.16.
Płonie, płonie stos żałobny
W dwie godziny później nadal siedzieli na podłodze w pobliżu fotela pilota. Sam zasnął z głową opartą o worek z solą. Donna nakręcała na palec pasemko włosów. Dean bawił się nożem, podrzucając go i łapiąc tuż nad podłogą. Doktor zamknął oczy i mamrotał coś pod nosem.
– Spalmy to wreszcie – po raz nie wiadomo który powiedział Dean, cudem uniknąwszy obcięcia sobie palców ostrzem noża. – Nie możemy czekać w nieskończoność.
– Nie! – Oczy Doktora otwarły się gwałtwonie. Poderwał się z podłogi.
– Czemu nie? Czemu nie, Doktorze. Tak czy tak, to najbardziej humanitarna rzecz, jaką możemy zrobić – westchnął Dean.
– I to mnie najbardziej odrzuca – zawarczał Doktor. – Ta humanitarna rzecz. Bo za każdym razem, kiedy zaczynacie mówić o humanitarnych rozwiązaniach, ja widzę gilotynę… albo krzesło elektryczne… Gdybym był człowiekiem, nie używałbym słowa humanitarny dla opisania aktu ludobójstwa.
Donna zerknęła na niego z mieszniną gniewu i smutku. Otworzyła usta, ale tylko westchnęła.
– Ale nawet jeśli z tym porozmawiasz… – upierał się Dean – …nawet jeśli ci się uda, co dalej? To nie żyje. Jest duchem. Jeśli zostawimy sprawy własnemu biegowi, znów kogoś zabije. Twierdzisz, że zabija, ponieważ jest przerażone, super, ale wkrótce zacznie zabijać dlatego, że nie może stąd odejść, że jest samo, uwięzione tu, na Ziemi, tak daleko od domu. Ja tylko mówię, że powinniśmy to uwolnić.
– Nie. – Brwi Doktora złączyły się nad jego nosem. Obrzucił Deana ciężkim spojrzeniem. – Nie. Nie w ten sposób.
Starszy Winchester wytrzymał spojrzenie Doktora.
– Decyzja nie należy do ciebie. – Sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął z niej zapalniczkę zippo. Otworzył wieczko ruchem kciuka. – To nie twoja gra. Nie znasz jej zasad. Siedzimy tu i czekamy, aż to coś wróci i spróbuje zatłuc nas na śmierć. To czysta głupota!
– Głupota! – wykrzyknął Doktor. Podskoczył wyrzucając ręce w powietrze. – Głupi! Jestem stary i głupi!
– Ja to nazywam epifanią – cichutko wyszeptała Donna. – Co? – zerknęła na Doktora miażdżącego ją wzrokiem sponad swojego naprędce skonstruowanego ustrojstwa rozmieszczonego na podłodze. – Rozumiem różne rzeczy. Znam słowa. Nawet wiem, co znaczą.
– Używam złej przynęty! – odpowiedział, obracając pokrętłami i odłączając przewody po to tylko, by ponownie je podłączyć w innym miejscu. – Za pierwszym razem spotęgowałem emocjonalne echo sali kinowej. A ta była pełna przerażonych duchów. Nie byłem uprzejmy, nie zapraszałem tego stworzenia do miłej pogawędki. Nadawałam strach. Czysty, niezmącony strach, rozpacz, poczucie straty i bólu. Ono się tym żywi. Zabija, aby zdobyć pożywienie. Kiedy ludzkie ciało opada ku ziemi, aby się na niej roztrzaskać, całe to przerażenie… wszystkie te emocje…
Dean zastygł bez ruchu z palcem na wieczku zapalniczki, a Donna przycisnęła dłoń do ust. Sam przebudził się gwałtownie i zapatrzył na Doktora zamglonymi, przekrwionymi oczyma.
– Co próbujesz powiedzieć? – cicho zapytał Dean.
– Nie przychodzi, bo nie jest głodne. – Doktor, z obydwiema rękoma pełnymi nakrętek i kabli, posłał mu szeroki uśmiech wariata. – Miało prawdziwą ucztę, kiedy spadaliśmy; nażarło się strachu Sama, paniki Donny, mojego… zaniepokojenia… twojego bólu, rozpaczy duchów. Ma pełny bebzun, przetrawia.
– To co, nie przyjdzie? – z nadzieją w głosie spytała Donna.
– Nie w najbliższym czasie, nie. – Doktor potrząsnął głową. – Jak długie były odstępy czasu pomiędzy zgonami w tej okolicy?
– Pomiędzy ucieraniem puree? Tydzień. Dziesięć dni – powiedział Dean ze zrozumieniem świtającym w głosie.
– Dziesięć dni po normalnym posiłku. A dopiero co miało ucztę złożoną z czterech dań. – Doktor przepchnął duże lustro na środek ośmiokątnej sali. – Jest za bardzo skupione na trawieniu, żeby ze mną pogadać.
– Dobrze – stwierdziła Donna. – To czemu tak ganiasz?
– Zmieniam ustawienia.
– Na jakie?
– Na emetyki.
– Niech mnie diabli – wyszeptał Sam podnosząc się powoli. – Zmusisz go do wymiotów?
– To powinno przyciągnąć jego uwagę.
– To go wkurwi do kwadratu!
– Doktorze, myślę, że nie powinniśmy… – zaczęła Donna, ale szczupły mężczyzna już skończył zmieniać ustawienie instrumentów i przerzucił główny włącznik. Nie rozległ się żaden dźwięk, ale Donna doznała okropnego wrażenia, jak gdyby wgryzała się w watę, równocześnie ciągnąc paznokciami po tablicy i zgniatając mokry styropian, a wszystko to w samolocie opadającym kominie powietrznym. Żołądek skręcił jej się w węzeł, a krew odpłynęła od policzków. Duchy pojawiły się wszędzie dookoła, drgając w udręce i jęcząc. Dean potknął się i opadł na jedno kolano, krzycząc z nagłego bólu, zaś Sam po prostu zwalił się na plecy na worki z solą, mocno ściskając skronie dłońmi.
– Doktorze! – wrzasnęła Donna. – To okropne! To jest naprawdę okropne!
– Dean! – krzyknął Sam. – Zrób to!
Zapalniczka Deana kliknęła i poszybowała łukiem przez salę, ciągnąc za sobą długi jęzor płomienia. Wylądowała w kałuży benzyny.
– Nie! – wykrzyknął Doktor.
Błekitne płomienie z sykiem wspięły się na fotel pilota, rozlały po workach z solą i podłodze. W jednej chwili stos pogrzebowy zajął się morzem ognia.
– Nie! – jęknął Doktor. – Po coś to zrobił?
– Żebyś ty nie pozabijał nas wszystkich? – Dean złapał Donnę za rękę i podniósł ją z podłogi. – Chodź, wynosimy się stąd! Sam, możesz iść? Doktorze?
Ciało pilota już się topiło. Wydzielało ohydny smród – słodko–gorzki i bardzo obcy. Pod wysokim sklepieniem gromadził się dym. Donna rozkaszlała się i już nie mogła przestać.
– Doktorze! – zawołała pomiędzy spazmami kaszlu. – Doktorze, zostaw to!
Nie mogła go już dostrzec w gęstniejącym dymie. Dean wlókł ją za sobą, a za nimi potykał się Sam, ale nie widziała Doktora.
– Dean – wydyszała. – Dean, on tam został!
Maszyneria Doktora nadal bezgłośnie śpiewała, wywołując nieznośne mdłości i ból głowy. Donna była pół przytomna. Nagle zdała sobie sprawę, że wytacza się z wnętrza obcego statku. Zaczęła wić się w objęciach Deana.
– On został w środku! – wrzasnęła. – Zostawiłeś go!
Dean tylko na nią popatrzył. Miał pobladłą twarz, a jego oczy wydawały się ogromne. Po raz ostatni ścisnął ramiona Donny, spojrzał na Sama lecącego na ziemię tuż obok nich, po czym głęboko nabrał powietrza i popędził z powrotem w kierunku statku. Już miał wbiec do korytarza, gdy cały pojazd wksplodował ogniem, dymem i straszliwym jękliwym kaszlem.
Stojąc w bezruchu, jak sparaliżowana, Donna spojrzała w górę, na kulę zielono-złotego ognia, w jaką przeobraził się statek. Dean w żaden sposób nie mógł już wrócić po Doktora. Stos żałobny płonął, płonął, wydzielając nieznośny żar i emanując apokaliptyczny wrzask wkurwionego pozaziemskiego ducha.
Donna wrzasnęła bez słów. Dean zaklął.
Statek zatonął w płomieniach, a Doktor zatonął razem z nim.
