Od kiedy tylko trafiła do szpitala, miała wrażenie że jej życie kręci się teraz wokół wojny sprzeczności. Ciało odmawiało współpracy, a wewnątrz niemal się gotowała ze złości; wiedziała, że musi być spokojna, a miała ochotę rozmieść w pył całą Warszawę; chciała, by Kordian nie opuszczał jej sali, ale nie mogła przy nim pozbierać myśli. Gdyby mogła, w tej chwili pobiegłaby na neonatologię, żeby zobaczyć swoje dziecko – jednocześnie nie nalegała na przyspieszenie tego wydarzenia, bo wiedziała, że to ostatecznie przypieczętuje całą resztę jej życia. Nieodwracalnie zmieni jego sens i kierunek.
Brakowało jej każdego straconego dnia z ciąży, która została nagle przerwana. Powtarzała sobie, że zwolni nieco w ostatnim miesiącu, by mentalnie oswoić się ze świadomością pojawienia się Pasożyta. Stało się inaczej – nowa rola spadła na nią szybciej, niż to planowała. Nie rozmyślała nad tym, ile straciła podczas przebywania w śpiączce; bała się jednak, ze wbrew swojej życiowej filozofii, lat w zawodzenie i pragmatyzmowi, w tą nową rolę wejdzie bez zwyczajowego dla niej przygotowania.
Jeszcze bardziej zaskoczył ją drugi ordynator, ten starszy, który jak tylko pozwolił jej korzystać z wózka, podjął decyzję zanim zdążyła zaprotestować i po chwili wziął ją na neonatologię.
- Podejrzewam, że dobrze Pani zrobi widok maleństwa – zacmokał z dumą w głosie. – Proszę się tylko nie przestraszyć.
„Podejrzewam, że dobrze by ci zrobił okład z cegieł na twoje przerośnięte cojones", pomyślała Chyłka, zagryzając wargi. Nie znosiła starego dziada; o wiele lepiej rozmawiało jej się z młodszym ordynatorem, który nie robił z siebie wszechwiedzącego bożka i szanował zdanie pacjentów.
Szczęśliwie dla niej, tuż przy recepcji odezwał się jego pager. Przeprosił, wezwał jedną z pielęgniarek i oddalił się pospiesznie w stronę chirurgii.
- Pani Chyłka, tak? Dobrze Panią widzieć – powitała ją pielęgniarka, podchodząc do wózka.
- Wystarczy Chyłka – mruknęła, kuląc się nieco w niewygodnym wózku.
- Ok. Dziecko ma się coraz lepiej, wyniki stopniowo się poprawiają. Lekarz prowadzący jest dobrej myśli. Od wczoraj wprowadzono dodatkową rehabilitację, żeby wzmocnić mięśnie. – wyrecytowała niemal z pamięci.
Chyłka kiwnęła głową, nie wiedząc, czego więcej się od niej oczekuje.
- Chcesz zobaczyć córkę? – zapytała pielęgniarka.
Joanna przeniosła wzrok na korytarz przed nią, a potem kiwnęła niepewnie głową. Pielęgniarka poprowadziła wolno wózek, jakby czuła, że każda sekunda da jej więcej siły na oswojenie się z tym, co na nią czeka.
Sala była mała, miała za to na lewej ścianie wielką szybę do pokoju pielęgniarek i lekarzy, a naprzeciw – ogromne okno z którego widać było wściekle zielone korony drzew. Pielęgniarka podjechała do jedynego używanego inkubatora, za którym znajdowało się kilka monitorów i nieznanych jej dotąd maszyn. Podała jej obie dłonie i pomogła wstać, przytrzymując ją po chwili za lewe ramię.
Dziecko było podpięte do kilkunastu rurek. Nie wyglądało jak typowy bobas z plakatów i okładek książek; było o wiele mniejsze, sprawiało wrażenie kruchego i całkowicie bezbronnego. Chyłka dotknęła prawą dłonią szybki urządzenia.
- Jak… jak ona sobie radzi? – wyszeptała Joanna, próbując uspokoić przyspieszony oddech.
- Całkiem dobrze. Był problem z niedotlenieniem, ale teraz stosujemy tylko standardowe procedury. Ta cała aparatura ma pomóc rozwinąć się płucom. Mała jest bardzo silna – spokojnie informowała pielęgniarka. Chyłka kiwnęła głową, wciąż wpatrując się w małe ciałko. Emocje wzięły jednak górę i poczuła, ze robi jej się słabo. Pielęgniarka momentalnie objęła ją i pomogła jej usiąść na wózku.
- Chcesz ją wziąć na ręce? – zapytała po chwili, gdy Chyłka znów oddychała miarowo.
- Mogę? – zdziwiła się Joanna, podnosząc zaniepokojony wzrok na pielęgniarkę. Ta spokojnie pokiwała głową. Podała Chyłce podłużną poduszkę i poinstruowała ją, jak ma ułożyć ręce, a następnie odwróciła się i zaczęła przygotowywać dziecko.
Chyłka nie zdawała sobie sprawy z faktu, że wstrzymała oddech, dopóki nie poczuła w rękach małego, ciepłego ciężaru. Dziecko leniwie rozciągało rączki i nóżki, gdy po chwili przylgnąć do jej ramienia z cichym kwileniem. Joanna z jednej strony wyciągnęła drugą rękę, by pewniej utrzymać dziecko, a z drugiej uświadamiając sobie, że przecież jest tak małe, że jedna ręka jej wystarczy.
- Będę obok, wystarczy zawołać – powiedziała pielęgniarka, okrywając jeszcze dziecko kocykiem, po czym cicho wyszła z Sali.
Chyłka nie mogła oderwać wzroku od małej, różowej twarzyczki. Teraz z kolei znów jej serce przyspieszyło, a po całym ciele rozlewała się jakaś ciepła fala, dotąd kojarzona zwykle z obecnością Kordiana w jakiś kluczowych momentach. Nie wyobrażała sobie wcześniej ani razu, jak będzie wyglądał Pasożyt, jaki będzie; gdy jednak dostrzegła w twarzyczce Aleksandry kilka rysów ewidentnie przypominających ją samą i Magdalenę, wzruszyła się lekko i uśmiechnęła.
Starając się nie naciągnąć żadnego z kabelków – dopiero teraz dotarło do niej, że nie jest ich znów aż tyle, po prostu były bardzo długie i grube – przysunęła córkę bliżej do siebie, kładąc sobie ją całą na klatce piersiowej. Mała westchnęła kilka razy, po czym oparła ciepły policzek na piersi Chyłki.
Joannie udało się opanować wreszcie oddech, jednak w tym samym momencie poczuła, jak coś mokrego spływa jej po policzkach.
- Przepraszam cię za zjebany początek – szepnęła, starając się opanować.
Nie wiedziała, jak długo tak siedziały razem. Ręce trochę jej drętwiały, ale jednocześnie nie mogła sobie wyobrazić tego momentu, kiedy pielęgniarka przyjdzie i zabierze jej dziecko z ramion. Mała spała spokojnie, co jakiś czas poruszając nóżkami i rączkami.
W końcu jednak monotonne odgłosy otaczających je maszyn zostały uzupełnione o te przypominające kroki w szpitalnych ochraniaczach na buty. Ustały gdzieś na wysokości drzwi. Chyłka nie poświęciła im większej uwagi, spodziewając się, że w końcu przyszedł czas kiedy pielęgniarka karze jej odłożyć dziecko. Kiedy jednak to nie następowało, odwróciła się wreszcie przez ramię i dostrzegła stojącego w progu Kordiana.
- Dopiero co przestałeś reprezentować amebę umysłową, to od razu przekształcasz się w gapiącego jamochłona? – westchnęła, wracając do poprzedniej pozycji. Kordian lekko się zaśmiał i wszedł do pokoju, zatrzymując się przy oknie. Oparł się o parapet i dalej wpatrywał się w Chyłkę.
- Wybacz… po prostu jestem świadkiem rozpadu jednego świata i powstawania nowego. Joanna Chyłka odradza się na moich oczach – mruknął pod nosem.
- Goń się – odburknęła mu, posyłając jednak uśmiech. Ten został odwzajemniony w ciszy.
Joanna poprawiła się na niewygodnym wózku, jedną ręką asekurując śpiące na niej dziecko.
Spojrzenie Kordiana, niegdyś tak bardzo ją irytujące, teraz pozostawało w pełni akceptowane i oddane. Nie chcąc tego przyznawać przed sobą, Chyłka czuła się w tej okropnej sali, jakby nagle z pojawieniem się Kordiana świat wrócił na odpowiednie tory, a otaczający ją chwilowo chaos zaczynał się wyciszać.
Oczy obojga wyrażały setki myśli i słów, które można było pozbierać w jedno, to najtrudniejsze do wytłumaczenia – mamihlapinatapai.
I jakkolwiek osłabiona by nie była, Chyłka gotowa była powyrywać ręce i nogi każdemu, kto by tą chwilę przerwał.
