dłoń Donny smagnęła go w policzek. – Auu! Co?
– Nie jest ci przykro! – wrzasnęła na niego Donna. – Chcesz tylko zabijać!
Odepchnęła go i pobiegła w ślad za Doktorem, przez wypalony krąg ziemi. Sam przestąpił z nogi na nogę i skrzyżował ręce na piersi, obrzucając brata pytającym spojrzeniem.
– O co ten dramat? – zapytał.
– Się nie wtrącaj, co? – z furią prychnął Dean.
– Tylko pytam.
– To nie pytaj! Bo mamy problem, Sammy. Ten idiota chce się komunikować z martwym kosmitą, z martwym kosmitą, który potrafi się zamienić w wielką chmurę superdoładowanego zła, zdolną unieść w powietrze cały budynek i przetransportować go do krainy Oz! Potrafisz znaleźć słaby punkt w tym genialnym planie? Bo ja potrafię. Ten, w którym wszyscy umieramy!
– Zawsze możemy stąd wyjechać – cicho powiedział Sam.
– Co?
– Możemy zebrać się i jechać tam, gdzie powinniśmy być – powtórzył Sam.
Dean rzucił mu ponure spojrzenie.
– Jedź – powiedział zimno.
Sam drgnął, zaskoczony.
– Dean?
Starszy Winchester westchnął. – Jedź, Sam. Nie mogę cię zatrzymać. Jedź. Tak pewnie będzie bezpieczniej. Jedź do Bobby'ego.
– A ty?
– Mam tu ducha, który uciera ludzi na papkę i szaleńca, który chce się z nim bawić w latające stoliki. Nie mogę wyjechać.
– Dean…
– Co?
– Och, no to dociągnijmy to do końca – powiedział Sam nagle. – Zasypmy to solą, spalmy, odeślijmy to tych zaświatów, do których idą kosmici. Ale kiedy tylko tu skończymy…
– Tak, tak. – Kącik ust Deana drgnął leciutko, ale udało mu się powstrzymać uśmiech. – Będziemy potrzebowali kupy soli, nie uważasz?
