13C
Oryński był gotów wpisać tą noc na listę jednych z tych najgorszych, jednocześnie będąc święcie przekonany, że to nie jest ostatnia z najcięższych nocy, jaka go czeka w życiu. Osłabioną Chyłkę przeniósł do łóżka, a ona nie odezwała się do niego ani słowem. Nie liczył na to – wierzył, że cokolwiek by sobie więcej nie powiedzieli, nie będzie to w stanie oddać w pełni tego, co mogli sobie przekazać spojrzeniem. Znów przemknęło mu przez myśl, jak wtedy w Sajenku, że w przypadku Joanny można więcej wywnioskować z tego, czego nie mówi.
Zabrał się za prowizoryczne pakowanie jej torby; nie miał pojęcia, co chciałaby zabrać ze sobą ani co może być jej potrzebne. Teoretycznie miała tam jechać na kilka dni, potem wrócić na tydzień, potem jechać na kontrolę…
Aleksandra musiała wyczuwać napięcie. Budziła się co chwilę przez całą noc. Nim Chyłka dawała radę unieść się na łokciach, Kordian już był przy drzwiach sypialni. Spędził z nią na rękach kilka godzin upewniając się kilkakrotnie, że nie ma gorączki, nie dolega jej nic co mogłoby doskwierać dzieciom w jej wieku, nie potrzebuje nowej pieluchy i nie jest głodna. Zasnęła wreszcie nad ranem, kiedy za oknem zaczynało się robić szaro. Oryński pokonując po raz enty drogę od jej pokoju do sypialni, spojrzał za zegar w kuchni – do umówionego przyjazdu Langera pozostały jakieś trzy godziny. Za mało by się przespać, za dużo by zaczynać dzień…
Zmęczenie go jednak pokonało, i gdy tylko położył głowę na poduszce, momentalnie usnął. Nie zdawał sobie sprawy z faktu, że był bacznie obserwowany przez swoją narzeczoną.
Chyłka odwróciła się na łóżku i automatycznie wyciągnęła ręce w stronę Oryńskiego z zamiarem wtulenia się w jego bok, jak to miała zwyczaj robić codziennie rano. Dopiero po chwili przypomniała sobie wydarzenia z poprzedniego dnia i zamarła.
Jeszcze nigdy nie była na niego tak wkurwiona, a jednocześnie nigdy wcześniej tak bardzo nie potrzebowała znaleźć się w jego ramionach, jak wczoraj. Nie mogła się skupić na niczym innym, prócz jednej myśli - na świadomości, że od kiedy pamiętała, w jej życiu zawsze ziała ogromna, głęboka dziura. Dziura, którą potrafił zapełnić tylko jeden człowiek - a nawet więcej, potrafił sprawić, że nie było widać żadnych oznak łatania. Prawdziwe momenty szczęścia pojawiały się tylko przy Zordonie. Wszystkie inne były wyłącznie imitacją.
To, co udało im się zbudować w tak krótkim czasie, wprawiało ją w osłupienie; nigdy nie planowała się z nikim związać na zawsze. Jako dziewczynka nie snuła marzeń o hucznym weselu i pięknej sukni ślubnej. Nie zależało jej ani na tym, ani na rodzinie. Stanowiła dla niej wartość abstrakcyjną, bo właściwie nigdy nie doświadczyła prawdziwego życia rodzinnego.
Do czasu.
Owszem, Kordian zawiódł ją układem z Langerem, ale kiedy wzięła pod uwagę wszystkie te momenty, w których ona nie stanęła na wysokości zadania, uznała, że nie ma prawa do bycia tak pryncypialną.
A mimo to, mimo wszystkich zawodów jakie mu sprawiła, Kordian trwał przy niej bezsprzecznie, stale, niezmiennie. Bez wahania przyjmował to, co przynosił im los. To, co mu zgotowała, próbując go powstrzymać przed ich związkiem. Oryński jednak, w jakiś niepojęty sposób, wszystkie te przeszkody pokonywał, jakby został do tego stworzony. Finalnie, jeszcze będąc w szpitalu, było już dla niej oczywistym, że nikt nie będzie w stanie jej zrozumieć tak, jak on; że żaden inny mężczyzna nie pokocha jej dziecka w taki sposób jak Kordian. I w końcu, że jeśli jeszcze raz będzie próbowała sabotować własne szczęście, może go już nigdy nie osiągnąć.
Przestała więc sabotować – oboje zaryzykowali i oddali się budowaniu swojego wspólnego życia, codzienności za którą mieli tęsknić gdy przebywali osobno, stabilizacji na którą zasługiwała ich córka. W ciągu ostatnich kilku miesięcy doświadczyła wiele strachu, bólu, nieszczęścia związanego z chorobą i obawy przed spierdoleniem ich wspólnej sprawy. Ale wszystko to znikało w obliczu szczęścia i radości, jaką dawali sobie wzajemnie we trojkę. To, co naprawdę miało znaczenie, nie przybierało fizycznych kształtów – po raz pierwszy w życiu doświadczała ciepła, troski, oddania, bezpieczeństwa, bezwarunkowej miłości i bezgranicznego zaufania.
Kordian nauczył ją, że miłość nie zna barier, reguł czy ograniczeń. Owszem, czasem umysł je widzi, ale serce nigdy.
Westchnęła, odsuwając od siebie wizję spędzenia z Langerem kilku godzin w tym samym aucie.
Słyszała jak całą noc Kordian zrywał się do płaczącej Aleksandry, zanim ona zdążyła się podnieść. Słyszała też jego słowa, gdy kładł ją do łóżka, bo była zbyt osłabiona ich kłótnią, by poradzić sobie z przejściem tych kilku metrów. „Zdeponowałem u ciebie serce, a ty zobowiązałaś się do przechowywania go w niepogorszonym stanie. Pacta sunt servanda, Chyłka", szepnął jej do ucha, przykrywając ją kołdrą.
Obserwowała go teraz uważnie, zwracając uwagę na każdą zmarszczkę na jego twarzy, która świadczyłaby o jego nieprzespanej nocy. Oryński pogrążony we śnie nie wyglądał tragicznie, ale była pewna, że dziś nie będzie wybitniej niż zwykle wydajny w pracy.
- Kurwa mać… - szepnęła do siebie ze złością i przysunęła się bliżej, starając się go nie zbudzić. Coś strasznie zalegało jej w gardle, coraz trudniej jej było spokojnie odetchnąć. Musnęła palcami jego wargi, starając się zrobić to jak najdelikatniej, by go nie zbudzić; potem odsunęła się od niego ostrożnie, powstrzymując łzy napływające jej do oczu i szybko zeszła z łóżka.
Włożyła na siebie t-shirt z Eddiem z okresu Powerslave, pierwsze lepsze dżinsy które wpadły jej w ręce i wtedy jej wzrok padł na stojącą przy szafie, zapakowaną walizkę. Chyłka odwróciła się i znów spojrzała na Kordiana – spał dalej nieświadomy tego, że życie brutalnie toczy się dalej. Chyłka przetarła oczy dłońmi, chwyciła walizkę i cicho wyszła z sypialni.
Dojadła do końca resztę kaszki, która pozostała z kolacji Aleksandry i zaparzyła sobie małą kawę. Usiadła przy stole, rozglądając się dookoła kuchni. Niemal nigdy nie spędzała w niej za wiele czasu – do momentu, kiedy nie zamieszkał z nią Oryński. Wygodniejsze meble miała w salonie, ale przygotowywanie śniadań i kolacji miało tu miejsce już codziennie – nawet, jeśli śniadanie składało się tylko z kawy dla któregoś z nich. Nigdy wcześniej to pomieszczenie nie wydawało jej się tak… ciepłe, tak pełne ludzi.
Jej telefon cicho zawibrował. Zerknęła przelotnie na wyświetlacz, a serce jej przyspieszyło – Langer miał być pod blokiem za kwadrans.
Szybkim krokiem przeszła do salonu i usiadła przy swoim biurku, wyciągając z szuflady czystą papeterię i pióro.
„Zordon,
Nie chcę cię budzić bo słyszałam, ile razy tej nocy biegłeś do Aleksandry.
Wiem, że wszystko na co się zgodziłeś, zrobiłeś dla mnie. Nie jestem zła na ciebie. Jestem wkurwiona na pierdolony los, który zsyła mi znienacka największe szczęście w życiu na które nigdy nie liczyłam, a potem bezlitośnie próbuje nam wszystko odebrać.
Nie mogę się na ciebie złościć, bo gdybyś to ty był chory, ja zrobiłabym dla ciebie to samo.
Uważaj na siebie i Przylepę. Nie ufaj nikomu i nie bój się strzelać do nieznajomych. Do zobaczenia za 5 dni."
Zostawiła list przy ekspresie do kawy i weszła do pokoju Aleksandry. Dziewczynka spała, wykończona stresującą nocą. Chyłka pochyliła się nad nią i ostrożnie ucałowała jej czółko. Tym razem już nie ocierając w pośpiechu łez, szybko opuściła jej pokoik, wzięła walizkę, torebkę i telefon do ręki i na tyle szybko, na ile pozwoliły jej siły, wyszła z mieszkania.
Poranek był przyjemnie rześki. Normalnie nawet by ją to cieszyło, bo unosząca się jeszcze w powietrzu lekka mgiełka zwiastowała piękne popołudnie, które mogłaby spędzić na spacerze z córką. Gdyby tylko nie wsiadła do auta Gnidy z Mokotowa.
Langer czekał już na nią, opierając się nonszalancko o tył czerwonego Mustanga.
- Zaczynałem się niecierpliwić – przywitał ją, podchodząc bliżej. – Jak nastroje?
- Chujowe, od kiedy cię zobaczyłam – mruknęła, starając się nie poświęcać mu ani grama więcej uwagi niż to było konieczne. Postawiła swoją walizkę przed nim i udała się do drzwi pasażera. Nie zdążyła jeszcze usiąść, kiedy telefon rozdzwonił się w jej torebce. Gdy go wreszcie wygrzebała, na wyświetlaczu pojawiły się twarze Kordiana i Aleksandry, uśmiechających się do niej promiennie. Ustawił jej to zdjęcie w telefonie kilka dni wcześniej, kiedy droczyła się z nim, że z taką aparycją nie rozgromi nigdy nikogo na sali sądowej.
- Nie odjeżdżaj – usłyszała sapnięcie, zanim zdążyła się odezwać. – Zaczekaj…
- Co? – mruknęła, zerkając w wyświetlacz. – Coś się stało, Zordon?
Usłyszała gdzieś w tyle wołanie i odwróciła się, wciąż przyciskając telefon do ucha.
Kordian zjawił się przy aucie, zanim zdążyła zareagować…
