.15.

Plan A i plan B


W odległości kilku zaledwie mil natrafili na niewielką stcją benzynową. Była całkowicie opuszczona (Dean nie chciał się nawet domyślać dlaczego), ale za rogiem budynku stało plastikowe pudło wypełnione solą do posypywania jezdni. W czasie, gdy Sam przesypywał sól do znalezionych w sklepie toreb, Deanowi udało się odpalić na krótko przerdzewiałego pick-upa zaparkowanego w pobliżu dystrybutorów. W kącie sklepu znalezli kącik grillowy, pełen łatwopalnego dobrodziejstwa. Winchesterowie wrócili do wraku statku w znacznie lepszych niż uprzednio nastrojach (może za wyjątkiem Deana, rozpaczliwie stęsknionego za Impalą).

Zadanie przeniesienia worków z solą do wnętrza statku było istnym bólem w tylniej części ciała. Dosłownie. Dean próbował pomagać, ale rana wciąż mu dokuczała, więc ostatecznie to Sam najbardziej nadźwigał się i napodnosił. Teraz, osunąwszy się na stertę worków, Sam wyglądał na półżywego. Jego T-shirt, i tak już poszarpany i zakrwawiony, obecnie był na dokładkę przesiąknięty potem. Sam oddychał ciężko przez wysuszone wargi.

– Czy tylko mi się wydaje, czy tutaj jest gorąco? – spytał, ocierając czoło grzbietem dłoni.

Dean powoli odstawił na fluoroscencyjną podłogę metalowy kanister. Z przerdzewiałego naczynia wydobywał się silny zapach benzyny.

– Zaraz będzie – odpowiedział.

– Nie dziwi cię to, że nic nas nie atakuje? – zastanawiał się Sam.

– Może po prostu nie rozumie, co tu kombinujemy. – Dean potrząsnął głową. – W końcu to kosmita.

– Coś mi właśnie przyszło do głowy – wyjęczał Sam, staczając się z solnego łoża. – A co jeśli w tym innym wszechświecie sól nie jest właściwą bronią?

– Co? – Dean zatrzymał się w pół kroku i zaszokowany wlepił wzrok w młodszego brata.

– No, nie wiem, ale… Inne światy – inne zasady. To znaczy, nasza atmosfera okazała się dla niego toksyczna, więc, bóg jeden wie, czym to oddychało w swoim świecie. Może czystym tlenkiem węgla? Oparami cyjanku? Skąd możemy mieć pewność, że sól i żelazo mają takie same właściwości w realiach jego świata?

Dean otrząsnął się z chwilowego stuporu. Ze złością wzruszył ramionami i z impetem zaczopował kanister korkiem.

– Za dużo myślisz! – warknął.

– Ja… Ja tylko biorę pod uwagę różne możliwości.

– Znacznie lepiej się czułem zanim się za to zabrałeś!

– Wiem, ale… Może powinniśmy spytać? – Sam skinął głową w stronę Doktora, klęczącego na podłodze w otoczeniu wszelkiego rodzaju nie pasujących do siebie przedmiotów.

– Dopiero co widziałem, jak podłączał i-poda do maszyny do pisania – parsknął Dean. – Za pomocą widelca. To nie napawa zaufaniem. Niby ma być tym wiekowym kosmitą, ale… Niech mnie diabli, że nie wygląda.

Ona też jest kosmitką? – zadumał się Sam.

– Kto?

– Donna.

– Co?

– Czy ona też jest tysiącletnią kosmitką? – powtórzył Sam. – Jakoś nie miałem czasu spytać.

Dean zerknął w przeciwległy kraniec sali, gdzie Donna stała tyłem do nich wszystkich, pogrążona w cichej rozmowie z tłumkiem migotliwych duchów.

– Nie – powiedział cicho. – Jest zwyczajną dziewczyną.

– Ruby nazwała ją anomalią – ciągnął Sam marszcząc brwi.

– Ruby nazwała cię zabawką diabła! – parsknął Dean. – Kogo obchodzi, co gada ta suka!

Sam kopniakiem wyrównał ułożenie worka, który zsunął się z solnego stosu.

– Ona nie kłamie – rzucił. – Powiedziała, że to nie jest ich miejsce; ani Doktora, ani Donny. Powiedziała, że przyniosą kłopoty. Powiedziała, że się z nią zwiążesz i zrobisz się… nieuważny…

– Kiedy to wszystko powiedziała? – warknął Dean odwracając się do Sama.

– Taa… – młodszy Winchester wyraźnie się zawahał. – Zapomnij o tym.

– Gdzieś ty się podziewał tej nocy, co, Sammy? – Dean zbliżył się do niego agresywnie, z iskrami gniewu rozjaśniającymi zielone tęczówki. – Spiknąłeś się ze swoją piekielną zdzirą?

– Dean…

– Jakich to prawd nawciskała ci tym razem?

– Och, daj spokój. – Sam obrócił się na pięcie i ruszył w stronę wejścia do korytarza.

– Szlifowałeś swoje mroczne sztuczki, nie? – krzyknął za nim Dean. – Pichciłeś jakieś złe mojo?

Sam zatrzymał się na chwilę, garbiąc ramiona. Nie obejrzał się na Deana, ale odpowiedział cicho:

– Nie chciała ze mną rozmawiać. Bała się.

– Nie dała ci tego, co zazwyczaj ci daje, żeby podkręcić cię do poziomu superdoładowanego skurwiela, co? – naciskał Dean. – To dlatego jesteś taki wykończony.

– Jestem wykończony, bo w pojedynkę postrzymałem gigantyczną chmurę obcej energii duchowej od zamordowania mojego brata – wymruczał Sam.

– Nie w pojedynkę i nie powstrzymałeś – zimno oznajmił Dean. – Doktor powstrzymał.

Ramiona Sama opadły odrobinę, ale nie odwrócił głowy. Poszedł tylko powoli w stronę korytarza i wyszedł z obszernej sali. Dean nadal jeżył się z gniewu. Miał wrażenie, że w jego żyłach krąży potrójne ekspresso pomieszane z RedBullem. Czuł, że mięśnie twarzy drgają mu niekontrolowanie. Przemaszerował przez pomieszczenie w stronę Doktora.

– Co to ma być? – zawarczał do chudych pleców obcego, obleczonych w prążkowany garnitur. – Co robisz?

Doktor obrócił nieco głowę. Znów nosił swoje okulary w czarnych oprawkach, a twarz wysmarowaną miał pyłem.

– Mógłbym ci powiedzieć – zaczął, po czym zmienił zdanie. – Ale i tak byś nie zrozumiał.

– Spróbuję. – Dean, jeszcze bardziej wściekły, skrzyżował ramiona na piersi.

– Konstruuję telefon – powiedział Doktor powoli.

– Co?

– Nooo, nie tyle telefon, co konwertor energii, ale czyż nie tym jest telefon – wibracje przeobrażane w impulsy elektryczne, a następnie na powrót w wibracje, tworzące dźwięk?

– Wciąż zamierzasz gadać z tym dupkiem? – oschle przerwał Dean.

Doktor obrzucił go ostrym spojrzeniem sponad okularów.

– Tak.

– O czym?

– Na początek zapytam, czy mogę mu pomóc – ze złością odpowiedział Doktor. Wycelował czubek swojego sonicznego śrubokrętu prosto w pierś Deana. – Spróbuję go uspokoić. Spróbuję namówić go do podjęcia dialogu.

– Robiłeś to już kiedyś? – spytał Dean.

Doktor wzruszył ramionami.

– Nie.

– A ja tak – powoli powiedział Dean.

– Rozmawiałeś z martwymi kosmitami z innego wymiaru? – Jedna brew Doktora wystrzeliła ku górze w udawanym zaskoczeniu.

– Rozmawiałem z martwymi ludźmi – zawarczał Dean. – Aż tak się to nie może różnić. Próbowałem wcześniej rozmawiać z rozgniewanymi duchami. To się nigdy dobrze nie kończyło, wiesz?

– Taaa. – Doktor znów wzruszył ramionami. – Dobrze wiedzieć, że masz swój plan B, w razie gdyby plan A się nie powiódł.

Obejrzał się przez ramię na stos pogrzebowy wzniesiony przez Winchesterów wokół martwego pilota. Brwi złączyły się nad jego wąskim nosem.

– Pewnie! – Dean okręcił się na pięcie. Drgnął, jakby zamierzał odejść, ale potem zerknął za siebie. – Sam uważa, że sól może nie zadziałać. Inne wymiary – inne zasady.

– Taaa… – Doktor przeciągnął się i nieuważnie zburzył swoje włosy. – Wiesz, ja i tak nie wierzę w te wszystkie śpiewy, zaklęcia, sól i ogień. Ale gdybym wierzył… Sam może mieć rację. Pozostaje nam mieć nadzieję, że nie będziemy się musieli o tym przekonać. A-cha!

– Co?

– Pole zaczęło się budować. Teraz musimy tylko zwrócić na siebie uwagę śladu. To nie powinno potrwać długo – radośnie odparł Doktor.

Dean tylko popatrzył na niego ciężkim wzrokiem.