Proszę o wyrozumiałość przy lekturze tego rozdziału - nie wyobrażam sobie niektórych scen inaczej, niż to opisał R. Mróz, stąd jedynie drobne modyfikacje doskonale znanych nam fragmentów i rozdziałów. Mimo wszystko, proszę o dokładne czytanie, bo właśnie te modyfikacje umiejscawiają znany nam kanon w tym stworzonym przeze mnie. Publikuję ten rozdział z nadzieją, że nikt nie pozwie mnie o plagiat, naruszanie praw autorskich czy cokolwiek innego, a kolejny rozdział tej historii jedynie ukontentuje was, wynagrodzi wam tygodnie oczekiwania i zachęci do dalszej lektury (potwierdzam raz jeszcze, nie czerpię korzyści finansowych z publikowanego ff!).
W rozdziale 14 wykorzystano fragmenty książek „Testament", „Kontratyp" i „Wyrok" R. Mroza.
Jednego Chyłka nie mogła odmówić Piotrowi – prowadził samochód tak, jak powinno się to robić. Czerwony mustang był w manualu, pod maską musiał mieć jakieś czterysta pięćdziesiąt koni. Pojemność pięć zero. A przynajmniej tak szacowała Joanna – potwierdzać swoich przypuszczeń nie miała zamiaru, by nie dawać Langerowi choćby minimalnego powodu do satysfakcji. Właściwie od kiedy wyjechali z Warszawy, w ogóle się nie odzywała. On też nie otwierał ust, tyle że w przeciwieństwie do niej zdawał się traktować obustronne milczenie triumfalnie. Niewielki uśmiech nie znikał z jego twarzy.
Muzyki też nie włączył, jakby chciał, by napięcie miedzy nimi stało się jeszcze większe.
Chyłka szybko pożałowała, że zdecydowała się jechać z nim sama. Powtarzała sobie jednak, że nie miała wyboru. Kordian musiałby się zająć sprawami klienta i Aleksandrą, nawet gdyby Langer mie postawił takiego warunku.
Przez moment Joanna wodziła wzrokiem za mijanymi samochodami. Potem zerknęła na Piotra i westchnęła.
- Powiedziałabym, że cipa z ciebie – odezwała się. – Gdyby nie to, że brakuje ci głębi i jakiegokolwiek ciepła.
- W taki sposób zaczynasz rozmowę?
- Nie. W taki sposób oznajmiam ludziom, że nimi gardzę.
- Powinnaś popracować nad zniewagami.
- A ty powinieneś pocieszyć swoją dupę, bo jest zazdrosna o całe to gówno, które wylewa się z twoich ust.
Oderwał na moment wzrok od drogi przed nimi i zerknął na Joannę.
- To słabe. Nawet jak na ciebie.
- Zniżam się do poziomu towarzystwa.
- A może po prostu potrzebujesz się wyżyć?
Samo to pytanie było irytujące, bo trafiało w sedno. Dodatkowo Piotr zadał je tonem psychoterapeuty, który chce pomóc pacjentowi nie tylko dlatego, by wrócił na kolejną wizytę.
Chyłka odwróciła głowę, uznając, że rozmowa z tym człowiekiem jeszcze bardziej ją zdenerwuje. Mierzwiła ją świadomość, że wszystko wymknęło jej się z rąk. Znalazła się na łasce Langera, a on czerpał z tego stanu rzeczy wyraźną rozkosz.
Przez kwadrans znów jechali w milczeniu. Z trudnem znosiła tą ciszę.
- Nie możesz włączyć jakiejś muzyki? – bąknęła Joanna.
- Mam tylko rap i hip-hop. Uznałem, że lepiej będzie, jeśli…
- To włącz radio.
Znów przelotnie na nią spojrzał. Ilekroć to robił, odnosiła wrażenie, że wpadła w sidła człowieka zdolnego do wszystkiego. I że bynajmniej nie wiezie jej do żadnej kliniki.
- Tutaj złapiemy tylko największe stacje – odparł. – A więc narażałbym cię na pop. To chyba jeszcze gorzej?
Joanna zaklęła pod nosem, a potem wyciągnęła komórkę. Szczęśliwie miała wszystkie udane albumy Ironsów – czyli prawie całą dyskografię – pod ręką. Włączyła The Number of the Beast, pierwsze wydawnictwo z Bruce'em za mikrofonem.
Już przy pierwszych dźwiękach otwierającego kawałka poczuła się lepiej. Przez moment wystukiwała na drzwiach rytm.
- Ile ten mustang ma koni? – burknęła.
Piotr nie odpowiadał.
- Hm? – ponagliła go, zniecierpliwiona.
- Trzysta siedemnaście – odparł w końcu Langer. – EcoBoost 2.3.
Zaszła w nim niewielka zmiana. Zupełnie jakby nawiązanie rozmowy sprawiło, że osiągnął zamierzony cel i mógł teraz nieco spuścić z tonu. A może źle zinterpretowała jego reakcję? Właściwie nie potrafiła polegać na niczym, co Piotr demonstrował. Nawet najbardziej wprawny profiler miałby problem z jednoznaczną oceną tego człowieka.
- Dlaczego to robisz? – odezwała się.
- Co? Dbam o to, żeby nie urazić cię muzycznie?
Posłała mu spojrzenie pełne rezygnacji, ale Langer zdawał się go nie odnotować.
- Dlaczego mi pomagasz?
- Bo mogę.
Ta krótka odpowiedź sprawiła, że Chyłka poczuła nieprzyjemne mrowienie na plecach i karku. Ponownie zamilkli i tym razem nawet Ironsi nie mogliby sprawić, żeby atmosfera stała się nieco lżejsza.
- Coś nie tak? – spytał Piotr.
- Wszystko.
Kątem oka zauważyła, że lekko się uśmiecha.
- Demonizujecie mnie – odparł. – A ja pomogłem wam więcej razy, niż jestem w stanie zliczyć.
- W takim razie mamy inne definicje pomocy.
- Zapomniałaś o sprawie Tesarewicza? – spytał z teatralnym wyrzutem. – O tym, jak oddałem Kordianowi to auto, żeby zawiózł cię do szpitala zanim wyzioniesz ducha?
Chyłka prychnęła.
- Pamiętam to aż za dobrze – odparowała. – I to się nie nazywa pomoc, tylko szantaż, Langer. W zamian Zordon miał milczeć o tym, co wie na twój temat.
Piotr niewinnie wzruszył ramionami.
- Nikt nie twierdzi, że pomoc zawsze musi być jednostronna.
- Tak jak w tym wypadku? Coś za coś i jesteśmy kwita?
- Tak.
Joanna przyjrzała mu się uważnie.
- Gówno prawda – oceniła. – Nie załatwiłeś mi tego leczenia za wybronienie chłopaka. Mogłeś ten sam rezultat osiągnąć w inny sposób. Z innymi prawnikami. Bez podtruwania mnie w międzyczasie.
- Ale chciałem z wami.
- Dlaczego?
- Bo darzę was sympatią.
- Nie jesteś zdolny do odczuwania sympatii wobec kogokolwiek – odparła ze spokojnem, jakby deliberowali o pogodzie. – Jesteś kompletnym degeneratem, a na naszym punkcie masz zwyczajną obsesję.
- Żadna obsesja nie jest zwyczajna.
Chyłka nie odpowiedziała, a Piotr przyspieszył. Kierowca przed nimi szybko dostrzegł zbliżający się sportowy samochód i zjechał na prawy pas.
- I skoro to wszystko tak doskonale wiesz i rozumiesz, to po co pytasz? – odezwał się po chwili Langer.
- Bo nie mam pojęcia, jak ta obsesja ostatecznie doprowadziła do tego, że chcesz mi pomóc.
Tym razem nie doczekała się żadnej riposty.
- No? – ponagliła go Joanna.
- Cokolwiek powiem, i tak nie będzie miało znaczenia.
- Zobaczymy.
Posłał jej stanowczo za długie spojrzenie, ale nie upomniała go, by przy tej prędkości nie odrywał wzroku od drogi.
- Mam jeszcze co do was pewne plany – powiedział.
- Jakie?
- Chyba nie sądzisz, że będę ci o nich mówił?
- Sądzę, że do tej kliniki mamy jeszcze dobre dwie i pół godziny – odparła, kiedy Ironsi zaczęli grać The Prisoner. – W tym czasie wyciągnę z ciebie więcej, niż myślisz.
Odpowiedział lekkim, ale przebiegłym uśmieszkiem.
- I cały czas mówisz o nas, o mnie i Zordonie, ale pomagasz w tej chwili tylko mnie – zauważyła.
- Niezupełnie. Jeśli ty umrzesz, to…
- Prawnik nie umiera – przerwała mu. – Prawnik otwiera spadek. Ewentualnie przenosi ośrodek interesów życiowych w zaświaty.
Langer milczał.
- Poprzeglądaj sobie czasem fanpage „Życie to tylko chwila, strać ją na cywila" – poradziła, a potem uśmiechnęła się, przypominając sobie coś innego. – Dowiesz się też, że prawnik nie tańczy. Prawnik znajduje się w obrocie.
- Dużo jeszcze tego masz?
- Trochę. Moje środowisko jest wyjątkowo pomysłowe.
- Zauważyłem.
- Ale dążyłeś do czegoś wcześniej.
Piotr szybko zbliżał się do kombiaka, który znajdował się na lewym pasie. Prędkość z pewnością mogła świadczyć o tym, że zamierza staranować samochód swoim mustangiem.
- Dążyłem do tego, że twoja śmierć to także koniec Kordiana – wyjaśnił.
Wcisnął pedał hamulca, kiedy znalazł się niemal na zderzaku auta jadącego przed nim. Puścił długie, a kierowca dopiero teraz zorientował się, że się zagapił. Szybko ustąpił miejsca, podczas gdy Langer już robił użytek z trzystu siedemnastu koni mechanicznych pod maską.
- Jakoś sobie poradzi. – odparła Joanna.
- Nie. Załamałby się i nigdy nie podniósł.
Chyłka potrzebowała chwili, by się namyślić. Nie miała zamiaru nawiązywać z tym psycholem prawdziwej rozmowy, zależało jej tylko na tym, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
- Mówisz, jakbyś był przekonany, że możesz temu zapobiec – powiedziała, starannie dobierając słowa. – Ale wbrew temu, co sądzisz, nie jesteś bogiem, Langer. Ta terapia jest eksperymentalna. Śmiertelność jest wysoka.
- O nic się nie martw. Nie osierocisz na razie córki.
Buta w jego głosie dobitnie przypomniała jej o tym, ze uważa się za pana życia i śmierci. Jeśli chodziło o ten drugi wymiar, z pewnością potwierdzić mogłoby to szereg osób, do których się zabrał. Gdyby tylko jeszcze mogły mówić.
Może chciał to sobie odbić? Ten jeden raz uratować komuś życie, zamiast je odebrać?
Jechali przez pewien czas w milczeniu, a Chyłka podgłośniła Iron Maiden, by w końcu przestać myśleć o tym, kto tak naprawdę siedzi obok niej.
Tuż za Frankfurtem nad Odrą rozległ się riff, który nie pasował do aktualnie odtwarzanego albumu. Joanna zastopowała muzykę, szybko podniosła telefon i odebrała.
- Jeszcze żyję – powiedziała. – Nie zakopał mnie nigdzie na poboczu.
- Nawet tak nie żartuj, Trucizno – odparł Kordian.
- Nie żartuję, jestem cała. Ale poczekaj chwilę, aż zatrzymamy się na siku, bo nie chcę gadać w samochodzie. Oddzwonię.
Langer nie skomentował wymiany zdań i sprawiał wrażenie, jakby jej nie słyszał. Chyłka zaś nie czekała, aż Oryński zdąży zaoponować. Nie miała zamiaru prowadzić rozmowy przy gumowym uchu.
- Zjedź na jakąś tankstelle – poleciła.
- Jasne.
Chwilę później zobaczyła z oddali logo Shella i wskazała je Piotrowi. Zjechał posłusznie, po czym zatrzymał się pod dystrybutorem i wyszedł zatankować. Chyłka też wysiadła z auta, wybrała numer Kordiana i oddaliła się nieco.
- Gdzie jesteś? – spytał.
- Nie wiem.
- Aha.
- Ej, Zordon – rzuciła i zaśmiała się z niewypowiedzianego jeszcze żartu. – Wiesz, że prawnik nie pada pijany? Prawnik ogłasza upadłość.
Odpowiedziało jej milczenie,
- Halo?
- Jestem – odparł pod nosem Kordian. – Zastanawiam się tylko, co mnie w ogóle podkusiło, żeby się w tobie zakochać.
- Prawnik się nie zakochuje – rzuciła z uśmiechem. – Prawnik popada w stan wyłączający świadome albo swobodne podjęcie decyzji i wyrażenie woli.
- Przestaniesz?
- No – potwierdziła. – ale musisz sobie sprawdzić jeden fanpage, to jest taka beka, że głowa mała.
Usłyszała cichy śmiech i sama poczuła się nieco lepiej.
- Jesteśmy kawałek za granicą – oznajmiła. – Do kliniki mamy godzinę z hakiem, jeśli Langer dalej będzie tak popierdalał.
- Wszystko w porządku?
- Tak – potwierdziła od razu, choć musiał mieć świadomość, że zrobiłaby to nawet, gdyby było inaczej. – Ale u ciebie chyba nie bardzo? Głos masz, jakby ktoś znów kazał ci ryć na egzamin adwokacki. Jak Przylepa?
- Dobrze, zjadła śniadanie. Ale wolałbym być teraz z tobą. Nie powinienem był puszczać cię tak daleko samej z Langerem.
- Hola, Señor – żachnęła się natychmiast Chyłka, wzdrygając się jednocześnie pod wpływem silnego wiatru. – Ustalmy sobie kolejną zasadę do naszego wspólnego życia. Jeśli jedno z nas przebywa z Langerem, drugie nie spuszcza dziecka z oka.
- Ok, Trucizno… - zaśmiał cię cichutko i szybko, ale zaniepokojenie z jego głosu dalej się przebijało.
- No, Zordon? – ponagliła go, oglądając się przez ramię i szukając wzrokiem Langera. Kończył tankować i zdawało się, że zupełnie nie zwracał na nią uwagi.
- Znalazłem pod drzwiami mieszkania list.
- Jaki list? W kopercie? Taki prawdziwy?
- Taa. Zaadresowany do mnie – odparł. – Z krótką informacją, że zostałem rozegrany.
Obróciła się i rozłożyła ręce w geście bezsilności, jakby mógł ją zobaczyć.
- I mówisz mi o tym w drugiej, kurwa, kolejności?
- Bo to…
- Zaniepokoiło cię mniej od mojego przebywania w towarzystwie psychopaty?
- Liścik mógł zostawić ktokolwiek – powiedział, a Chyłka usłyszała, jak podnosi Aleksandrę na ręce. – Może ktoś śledzi proces w telewizji i po prostu chciał wyciąć mi niezbyt wyrafinowany numer. Ewentualnie mógł to być ktoś z prokuratury, kto chce mnie zdekoncentrować.
Nie miało to specjalnie dużego sensu, uznała w duchu Joanna.
- Co jest w tym liście?
- Tylko to, co ci powiedziałem. Że zostałem wykołowany.
Joanna podrapała się po karku, czując narastający niepokój. Znów brakowało jej papierosa, mimo że czuła, jak zaczyna ją mdlić.
- To żarty jakiegoś…
- Jakiegoś kogoś, kto może wiedzieć więcej niż my – ucięła. – I może wcale sobie nie żartować.
- Mhm – potwierdził niechętnie Kordian. – Wyciągnęłaś coś z Langera?
- Nic, ale popracuję nad tym.
- Uważaj na siebie.
- Ty też, Zordon. I na Przylepę – odpowiedziała stanowczo. – Cokolwiek się dzieje, jeszcze się nie skończyło.
Usłyszała ciche pikanie dochodzące z komórki. Na moment odstawiła ją od ucha i zerknęła na ekran.
- Kurwa mać, bateria mi pada – oznajmiła. – Mój telefon przez całą drogę robił za odtwarzacz.
- Podładuj jak tylko będziesz w klinice. Nie chcę…
- Spokojnie – ucięła. – Będziemy cały czas w kontakcie. A swoją drogą, co teraz robisz? Wychodzisz gdzieś?
- Na randkę.
- Prawnik nie randkuje. Prawnik zawiera umowę przedwstępną na wspólne spędzenie nocy – sprostowała. – Poza tym prędzej byś się rzucił pod koła pędzącego pociągu niż w ramiona innej.
- To fakt.
- Choć ostatecznie efekt w jednym i drugim wypadku byłby taki sam. Pamiętaj o tym.
Usłyszała, jak śmieje się do słuchawki.
- Nie muszę o tym pamiętać, ja to wiem. Dlatego zabieram Przylepę na spacer, zanim się spotkam z Maurycym. Muszę z nim ustalić, co konkretnie…
Niestety, nie usłyszała końcówki zdania. Jej telefon zapikał kilka razy i ekran zgasł, a połączenie się zerwało. Chyłka przeklnęła pod nosem, a potem skontrolowała, co robi Langer. Był już na stacji, płacił za paliwo. Wyglądał jak zwyczajny podróżny, nic nie wyróżniało go z tłumu. I łatwo było zapomnieć, że jest zimnokrwistym mordercą.
Droga do kliniki zajęła im rzeczywiście nieco ponad godzinę i dwa krótkie przystanki, kiedy to Chyłka przymusowo zostawiała na poboczu zawartość żołądka. Kiedy Langer zatrzymał auto przed głównym wejściem i wyszedł załatwić formalności, Chyłka nerwowo próbowała uruchomić telefon – na próżno.
Piotr wrócił po chwili z pielęgniarzem prowadzący wózek. Chyłka wygramoliła się z auta i wsparła o otwarte drzwi.
- Wszystko okej? – odezwał się Langer.
- Nie. Jestem w Trzeciej Rzeszy w towarzystwie kolejnej inkarnacji Hitlera. Właściwie nie może być gorzej.
Pracownik kliniki z pewnością nie rozumiał polskiego, ale skrzywił się na dźwięk niepożądanego nazwiska. Joanna zbyła to machnięciem ręki i usiadła na wózku. Początkowo nie miała zamiaru korzystać z pomocy, jednak od kiedy zostawiła pierwszy fresk na poboczu, w zastraszającym tempie ubywało jej sił.
Zawieźli ją na piętro, a potem umieścili w jednoosobowej sali. Pobyt tutaj z pewnością nie kosztował mało, ale Langer pokrywał wszelkie wydatki. Albo naprawdę zależało mu na Betelskim i za punkt honoru postawił sobie dotrzymanie słowa, albo rzeczywiście łączyła go z Chyłką i Oryńskim jakaś dziwna więź.
Joanna nie planowała głowić się nad jego motywacjami, przynajmniej nie teraz. Chciała jak najszybciej poddać się terapii i opuścić to miejsce. Nie robiło złego wrażenia, mimo to czuła się tu nieswojo.
- Warunki całkiem niezłe – odezwał się Piotr, wodząc wzrokiem po pomieszczeniu.
Chyłka wsparła się na wózku i podniosła. W tym samym momencie z pomocą ruszył jej pielęgniarz. Syknęła i posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.
- Hände hoch – rzuciła. – Dotykanie jest verboten. Sama sobie dam radę.
Z trudnem przemieściła się na łóżko. Najwyraźniej podróż i utrzymywanie przed Langerem pozorów, że jest w pełni sił, kosztowało ją więcej, niż sądziła.
Poczuła na sobie pełen niepokoju wzrok mężczyzny, który najwyraźniej miał dbać o jej dobry stan.
- Schmetterling stąd, już – syknęła.
- Wiesz, co to znaczy, prawda? – włączył się Langer.
- Wypierdalaj?
- Motyl.
Chyłka przewróciła oczami.
- A brzmi jak zniewaga – odparła i się zamyśliła. – W sumie jak wszystko po niemiecku. Wurst. Der Hund.
Położyła się na łóżku, ani myśląc o zdjęciu butów. Siły opuszczały ją coraz szybciej, ale z jakiegoś powodu wciąż ze sobą walczyła. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, jaka była przyczyna.
Bała się utraty kontroli. Zwłaszcza kiedy tuż obok znajdował się Langer.
- To by było na tyle z mojej strony – oznajmiła. – Muszę teraz przyciąć komara.
Pielęgniarz zerknął na Piotra, jakby ten był mężem pacjentki i miał zadecydować, co dalej. Mężczyzna powiedział po niemiecku coś, czego Joanna nie zrozumiała, a potem wyszedł na korytarz.
- O co chodziło Himmlerowi?
- O to, że źle wyglądasz. I że dadzą ci coś na wzmocnienie.
- Chętnie. Serwują tu Tequilę Rapido?
Langer zbliżył się do łóżka, a ona natychmiast posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.
- Co ty robisz? – rzuciła.
Rozłożył ręce, a potem wskazał na stojące obok krzesło.
- Chciałem…
- Co? Posiedzieć przy moim łożu?
- Dotrzymać ci towarzystwa – odparł, cofając się. – To naprawdę takie dziwne?
- Tak – rzuciła stanowczo. – I możesz spokojnie stąd wywalać, dam sobie radę. Gott mit uns.
Do tego sprowadzała się ich umowa. Miał ją tu przywieźć, załatwić wszystkie formalności, a potem od razu ruszyć z powrotem do Polski. Ostatnim, czego potrzebowała, kiedy już znajdzie się z szpitalnych ciuchach i zacznie terapię, była obecność Langera.
- Trzymaj się – rzucił lekko na odchodnym, a potem w końcu opuścił salę.
Chyłce trudno było opędzić się od myśli, że kiedy Langer łypie na nią tak, jak podczas ich pierwszego spotkania w pokoju widzeń, wszystko jest mniej więcej w porządku. Niepokój pojawia się dopiero, kiedy Piotr stara się udawać normalnego.
Odczekała chwilę, by upewnić się, że naprawdę odpuścił. Potem odwróciła się na bok, tyłem do wyjścia, i zamknęła oczy. Zamierzała przespać się chwilę, a następnie skontaktować się z Oryńskim i sprawdzić, jak sobie radzi z Aleksandrą i Maurycym. Na migi poprosiła pielęgniarza, który wrócił z kroplówką, o ładowarkę do telefonu, mimo że mężczyzna z pewnością nieźle mówił po angielsku.
Poczuła, że odpływa, i po raz pierwszy od dłuższego czasu nie walczyła z otaczającym ją jak kokon błogostanem. Rozluźniła się i wreszcie zostawiła cały przytłaczający ją świat, odnajdując się w miejscu, gdzie nie istniały żadne troski.
Kiedy przebudziła się po kilku godzinach snu, wciąż nie do końca przytomna i pojmująca gdzie się znajduje, od razu wymacała na szafce obok telefon podłączony od ładowarki i uruchomiła go. Białe światło włączającego się wyświetlacza oślepiło ją na chwilę, by zaraz potem ukazać jej zdjęcie Kordiana i Aleksandry. Z niemałą trudnością wklepała pin, a potem odszukała Zordona na liście i wybrała jego numer.
- Boże, wreszcie… - usłyszała niemal od razu w słuchawce.
- Ile… - wychrypiała, potem odchrząknęła i przełknęła ślinę. – Ile czasu minęło od kiedy rozmawialiśmy?
- Siedem godzin – słyszała, jak Kordian próbuje uspokoić głos i głęboko oddycha. – Co z tobą? Wszystko ok? Nic ci nie jest?
- Spokojnie, Zordon. Spałam. Podali mi jakieś coś na wzmocnienie i odpłynęłam.
Oryński po drugiej stronie słuchawki odetchnął z ulgą.
- Jak się czujesz? – zapytał z nieukrywaną troską.
- Jak przemaglowana, ale wyspana. Nie obudziłam się chyba do reszty. Pełno tu takich małych krewnych wujka Adolfa…
Roześmiała się cicho z żartu, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, że Kordian jej nie wtórnuje.
- Zordon…
- Okej, Chyłka. Okej.
Milczeli przez chwilę, ale nie był to ten rodzaj uporczywej ciszy, która wisiała w powietrzu jak zwiastun niszczycielskiej chmury gradowej.
- Maurycy… - zaczęła wreszcie po chwili Chyłka.
- Nie będziemy teraz o tym rozmawiać – przerwał jej Kordian. – Masz się skupić na tym, żeby przejść szybko te kilka dni terapii i wrócić do nas w o wiele lepszym stanie.
- Jedyne na czym mogę się skupić, to że cierpię na deficyt ciebie.
Była zbyt słaba, a Kordian widział ją już w najgorszych stanach, by ukrywać prawdę. Chciała, by był tu teraz z nią - choć doskonale zdawała sobie sprawę, że to niemożliwe. Kordian westchnął, po czym usłyszała zduszone skrzypienie podłogi w mieszkaniu i pomyślała, że musi przechodzić z sypialni do salonu, gdzie trzymali swoje laptopy.
- Daj na głośnomówiący i otwórz link, który ci wysyłam – mruknął.
Chyłka zrobiła co kazał i odsunęła nieco od twarzy telefon.
- Co to ma być, Zordon? Jakieś trojany?
- Lista piosenek na Spotify, którą w pocie czoła tworzyłem od zarania dziejów.
Pracował nad tym od jakiegoś czasu, właściwie od kiedy tylko Chyłka po raz pierwszy puściła mu Poison Alice'a Coopera i oznajmiła, że to najbardziej romantyczny kawałek, jaki zna. Potraktował to jak wyzwanie i postanowił znaleźć inne metalowe i jednocześnie balladowe numery, które byłyby rzeczywiście, a nie tylko pozornie romantyczne. Zgromadził ich trochę, a potem rozszerzył katalog także na kawałki rockowe, alternatywne, punkowe i grunge'owe.
- Disarm Smashing Pumpkins – powiedziała z uznaniem, czując jak nieco wracają jej siły. – Nieźle. Naprawdę nieźle.
- Wyciskacz łez.
- Nawet ja to przyznam – odparła nieobecnym głosem.
- Nie ma rzewniejszego kawałka na świecie.
- Ano nie – przyznała. – Ale zobaczymy, co tu jeszcze masz… Hammerfall, Always Will Be. Też całkiem niezłe, choć ja i power metal za sobą nie przepadamy.
- Pomyślałem, że zrobisz wyjątek.
- Zrobię nawet dwa, bo widzę tutaj Ghost of Freedom Iced Earth.
- Zgadza się.
- Guns'n'Roses November Rain, dobry wybór. Wind of Change Scorpionsów, też nieźle.
Słysząc sam tytuł ostatniego kawałka, Kordian usłyszał w głowie charakterystyczne gwizdanie na początku.
- It's Been Awhile Staind, brawo, brawo. Idealny podkład muzyczny dla wieczoru przy świeczkach i pieluchach, zamiast papierosów.
- Tak? Sprawdzimy w praktyce.
- O, wylowiłeś nawet Black Hole Sun Soundgarden. I Fade to Black Metalliki!
- Jest też Killing Me Killing You Sentenced, 6 Lat Później Kultu i Chciałbym umrzeć z miłości Myslovitz.
- Och, Zordon…
- Aleksandra zasnęła dziś przy Pictures Of You The Cure.
Odpowiedziała mu milczeniem, a on przypuszczał, że jej lekki, nieprzytomny nastrój szybko przeszedł w pełne skupienie.
Chyłka miała wrażenie, że mamihlapinatapai w tej ciszy było zbyt małe, by wyrazić wszystko. Jak na zawołanie, usłyszała, jak w głębi mieszkania rozlega się płacz Aleksandry a Kordian odsuwa krzesło od stołu.
- Muszę ją przebrać i nakarmić – powiedział szeptem. – Włącz tą playlistę. My też jej będziemy dziś słuchać.
Rozłączyli się, a Chyłka wyciągnęła z torebki poplątane słuchawki i włączyła playlistę Zordona, odpływając po raz kolejny w sen.
