Minęło kilka tygodni od wyprawy do Poznania, która w pamięci Chyłki zapisała się w szczególny, choć nie mówiła o tym wprost – urokliwy i chwytający ją za serce sposób. Choć w pierwszej chwili ogarnęło ją totalne zdziwienie, szok i przerażenie, sytuacja nie była znów aż taka groźna, na jaką wyglądała. Tego wieczoru, kiedy leżała wtulona w ramiona Kordiana, po tym jak jeszcze kilka razy zapewnił ją, że cokolwiek by jej nie dolegało, to ze wszystkim sobie poradzą – pozwoliła sobie wreszcie na całkowite odsunięcie myśli dotyczących jej zdrowia na bok. Zresztą, Oryński bezsprzecznie postarał się o to, by uczcić tą okazję. Mimo, że do tej pory mieli już oboje innych partnerów i doświadczenia, ten rodzaj bliskości jaki doświadczali ze sobą, był dla nich wyjątkowy, bo całkowicie inny od poprzednich. Chyłka czuła się, jakby dopiero teraz, po wielu latach, znalazła to, na co czekała, choć wcale nie wiedziała, czego było jej brak. Kordian z kolei odwrotnie – dokładnie wiedział, czego oczekuje i cierpliwie czekał, aż nadszedł moment w którym wreszcie jego oczekiwania się ziściły, a on mógł z radością brać udział w tworzeniu tego nowego, wspólnego życia.

Niestety, tydzień po zaręczynach, na Argentyńską dotarł nieszczęsny list z wynikami badań. Chyłka była zdruzgotana diagnozą; Kordian z kolei, choć starał się być dobrej myśli, przeczuwał że brak poprawy w jej stanie może oznaczać coś znacznie gorszego niż powolny powrót do zdrowia po pobiciu i przedwczesnym porodzie. Gdzieś z tyłu głowy majaczyły mu wspomnienia związane z chorobą matki; nie pozwalał jednak im zajmować jego myśli. Wiedział, że tym razem to on przejmuje stery i opiekę nad Joanną i Aleksandrą; żadne z nich nie było gotowe na to, co miało ich czekać, ale nie zwlekali z podjęciem leczenia.

Harry postarał się, by Oryński – niemal już formalnie głowa tej pokręconej rodziny – miał nieco więcej udogodnień w pracy, w związku z opieką nad Chyłką. Szefostwo wspólnie zgodziło się – choć Żelazny z lekkim powątpiewaniem – na unormowanie jego godzin pracy i ewentualnie wcześniejsze opuszczanie Skylight, gdyby to okazało się absolutnie konieczne. Jako iż Magdalena bywała teraz u nich codziennie przed południem, Chyłka niemal siłą wyganiała siostrę do domu, zapewniając ją o swoim dobrym samopoczuciu.

Co oczywiście, było niemałym kłamstwem… plan leczenia zakładał najpierw chemioterapię, potem – „się zobaczy". Perspektywy były całkiem niezłe, ale ten brak jasno określonego planu działał drażniąco na Chyłkę. Gdyby tylko była taka możliwość, była gotowa przyjąć wszystko co najgorsze na raz. Po pierwsze, chciała mieć to za sobą, odzyskać dawne życie, po drugie – nie chciała tracić ani jednej chwili z Aleksandrą. A Przylepa była coraz bardziej ruchliwa, coraz większa, coraz słodsza i coraz bardziej świadoma.

Chemia drenowała jej organizm. Jeśli myślała, że była przemęczona przed swoim „wyrokiem", tak teraz zdenerwowana twierdziła, że cierpi na „raka przewlekłego zmęczenia". Magdalena zjawiała się około 9 i pomagała jej w co gorszych codziennych sprawach; Chyłka po każdej wizycie na onkologii miała wrażenie, że Przylepa przybiera drastycznie na wadze, bo noszenie jej na rękach sprawiało jej coraz większy trud. Kończyło się tym, że spędzały mnóstwo czasu razem w łóżku lub na kanapie, lub w każdy możliwy sposób który nie wymagał podnoszenia jej; co znów stawało się coraz cięższe, bo Aleksandra rozwojowo doganiała swoich rówieśników. Jeśli tylko wszystko na to pozwalało, Magdalena zostawiała siostrę po południu, wcześniej pakując Przylepę do wózka i pozwalając Joannie śmigać czarnym Silver Crossem po parku, gdzie czekały na Oryńskiego. Mimo, że przebywała w parku codziennie, po każdym powrocie do domu czuła się wyczerpana i zasypiała niemal na stojąco. Kordian zajmował się Aleksandrą wzorowo, i nie mogła mu niczego zarzucić pod tym względem. Ujmowało ją to, że traktował ją jak własną córkę i okazywał to na każdym kroku.

Tak też miało wyglądać to popołudnie; Joanna miała wczoraj wizytę kontrolną i godzinę wcześniej odebrała telefon od doktor prowadzącej jej leczenie. Doktor była zaskoczona jej wynikami, bo zakładała, że chemia pomoże i Joanna będzie miała nieco wytchnienia, zanim podejmą się przeprowadzenia operacji. Wyniki były rzekomo jednoznaczne – rak nieco drgnął, ale ponoć nie wystarczająco, a jej organizm był zbyt wycieńczony, by cokolwiek planować w tej chwili.

Joanna oczywiście nie zająknęła się ani słowem siostrze na temat telefonu. Ze zniecierpliwieniem wyganiała ją z domu twierdząc, że czuje się wybitnie dobrze i chce zabrać Aleksandrę na dłuższy spacer. Ledwie jednak rozstały się przed bramą parku gdzie zwyczajowo jeszcze kupiły po kawie na wynos, Joanna ostatkiem sił dobrnęła z wózkiem do pierwszej ławeczki z brzegu i opadła na nią, niemal tracąc przytomność.

Nie wiedziała, ile minut straciła na dojście do siebie; trwało to zdecydowanie długo, bo Aleksandra usnęła w tym czasie. Gdy wreszcie Chyłka wyrównała oddech i przestało jej się kręcić w głowie, rozejrzała się dookoła, mając wrażenie że jest obserwowana, po czym drgnęła nerwowo a adrenalina w żyłach oprzytomniła ją do reszty.

Na drugim końcu ławeczki siedział Piotr Langer, spokojnie jej się przyglądając z budzącą grozę troską w oczach.

- Nie wyglądasz za dobrze, Joasiu – stwierdził zmartwionym głosem.

Przerażenie wzięło górę, i osłabiona Chyłka próbowała wstać i ruszyć przed siebie, ale Langer był szybszy. Przysunął się bliżej i chwycił ją za ramię, uniemożliwiając jej ucieczkę.

- Nie bądź taka niegrzeczna, nie mogę się doczekać aż przedstawisz mnie swojej małej córeczce – wciąż przytrzymywał ją na ławeczce, próbując zerknąć do wózka. Chyłka natychmiast zaczęła się wyszarpywać z jego uścisku.

- Wydłubię ci te gadzie ślepia, jeśli tylko na nią spojrzysz – warknęła, odsuwając wózek nieco dalej, ale wciąż trzymając uchwyt zaciśniętą dłonią. – Zejdź mi z oczu.

Langer zaśmiał się, jakby opowiedziała mu wyjątkowo dobry żart.

- Wiesz, to niezwykłe, jak cię zmieniło macierzyństwo. Moja matka też taka była – czuła, ciepła, zawsze broniła mnie przed ojcem… dopóki żyła. Czasami za nią tęsknię, ale gdy przypominam sobie parszywą ułudę w której żyła tyle lat… - teatralnie zamilkł, spoglądając gdzieś przed siebie. Potrząsnął potem głową i znów utkwił wzrok na wózku.

- Liczyłem na drobne podziękowanie. Chyba, że nie pamiętasz, czyim autem dowieziono cię do szpitala w krytycznym momencie?

- A ty chyba nie pamiętasz, kto doprowadził do sytuacji, w której życie mojego dziecka i moje było zagrożone – odwarknęła mu. – Nie lubię się powtarzać, więc puść mnie w tej chwili albo zacznę wołać o pomoc.

Langer uniósł dłonie w przepraszającym geście, a Chyłka od razu podskoczyła na nogi. Momentalnie zakręciło jej się w głowie i pociemniało przed oczami, więc ze spektakularnego odejścia nic nie wyszło.

- A jak tam najnowsze wyniki? – krzyknął za nią śmiejąc się pod nosem, kiedy wreszcie zdołała zrobić kilka kroków w przód. – Chemia nie pomaga?

Joanna poczuła dreszcz na całym ciele. Upewniła się, że Aleksandrze nic nie grozi, po czym odwróciła się od wózka i cofnęła się w stronę ławeczki. Piotr wyglądał na tak beztroskiego i zadowolonego, jakby ziściły się wszystkie jego marzenia.

- Co ty kombinujesz, gnido… - wycedziła, starając się wyrównać oddech.

Piotr wreszcie wstał i podszedł do niej. Dopiero teraz zauważyła, że miał obok siebie cienką szarą teczkę. Wyciągnął rękę w jej stronę i trzymał tak długo, aż w końcu wzięła teczkę do ręki.

- Moi serdeczni przyjaciele mają trochę problemów logistycznych… nie mogą się dogadać z pewną starą rodziną z Poznania. Betlejewscy, Bemejscy… - udał, że próbuje sobie przypomnieć ich nazwisko.

- Betelscy? – mruknęła w końcu Chyłka.

- Dokładnie! – Langer klasnął zadowolony w dłonie. – Widzisz, jak my się rozumiemy.. w każdym razie – gdybyś była tak łaskawa, i znalazła chwilę gdzieś między wymiotowaniem po chemii a przewijaniem dziecka na przejrzenie tych akt… cóż… mogłoby się okazać, że lekarstwo na twoją specyficzną przypadłość jest nie tylko na wyciągnięcie ręki. Jako stary, dobry znajomy, mógłbym tak bardzo przejąć się losem chorej przyjaciółki, że zaproponowałbym ci miejsce w prywatnej klinice w Niemczech…

- Spierdalaj – wysyczała, próbując oddać mu teczkę. – Jedyne co mi potrzebne do całkowitego wyleczenia, to brak twojej obecności w moim życiu.

Langer posłał jej zatroskane spojrzenie.

- Wiem Asiu, że przemawia przez ciebie choroba – użył tonu, którym rodzice tłumaczą coś bardzo trudnego swoim niegrzecznym dzieciom. – Ale pomyśl tylko. Może i dasz sobie radę z rakiem, który zajmuje każdego dnia kolejne kawałki twojego ciała… ale co zrobią lekarze z organizmem wyniszczonym przez truciznę?

Chyłka potrząsnęła głową z niedowierzaniem.

- O czym tym pierdolisz? – tym razem to ona zaśmiała się.

Piotr zbliżył się do niej i najpierw wskazał dłonią jej kubek z kawą, a potem na stojącego nieopodal bramy wejściowej starszego mężczyznę, od którego codziennie kupowała smolisty napój.

- Tak się składa, że Benek, to znaczy Benedykt, zanim odszedł na emeryturę, był bardzo znanym i cenionym chemikiem… a ja nie mogłem dopuścić do tego, by jego wiedza i doświadczenie odeszły w niepamięć – dodał z przejęciem, po czym z twarzy zniknęła udawana sympatia, a w jego oczach Chyłka dostrzegła ten pełen morderczej satysfakcji błysk w oku. – Zawsze miałaś w sobie skłonności autodestrukcyjne. Myślałem, że to się zmieniło, kiedy w twoim życiu zjawiła się ta cudowna, słodka Olusia… pomyśl tylko, jak smutno jest wychowywać się bez matki… a, tak, przepraszam. Przecież to znasz.

Chyłka poczuła się tak, jakby zaczęła spadać w mroźną otchłań. Z całych sił starała się powstrzymać przed wybuchem, którym zdradziłaby jakiekolwiek swoje emocje. Próbowała szybko poukładać sobie w głowie to, co przed chwilą powiedział Langer. Jeśli to była prawda, jeśli podtruwał ją czymś…

- A zdaje się, że Olusia już straciła swojego prawdziwego ojca… byłoby szkoda, gdyby osierociła ją także matka. Prawda? Czy zadbaliście o przyszłość dziecka i Zordian już ją zaadoptował?

Nim Chyłka pomyślała, ruszyła na Langera, chwytając go za płaszcz i mocno szarpiąc za poły.

- Nie groź mi ani mojej rodzinie… - szepnęła, ledwie powstrzymując strach w swoim głosie. – Nie zbliżaj się do mojego dziecka i Zordona…

Langer pokręcił głową.

- Kto tu komu grozi? Ja tylko wskazuję ci opcje, bo najwyraźniej jesteś zbyt przemęczona żeby zdać sobie sprawę, w jak kiepskim położeniu się znajdujecie… - wetchnął ze znudzeniem. – Mój dobry przyjaciel dogada się z Betelskim, a ty dowiesz się, czym Benek doprawiał codziennie kawę i przejedziesz się Mustangiem do Niemiec. Kto wie, może nawet wrócisz do formy sprzed ciąży…

Wywinął się z jej uścisku i ruszył w stronę wyjścia z parku. Zatrzymał się na sekundę przy wózku i wyciągnął z kieszeni jakąś kolorową grzechotkę, a potem, nie patrząc na dziecko ale diabelsko uśmiechając się do Chyłki, włożył grzechotkę do gondoli i odszedł.

Chyłka ocknęła się po sekundzie i dopadła do wózka. Aleksandra zaczynała się budzić. Chyłka próbowała wyrównać oddech; rozejrzała się, ale po Langerze i „Benku" nie było już śladu. Czując, że zaczyna jej się znów kręcić w głowie, cofnęła się z wózkiem do ławeczki, po czym wzięła Aleksandrę na ręce i przytuliła ją mocno do siebie. Wolną ręką wyciągnęła z kieszeni telefon i wybrała numer do Kordiana.

Nim zdążył odebrać, gdzieś z oddali usłyszała ten nieznośny kawałek Willa Smitha. Odwróciła się natychmiast w prawo – Kordian szedł spokojnie, nie wyciągając nawet ręki do kieszeni po dzwoniący telefon. Chciał jej pomachać na przywitanie, ale kiedy spostrzegł wyraz jej twarzy, ostatnie dzielące ich metry pokonał w biegu.

- Źle się czujesz? Z Aleksandrą wszystko ok? – rzucił teczkę obok ławeczki i pochylił się nad nimi, oglądając je uważnie.

- Ta faszystowska świnia mnie podtruwa – wyszeptała Joanna, czując że znów zaczyna się trząść.

- Co? – Kordian wziął na ręce Aleksandrę, która rozbudziła się już do reszty i zaczynała wierzgać nóżkami.

- Langer tu był…