Kolejny dzień na Argentyńskiej mijał w rytmie narzucanym przez małą Aleksandrę. Chcąc nie chcąc, Chyłka codziennie weryfikowała swoje dotychczasowe przyzwyczajenia, starając się znaleźć najlepszy sposób na poukładanie ich między karmienie dziecka, zmienianie pieluch i inne około-aleksandrowe wymagania. Dziecko było wyjątkowo spokojne po tym, jak opuściły szpital, ale swoje potrzeby Maleństwo sygnalizowało głośno i dosadnie. Przewlekłe przemęczenie, z którego Chyłka nie mogła się jakoś otrząsnąć, nie pomagało jej w nowej codzienności.

Odwiedziła ich dzisiaj Magdalena z Darią; Chyłka była wdzięczna siostrze za pomoc, jaką ta jej niosła, gdy Oryński był w pracy. O ile z ogarnięciem mieszkania i dziecka nie było jako takiego problemu, o tyle na wyjście na jakieś większe zakupy Chyłka nie miała jeszcze siły, a Oryński – czasu. Gdy tylko wychodził ze Skylight, od razu kierował się na Argentyńską, nie chcąc tracić ani jednej chwili. Świadomość, że ktoś go wyczekuje, była taka… wypełniająca, i ostatecznie przypieczętowała jego przyszłe plany. Argentyńska stała się dla nich ich małym centrum świata, do którego ciągnęło ich bezsprzecznie.

Daria była zachwycona małą kuzyneczką i z dumą, ostrożnie pod okiem mamy i ciotki, prowadziła czarny wózek Silver Cross - prezent od „dziadka Harry'ego" - przez Park Skaryszewski. Chyłka codziennie około szesnastej ruszała w trasę z Aleksandrą, truchtając powoli w stronę parku, gdzie czekały na Oryńskiego. Zieleń nie była jej kolorem, ale dziecko miało przebywać na świeżym powietrzu – a do Skaryszewskiego było najbliżej. Co więcej, tuż przy Stawach Kaczych jakiś starszy mężczyzna dorabiał sobie, sprzedając z budki wyjątkowo mocną kawę – którą Chyłka serwowała sobie, umilając oczekiwanie na Zordona. Potem wracali we trójkę do mieszkania Chyłki, odbierając po drodze zamówiony obiad. Taki plan popołudnia Aleksandra przyjmowała bez żadnego protestu, więc szybko praktyka weszła im w krew. Tym razem Magdalena i Daria miały im towarzyszyć, bo Joanna cały dzień narzekała na ból głowy i nie chciała iść w miasto sama.

- Tylko ani słowa Zordonowi o mnie – upominała po raz ostatni Magdalenę, gdy usiadły przy Stawach i obserwowały, jak Daria prowadzi wózek w tą i z powrotem.

- Daj spokój. Przecież widać po tobie, że to nie jest twój dzień. – mruknęła Magdalena. – I nie mówię tego złośliwie. Nie wyglądasz za dobrze.

- Powiedz mi coś, czego nie wiem – odburknęła jej Joanna, popijając kawę. – Czuję się gównianie cały czas.

- A ostatnie wyniki?

- Bzdura – mruknęła Joanna. – Niby wszystko ok, ale wszystkiego za mało albo za dużo. Mają powtarzać za tydzień.

Zmęczona spacerem Daria podjechała do nich z wózkiem i usiadła między nimi. Chyłka kontrolnie zerknęła, czy Aleksandra dalej spokojnie śpi.

- Alutka jest przesłodka, ale nie mogę się doczekać, aż będę się z nią bawić – westchnęła dziewczynka. Jako jedyna z rodziny, otrzymała pozwolenie na zdrobnienie imienia Aleksandry. Nie minęła minuta, gdy znów się ożywiła i podskoczyła na ławce. – Wujek Zordon!

Rzeczywiście, z lewej strony szybkim krokiem zbliżał się do nich Oryński. Daria zeskoczyła z ławki i wybiegła mu na spotkanie, nim Magdalena zdążyła ją powstrzymać.

Kiedy zbliżyli się do ławki, Chyłka od razu zauważyła, że Kordian wygląda na równie zmęczonego co ona. Wymienili kilka zdań z Magdaleną, po czym pożegnali się i każda para ruszyła w swoją stronę.

- Istne piekło w Skylight – wyrzucił z siebie Kordian, jak tylko oddalili się od Magdaleny i Chyłka zaczęła go mierzyć naglącym wzrokiem. – Old Man miał domknąć sprawę z jakimiś Top Of the Top klientami, ale godzinę temu zadzwonił do Anki, że odwołuje wszystkie spotkania z najbliższego tygodnia i wyjeżdża. Po czym zadzwonił do mnie, i prosił, żebyśmy jutro pojechali za niego do Poznania.

Chyłka zatrzymała się na chwilę w miejscu.

- My? Do Poznania? Dzwonił tylko do ciebie? – wyrzucała z siebie słowa niczym karabin. – Dlaczego nic o tym nie wiem?

- Bo albo zgubiłaś telefon, albo celowo olewałaś połączenia od niego – mruknął Oryński pod nosem. – Co jest niezaprzeczalnie najgorszym z prawniczych błędów, jakie można popełnić i o którym mi tyle razy powtarzałaś, że będę go pamiętał do grobowej deski. A tobie go nie wypomnę, bo coś mi mówi, że znów dopadła cię migrena i wyciszyłaś dźwięki i wibracje. Bo jesteś na macierzyńskim.

Chyłka sięgnęła do torebki i wyciągnęła telefon – rzeczywiście, z samego rana zrobiła dokładnie to, co powiedział Zordon, zupełnie o nim zapominając w ciągu dnia. Istotnie, Harry próbował się z nią połączyć kilka razy.

- W każdym razie… - Kordian zamienił się miejscami z Chyłką i przejął wózek. – Zgodziłem się, bo chodzi o Betelskich.

Nazwisko momentalnie wszystko wyjaśniło Chyłce – była to rodzina przedsiębiorców z Wielkopolski, którą Kancelaria obsługiwała niemal od początku istnienia. Stary Betelski, obecnie na emeryturze, był serdecznym przyjacielem McVay'a i Harry niemal nigdy nie dopuszczał do interesów rodziny żadnego innego prawnika. „Żadnego, prócz mnie" – pomyślała Chyłka, przypominając sobie swój pierwszy rok w firmie. Była wtedy tą wschodzącą gwiazdą, pupilką Harry'ego, i jako jedyna w historii towarzyszyła raz Harry'emu w spotkaniu z Józefem Betelskim. I mimo tego, że nigdy więcej się już nie spotkali w tym samym składzie, Old Man często gdy widywali się prywatnie, opowiadał Chyłce o tym co słychać u jego najlepszych klientów – na ile mu, oczywiście, pozwalała etyka adwokacka. Joanna wiedziała więc mniej więcej, czego mógł oczekiwać od nich klient i imienny partner. Co więcej – jeśli dobrze pamiętała, to w tej jednej sprawie, wieki temu, Harry wskazał i umocował ją jako jedyną osobę, która mogłaby podejmować jakiekolwiek decyzje w sprawie Betelskich. I to prawdopodobnie nigdy nie uległo zmianie, pomimo faktu że kiedyś stanęła po stronie Żelaznego.

- Betelscy to najstarsi klienci kancelarii, a Harry traktuje ich jak rodzinę – wyjaśniła Kordianowi, choć zdawała sobie sprawę, że tyle dowiedział się już sam. – Coś naprawdę musiało się spierdolić, skoro wyjechał, a my mamy go zastąpić.

- Old Man powiedział mi tylko, że to sprawa banalna ale pilna, prosił żebyś go zastąpiła i wprowadził mnie w jako taki zarys, a jak wróci, to wszystko nam wyjaśni. – mruknął Oryński, prostując nieco plecy, gdy mijali po drodze inne mamy na spacerze z dziećmi. Mimo nasilającej się migreny, nie uszło to uwadze Chyłki, która parsknęła śmiechem na ten widok.

- No co? – żachnął się, kiedy kolejna kobieta obrzuciła go zalotnym spojrzeniem.

- Zdajesz sobie sprawę, że te mamuśki jarają się wózkiem, a nie tobą? – rzuciła, krzyżując ręce na piersiach.

- Jesteś o mnie zazdrosna?

- Co to to nie, Zordon. Próbuję cię właśnie ściągnąć z obłoków, na których osiadasz za każdym razem, jak zaczynasz prowadzić ten cud pojazdów dla dzieci.

- Sama mi powiedziałaś, że jeśli chcę go prowadzić, to mam się stosownie ubierać i iść, żeby nie ujmować jego atrybutom.

- Żebyś tak samo przykładał się do aplikacji jak do swojej aparycji, Zordon… na litość boską, uważaj na koła! – mruknęła, kiedy nieco gwałtowniej chciał wyminąć kałużę i wbił się kołami wózka w kamienie na dróżce. – Ten pojazd jest wart więcej niż Rydwan Ognia, szanuj go, albo odbiorę ci kierownicę.

- Okej, okej… - przytaknął, sprawdzając czy z kołami wszystko w porządku i ruszyli w dalszą drogę.

- Nie okej okej, tylko będę go prowadzić ostrożniej niż Iks piątkę. Jak urodzę ci kolejne dziecko, dziadek Harry nie będzie już taki wylewny i nie kupi mi drugiego Silver Crossa, a ten wyjątkowo pasuje do mroku w mojej duszy.

Kordian zachłysnął się i spojrzał na nią niepewnym wzrokiem.

- Planujemy kolejne dzieci? – zapytał z nieukrywanym szokiem w głosie.

- Z tobą akurat ciężko cokolwiek planować, ale trzeba brać pod uwagę każdą alternatywę. – poklepała go uspokajająco po ramieniu, zaśmiewając się w duchu z reakcji jaką wywołała. – Przylepy też nie planowałam. Najważniejsze to nie dać się zaskoczyć.

Podczas dalszej drogi ustalili, że wyjadą z samego rana do Poznania. Chyłka miała jeszcze wieczorem zapoznać się z dokumentami, które Anka pospiesznie uszykowała Kordianowi.

Wieczorem, kiedy Kordianowi przypadło przygotowanie Aleksandry do snu, Chyłka położyła się na kanapie w salonie i zaczęła przeglądać papiery Betelskich. Wszystko wyglądało standardowo, nie była to jakaś skomplikowana spawa – ale po pierwsze, wolała być przygotowana i zaznajomiona z tematem, zwłaszcza że wiedziała, jak wiele ta rodzina znaczy dla Harry'ego; po drugie… dopóki nie wzięła akt do ręki, nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo brakowało jej tego przez ostatnie miesiące.

Lektura wciągnęła ją do tego stopnia, że kompletnie wyłączyła się z otaczającego ją świata. Ból głowy zelżał, czuła że wraca jej nieco sił, a wizja wyjazdu i możliwość poprowadzenia Iks piątki taki kawał drogi napawała ją niemal dziecięcą ekscytacją. Co prawda, musiała jeszcze spakować swoje rzeczy i Aleksandry…

Usłyszała pukanie do drzwi wejściowych, i spojrzała zaciekawiona w stronę korytarza. Po chwili Kordian z Aleksandrą na rękach pojawił się w korytarzu i zerknął przez wizjer.

- Kormak – rzucił krótko w jej stronę i otworzył drzwi Chudzielcowi.

- Ja tylko na sekundę, nie chcę wam zaburzać miru domowego – mruknął, zamykając za sobą drzwi ale nie puszczając klamki. – Ta pilna sprawa Old Mana, przez którą wyjechał, to… no, nie chciałem wam tego mówić przez telefon…

- Wysłówże się wreszcie – mruknęła Chyłka, wstając z kanapy. Weszła do korytarza i ledwie spojrzała na Kormaka, wiedziała, że nie przynosi dobrych wiadomości.

- No, to… Old Man pojechał zorganizować pogrzeb. William zmarł dziś rano. – Chudzielec wyrzucił na jednym tchu.