Dni terapii leciały jak szalone. Joanna nie była w stanie pojąć, jak doszło do tego, że czas zdawał się tu przyspieszyć o połowę; zaczynała się zastanawiać, czy to możliwe, by spędziła w Niemczech tylko kilka, a nie kilkanaście dni. Było trudno jej powiedzieć, czy czuje się lepiej, ale na pewno nie czuła się gorzej; ustały mdłości i obezwładniające bóle głowy, przestała wymiotować; jedyny mankament był taki, że czuła się niesamowicie senna i zmęczona, jakby ciągle nie mogła się rozbudzić po kilkunastu godzinach snu. Miała wrażenie, że śni na jawie; ciężko jej było łączyć fakty, i czuła się bardzo zagubiona gdy próbowała sobie przypomnieć, czy lekarze prowadzący odwiedzali ją naprawdę, czy tylko jej się to wydawało.

Jedyny mankament pod względem zdrowotnym – bo ten drugi, emocjonalny, doprowadzał ją do szału i był powodem całej jej irytacji, którą, jeśli była na tyle przytomna, wyładowywała na pierwszej lepszej osobie która zjawiła się w jej pokoju.

Tęsknota za Kordianem i Aleksandrą zżerała ją od środka. Niby potrafiła sobie to wszystko wyjaśnić w logiczny sposób, przecież sama się zgodziła na ten wyjazd, doskonale wiedziała, że jest to niepowtarzalna szansa na ocalenie jej życia; mimo to, świadomość że przebywają oddaleni od niej o tysiące kilometrów i ich brak tutaj przytłaczał ją i rozsierdzał. Jeszcze nigdy wcześniej nie rozstała się z Aleksandrą na tak długo; wiedziała, że Zordon zajmie się nią doskonale i dziecku nic nie grozi. Fakt, że przez te kilka dni nie poczuje jej zapachu, nie zetknie się z tym delikatnym ciepłem kiedy dziewczynka leżała w jej ramionach, nie zobaczy rano jej uśmiechu gdy ta zobaczy swoją matkę, nie otrze z rumianych, mięciutkich policzków łez gdy mała niecierpliwi się oczekując na butelkę z mlekiem, nie sprawdzi, czy jej tak białe, że aż przezroczyste włoski zaczynają ciemnieć – sprawiał, że nie była w stanie ani skupić się na czymkolwiek, ani racjonalnie wytłumaczyć sobie, że poświęcenie tych pięciu dni w obliczu zyskania kilkudziesięciu lat życia jest tego warte. Brak Kordiana, który wypełniał jej życie na nowo, pisał z nią tą niezwykłą codzienność, był dla niej wsparciem, podporą, tą stałą we wszechświecie, który jednym spojrzeniem potrafił wstrzymać jej oddech i cały świat – uwierał, gryzł, drapał po duszy. Bardzo szybko przyzwyczaiła się do jego obecności w łóżku, do ciepła kiedy ją obejmował, do drobnych czułości, których sobie nie szczędzili; zgadzał się na tak wiele, a jednocześnie potrafił stanowczo sprzeciwić się jej i postawić na swoim. Nigdy dotąd nie czuła się tak zadbana i zaopiekowana. Ostatnie miesiące z jej pogarszającym się stanem przypieczętowały to, że mogła się przed nim całkowicie odkryć, nie ukrywać swoich słabości i lęków, stanąć przed nim bez zbroi którą codziennie zakładała wychodząc z mieszkania – a on tego nie wykorzystywał, ochraniał ją i strzegł. Nie byłoby żadną przesadą powiedzenie, że najwyraźniej urodził się po to, by zburzyć bez wysiłku wszystkie mury jakie Chyłka do tej pory przed sobą postawiła – nie po to, by tą Chyłkową twierdzę zdobyć i zająć, ale by trwać przy niej, bronić jej i dzielić z nią najgorsze i najlepsze chwile.

Rozmawiali ze sobą codziennie przez kilka godzin, aż Joanna zasypiała w trakcie lub rozładowywała się jej bateria – ciągłe niewyspanie nie pomagało w koncentracji. Kordian całe dnie w pracy poświęcał na sprawę Maurycego – wbrew ustaleniom policji i prokuratury, pojawiło się światełko w tunelu na wyciągnięcie chłopaka z aresztu i wszystko wskazywało na to, że Oryńskiemu uda się wywiązać z umowy zawartej z Langerem. Gdy była wystarczająco przytomna, rozmawiali przez facetime – wtedy całą sobą musiała powstrzymywać łzy cisnące się jej do oczu, gdy widziała Aleksandrę rozpromieniającą się na jej widok. Dziewczynka za każdym razem wyciągała rączki w stronę ekranu i niecierpliwiła się, nie mogąc dosięgnąć matki, co kończyło się głośnym płaczem – postanowili więc zgodnie, że będą dzwonić na kamerkę gdy Przylepa będzie już spać. Ale nawet widok jej słodkiego maleństwa, śpiącego tuż obok lub na torsie Zordona – nie studził tęsknoty za nimi.

Od Magdaleny w ciągu dnia dostawała kilka lub kilkanaście zdjęć dokumentujących co ciekawsze momenty z dnia, kiedy to jej siostra zajmowała się Przylepą – próba karmienia nową kaszką (wszystko dookoła oplute), rewia metalowej mody razem z Darią (Aleksandra błyskawicznie rosła, więc rockowe ubranka zamawiali z zapasem na kilka rozmiarów; bodziaki z Ironsowym logo „Sweet Iron Princess", czarna tiulowa spódniczka i rajstopki w czarno-białe paski były teraz ulubionym zestawem, zaraz po śpiochach w czarno-białą kratkę i kombinezonami z metalowymi hasłami, jak „Sleep, milk and rock'n'roll"). Gdy rozmawiali z Kordianem, zawsze puszczali sobie w tle playlistę, którą Oryński tak pieczołowicie i na bieżąco tworzył – Joanna włączała tą playlistę za każdym razem, gdy wieźli ją na kolejne wlewy i badania. Ballady wybrane przez Kordiana pozwalały jej myślom choć na chwilę przystopować i skupić się na czym innym, dopóki nie zaczęła sobie wyobrażać, że Kordian też słucha tych samych piosenek.

Do tego wszystkiego dochodziły największe wątpliwości, związane z umową zawartą z Langerem. To, co miało miejsce w klinice w której się znajdowała, coraz bardziej zaczynało ją niepokoić. Fakt, przecież Langer miał w szpitalu swoje udziały; wszystko wskazywało na to, że wywiązuje się z umowy tak, jakby od tego zależało jego, a nie Chyłki, życie. Dlaczego – na to pytanie Joanna nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. I ten fakt najbardziej ją przytłaczał – znając motywy Langera, mogła być choć trochę przygotowana na jego następny ruch i jego konsekwencje. Bez tej wiedzy – Langer był swego rodzaju bóstwem decydującym o wszystkim. A tego, ze strony psychopaty, należało się obawiać.

Chyłka przeciągnęła się na łóżku i odwróciła na bok, w stronę okna. Próbowała przezwyciężyć obezwładniające ją zmęczenie, ale powieki były coraz cięższe, a obraz sprzed oczu coraz mocniej rozmazany.

To był ostatni dzień terapii – dwie godziny temu otrzymała ostatni wlew, i zgodnie z zapowiedziami lekarzy, za kilka godzin może zostać wypisana do domu. Gdyby tylko miała wystarczająco dużo siły, już dawno byłaby spakowana i czekała przed kliniką, aż zjawi się Zordon z Aleksandrą. Niestety, czuła się jeszcze słabiej niż w poprzednich dniach. Nie była w stanie przezwyciężyć senności, ledwie wywieziono ją z sali zabiegowej. Jeśli dobrze pamiętała, bo musiała to kilkakrotnie sprawdzić, wysłała Zordonowi sms'a z tą szczęśliwą nowiną i polecenie, by natychmiast pakował się do iks piątki i przyjechał tu po nią, łamiąc wszystkie przepisy drogowe. Niestety, telefon milczał jak zaklęty – nie było żadnej wiadomości zwrotnej od Kordiana. Joanna wyciągnęła po raz kolejny rękę w stronę stolika przy łóżku by sprawdzić, czy już coś odpisał a ona nie dosłyszała powiadomienia. Kiedy nie mogła go wymacać na blacie stolika, zaczęło jej się wydawać, że przecież nie wyciągała go z kieszeni dresu, żeby czuć wibracje. Częściowo zapominając już, po co go szukała, poklepała jedynie ręką biodro, na którym rysowało się wybrzuszenie w postaci telefonu, po czym odpłynęła kolejny raz w sen.

A przynajmniej tak jej się wydawało… w końcu cały świat był już tak rozmazany, że trudno było powiedzieć, czy tak powinny wyglądać sny. Dlaczego nie widziała wszystkiego wyraźniej, bliżej? Może jednak śpi, skoro zaczynała słyszeć jakieś dziwne dźwięki i poczuła, jakby unosiła się w powietrzu? Dziwne. Nigdy jej się nie śniło, żeby latała. Oby tylko nie spadła… zaraz. Przecież nie lata, tylko ktoś ją niesie.

Zordon! Jednak otrzymał sms'a. To musiał być on; widocznie minęło o wiele więcej czasu niż przypuszczała. Zaraz ją posadzi, no dobra – położy w iks piątce, zaraz będą pomykać autostradą w stronę Warszawy, za kilka godzin zobaczy Przylepę, weźmie ją na ręce i przytuli do siebie, przeprosi że zniknęła na te kilka dni…

A potem nie będą z Kordianem opuszczać sypialni przez kilka godzin. Chyba, że trzeba będzie zmienić Przylepie pieluchę. Niech no tylko się wyśpi po drodze, to pokaże Kordianowi, jak bardzo za nim tęskniła i dlaczego nigdy więcej nie powinni się rozstawać na tyle czasu…

Jednak gdy Zordon położył ją w aucie, wyczuła po zapachu, że zdecydowanie nie znalazła się w ukochanej iks piątce. Znała ten zapach, słyszała już to skrzypienie tapicerki, musiała już kiedyś siedzieć w tym aucie, ale to zdecydowanie nie był jej samochód…

Ogarnęła ją panika. Czym ten Kalafior postanowił po nią przyjechać? Zaraz jednak pomyślała, że to nie obawa czym, ale kto – zabiera ją z tego miejsca.

Usłyszała stłumiony śmiech i zadowolone pomrukiwanie, które zmroziły jej krew w żyłach. Było już jednak za późno na jakąkolwiek reakcję.

Piotr Langer z niebywałą ostrożnością wycofał Mustanga spod klinicznego parkingu, po czym skierował się na drogę wiodącą w kierunku przeciwnym niż ten, którego oczekiwała Joanna.

Kordian, choć bardzo mocno z sobą walczył, ostatniego dnia na który przypadała terapia Joanny, nie mógł sobie znaleźć miejsca. Całe dnie spędzone w kancelarii poświęcił na wyciągnięcie Betelskiego z aresztu – i wszystko wskazywało na to, że chłopak jutro opuści to miejsce. Gdy wracał do domu i przejmował Aleksandrę spod opieki Magdaleny, starał się wynagrodzić dziewczynce nie tylko swoją, ale też Joanny nieobecność. Dziewczynka, od kiedy tylko Chyłka rankiem wyruszyła w podróż, dawała mu popalić – jeśli skutecznie nie zajęto jej czym innym, była marudna, niezdecydowana i wszystko jej przeszkadzało. Wiedział, że Magdalena przechodziła samą siebie w tym czasie – razem z Darią zabierały ją na długie spacery, wynajdowały coraz to nowe atrakcje które mogłyby choć na chwilę odwrócić uwagę dziewczynki od nieobecności jej matki. Gdy już zostawali sami, Aleksandra zaczynała swój nowy rytuał „użalania się nad swoim losem i wyrażania swojego niezadowolenia" – ciągle popłakiwała, albo marudziła w swoim języku, zalewając Kordianowi koszulę łzami gdy przytulała się do niego; kiedy próbował ją odstawiać choć na sekundę, reagowała wrzaskiem jakby coś ją parzyło; w efekcie spędzała na jego rękach całe popołudnie, dopóki nie zmorzył ją sen.

Ze spaniem też nie było łatwo – dwie pierwsze noce wyglądały niemal identycznie, jak ta poprzedzająca wyjazd Chyłki. Kordian dopiero trzeciego popołudnia wpadł na pomysł, który uratował go od masakry bezsenności – ze sterty prania, co do którego nie miał kiedy go zorganizować, wyciągnął ostatnią koszulkę jaką Joanna miała na sobie przed wyjazdem. Na szczęście, tego dnia jak zwykle nosiła swoje ulubione perfumy, więc koszulka zwyczajnie nimi nasiąknęła. Nakrył nią Aleksandrę, która nerwowo wierciła się na jego ramieniu i jeden z rękawów przyłożył bliżej policzka dziewczynki, tak, by mogła lepiej wyczuć zapach materiału.

Sztuczka zadziałała – Aleksandra uspokoiła się i przestała popłakiwać.

- No, maluchu – rzekł Kordian, wychodząc z dziewczynką z łazienki i kierując się w stronę jej pokoju. – Nie tylko ty za nią tęsknisz. Bądź dzielna, jeszcze tylko kilka dni…

Dziewczynka nie rozstała się teraz ze znaleziskiem; Kordian miał tylko nadzieję, że koszulka nie będzie już potrzebna Aleksandrze po powrocie Chyłki, bo pamiętał, że była ona jednym z ulubionych i często noszonych elementów garderoby Joanny.

Był to kolejny, choć nieco błachy, powód przez który nie mógł się doczekać powrotu Joanny – nie przypominał sobie, kiedy ostatnio rozstali się na tak długo (może gdy odeszła z kancelarii, ale to było tak dawno, że się nie liczyło), i by to rozstanie dotknęło go aż tak bardzo. Miał chwilami wrażenie, że fizycznie dopada go ból spowodowany jej nieobecnością. Ich wspólny świat, rzeczywistość którą razem pisali, była ostatnio podstawą ich życia, codzienności którą wybrali – a zaburzenie tego rytmu było istną brutalnością. O ile jednak jakoś racjonalnie był w stanie wytłumaczyć sobie, że nie było innego wyjścia na uratowanie Joanny jak rozstanie się z nią na kilka dni – tak nie znajdował racjonalnego wyjaśnienia na to, co widział na kamerce podczas rozmów czy co słyszał, gdy rozmawiali z Chyłką – wyglądała na coraz bardziej zmęczoną. Jeszcze pierwszego dnia poinformowała go o wszystkich procedurach przez które przeszła, i jakie mogą być skutki uboczne terapii – pewien rodzaj zmęczenia był oczywisty i zgodny z założeniami terapii, ale stan w jakim znajdowała się Joanna gdy dzwoniła do niego za każdym razem, wzbudzał jego podejrzliwość, niepokój i wątpliwości co do przeprowadzania formy leczenia. Chyłka nie była tylko zmęczona – wydawała mu się wiecznie otumaniona, walcząca przed zapadnięciem w sen i kompletnie nie mogąca pozbierać myśli i słów. Nie mogła skupić się na jednym temacie w trakcie rozmowy, chwilami gadała od rzeczy i ciężko mu było zrozumieć, co chce mu przekazać. Nie chcąc jej jednak dodatkowo denerwować, starał się odgadywać jej intencje i podążać w rozmowach za nimi. Zastanawiał się, czy taki stan potrwa tylko przez czas podawania leku, czy będzie jej jeszcze towarzyszył po powrocie; kiedy zaś któregoś popołudnia postanowił się lekko z nią podroczyć i podrzucił temat wyznaczenia daty ich ślubu, reakcja Joanny – czyli nieprzytomne wymamrotanie, a raczej cytowanie z Sienkiewicza ulubionego powiedzonka Wołodyjowskiego – „Nic to, Zordon, nic to" - zaniepokoiła go już do tego stopnia, że był gotów natychmiast wskoczyć do auta i jechać do Niemiec, by wyciągnąć ją z kliniki. Data ślubu była już dawno wyznaczona i zarezerwowana w USC, tylko od samego początku Kordian nie powstrzymywał się przed drobnymi docinkami kiedy odkryli, że gdyby wybrali termin przypadający kilka dni później, to data pokrywałaby się z rocznicą premiery któregoś z ulubionych albumów Ironsów. Joanna dostawała białej gorączki gdy wracał do tego tematu, ale po lekkim ubolewaniu stwierdzili, że nie ma sensu zmieniać tej daty. Nie znaczyło to jednak wcale, że ten temat można było zakończyć zwykłym „Nic to"…

Mijały godziny, a wiadomość od Joanny z potwierdzeniem że jest gotowa do opuszczenia kliniki nie nadchodziła. O ile wczesnym popołudniem Kordian nie spodziewał się otrzymać tej wiadomości, tak teraz, gdy dochodziła już dziewiętnasta, zaczynał się denerwować. Już kilkakrotnie próbował połączyć się z Joanną – wszystko na nic, prawdopodobnie znów padła jej bateria. Aleksandra wyczuwała jego niepokój, i też zdawała się być coraz bardziej poirytowana tą sytuacją. Kordian nakarmił ją, wykąpał i próbował ułożyć do snu, ale dziewczynka nie dawała się wypuścić z rąk. Chodził więc nerwowo po mieszkaniu z Aleksandrą, próbując cały czas dodzwonić się do Joanny lub na stacjonarny numer telefonu, który rzekomo znajdował się w jej pokoju. Gdy kolejne próby nie przynosiły rezultatów, przegrzebał się przez wiadomości jakie wymieniali ze sobą przed ostatnie dni i odnalazł numer telefonu do recepcji kliniki.

Jego niemiecki był dosyć łamany, ale recepcjonista zgodziła się przejść na angielski bez problemu.

- Joanna Chylka – wypowiedziała ze strasznym akcentem, nie mogąc sobie poradzić z polskim nazwiskiem. – Wypisała się dzisiaj około czternastej.

Kordian stanął jak wryty, poprawiając Aleksandrę na ręku i przełączając rozmowę na głośnomówiący.

- Wypisała się o czternastej? I opuściła szpital?

- Tak – potwierdziła kobieta.

Kordian poczuł, jak zaczynało mu się kręcić w głowie.

- W jakim była stanie?

- Była dosyć osłabiona, ale ktoś ją odebrał.

Kordian poczuł dreszcze na całym ciele.

- Jest Pani w stanie ustalić, kto ją odebrał?

Joanna miała czekać na niego, miała mu o wszystkim pisać, miała dawać znać, jak tylko coś zacznie wzbudzać jej niepokój…

- Niestety, zaczęłam swoją zmianę dopiero godzinę temu. Osoba która miała dyżur przede mną oznaczyła tylko w systemie, że Pani Chylka nie była w stanie sama wyjść i ktoś ją odebrał z kliniki.

Kordian stał jeszcze przez chwilę z telefonem w ręku zastanawiając się, o co jeszcze mógłby zapytać, ale nic więcej nie przyszło mu do głowy. Rozłączył się bez pożegnania, a potem spojrzał na Aleksandrę, która wpatrywała się w niego z pełnym skupieniem. Pocałował ją w czółko, a ona przylgnęła do niego z cichym westchnieniem, jakby próbowała mu przekazać, że jest tak samo bezsilna jak on.

Wybrał na telefonie numer Kormaka. Nie wiedział jednak, co ma mu powiedzieć – że denerwuje się, bo Joanna wyszła z kliniki w towarzystwie kogoś obcego, nie dając mu o tym znać? Że nie ma z nią kontaktu od paru godzin? Że nie wie, gdzie jest?

Już miał się połączyć z przyjacielem, kiedy telefon cicho zawibrował, a na ekranie pojawiła się krótka wiadomość od Chyłki.

„Langer mnie ma".