Wzrok powoli wyostrzał się, ale zastany widok nie przynosił ulgi czy wyjaśnień. Ostatnim bowiem miejscem, w którym Chyłka chciałaby w tej chwili przebywać, był podejrzany pokój tonący w ciemności, gdzie z fotela ustawionego naprzeciw niej przyglądał jej się z szerokim uśmiechem Piotr Langer.

Równie wolno wracały wspomnienia, ale trudno jej było w tym momencie ocenić, co stało się naprawdę, a co było jedynie snem. Czy też halucynacją. Przez kilka godzin była pewna, że napisała wiadomość do Zordona o tym, że jest gotowa opuścić klinikę; kiedy Langer zapakował ją na tylne siedzenie i niespiesznie okrążał mustanga by zająć miejsce za kierownicą, całą siłą woli zmusiła się, by jak najszybciej napisać mu wiadomość o tym, że Piotr ją porywa. W ostatniej chwili zdążyła jeszcze zerknąć na historię rozmowy i zorientowała się, że nie wysłała mu poprzedniej wiadomości. Gdy usłyszała, jak Langer chwyta za klamkę i otwiera drzwi, wyciszyła dźwięki i chciała schować telefon za plecami, ale ten wypadł jej z rąk i wpadł pod fotel pasażera. Nie miała już sposobności (ani siły), by po niego sięgnąć. Piotr, nucąc coś wesołego pod nosem uruchomił silnik i zaczął wycofywać auto z parkingu. Joannę zemdliło gdy poczuła ruch auta mając przymknięte oczy, ale powstrzymała się ostatnimi siłami przed zwymiotowaniem, a po chwili znów odpłynęła w niebyt.

Teraz jednak, wreszcie znajome otępienie zaczynało ją opuszczać. Mogła dostrzec czarne ślady pleśni i grzyb na ścianach. Wnętrze miało w sobie coś pomiędzy gotykiem a wiktoriańską Anglią – wysokie strzeliste okna z witrażami przypominały nieco kościół, poza tym jednak pomieszczenie było ciemne i nieco upiorne. Najbardziej jednak upiornym elementem wydawał się być Langer.

- No dalej, Joasiu – odezwał się wreszcie, wysuwając się nieco w jej stronę. – Ileż można spać…

Chyłka przełknęła ślinę i odwróciła głowę.

- Nudzę się już trochę, a myślałem, że możemy wreszcie zacząć…

- Zacząć… co? – stać ją było jedynie na niewyraźny szept przerywany chrząknięciami, bo gardło paliło ją jakby ktoś jej kazał połknąć rozżarzony węgiel.

- Jak to co? Nowe życie! – zaśmiał się cicho, jakby opowiedziała mu wyjątkowo dobry żart. Rozłożył szeroko ręce i rozejrzał się po pokoju. – Czy to nie jest idealna sypialnia dla wielbicielki metalu?

Joanna z trudem podniosła nieco głowę i omiotła pomieszczenie spojrzeniem.

- Idealny na różaniec przed zamknięciem trumny – syknęła, opadając z powrotem na posłanie. – Czego chcesz?

- Aj, ty zawsze taka… skupiona na celu.

- Przejdź do rzeczy, Gnido.

Piotr roześmiał się, podnosząc się z fotela i niespiesznie zaczął przechadzać się dookoła zdezelowanego fotela.

- Rzecz w tym, moja droga, że jakiś czas temu zdałem sobie sprawę z naszego beznadziejnego położenia, w którym się znaleźliśmy. Ja, odseparowany od ciebie, szukający kogoś choć w połowie tak błyskotliwego jak ty… i ty, uwięziona w nowej roli, niezdolna do wyrwania się z beznadziejnego położenia… ale nie martw się. Pomyślałem o wszystkim.

Joanna mozolnie przesunęła się na łóżku i nieco uniosła. Dopiero teraz zorientowała się, że nóg i rąk nie ma związanych, ale cokolwiek jej podano by ją uśpić lub obezwładnić, musi dalej działać, bo nie stać jej na większy wysiłek.

- Nie wiem jak kurewsko beznadziejnie musiałeś się czuć przez ostatnie miesiące… ale moje położenie jest całkiem dobre i nie narzekam – wychrypiała, próbując zignorować palący ból w gardle. – Co więcej, nie zamierzam go zmieniać. Ale tobie chuj do tego. Odwieź mnie do Warszawy i wypuść, a zapomnę o całym tym gównie i będziemy kwita.

Piotr roześmiał się i podszedł do łóżka. Usiadł na jego skraju i wyciągnął rękę w stronę Joanny. Próbowała się odsunąć, ale nie miała jak; Piotr dotknął jej włosów i zaczął się bawić jednym kosmykiem.

- Ja to widzę trochę inaczej…. Przecież zafundowałem ci eksperymentalne leczenie, nie pamiętasz? Dzięki mnie będziesz się cieszyć długim i szczęśliwym życiem, o ile nie spotka cię jakiś wypadek. Zresztą, otóż właśnie… bardzo cię lubię. Inwestycja w twoje zdrowie była dla mnie priorytetem. Nie oczekuję wielkiej wdzięczności, wiem, że nie należysz do tak wylewnych osób… jednak pewne zobowiązania należy spłacać bez grymaszenia.

- Zordon wybronił Maurycego – Chyłka starała się nie dawać po sobie znać, że tak bliski kontakt z Piotrem wzbudza w niej odrazę. – Wyszedł wczoraj z aresztu i prawdopodobnie sprawa na tym się skończy.

- Wybronienie Maurycego było kosztem za twoją terapię, nie za puszczenie cię wolno… Czy ty myślisz, że my naprawdę, będąc w kwiecie wieku, już się wybawiliśmy? Jesteśmy młodzi, chętni przygód, nowych doznań…

- Ach, no tak – zaśmiała się Chyłka, przezwyciężając wreszcie ból w gardle. – Za dużo niewinnych ludzi na tym łez padole wchodzi ci w drogę?

Piotr klasnął w dłonie.

- No i nie zaprzeczysz w tym momencie, że świetnie się rozumiemy. – Wstał z łóżka i wrócił na fotel. – i tu dochodzimy do kwestii, którą już poruszyłaś, czyli spłacanie długów i wywiązywanie się z zaciągniętych zobowiązań. Jak już wcześniej wspomniałem, twoje zdrowie i życie jest dla mnie priorytetem. Jednakże… nic nie spada z nieba. To, za co przychodzi nam zapłacić najwyższą cenę, jest naprawdę przez nas doceniane i zadbane. Dlatego, żeby podkreślić wagę moich słów i czynów, dzięki którym uświetnisz swoją obecnością jeszcze przez kilkadziesiąt lat polskie sale sądowe, mam dla ciebie pewną propozycję. Oczywiście, jest ona nie do odrzucenia, zważając na nagłą zmianę wartości w twoim życiu…

Piotr poprawił się na fotelu, i zaczął przyglądać jej się wyjątkowo wnikliwie.

- Wrócisz gdziekolwiek będziesz chciała i będziesz robiła, co ci się tylko zamarzy. O ile oczywiście, gdy przyjdzie taka pora, podejmiesz się obrony moich interesów i mnie, w chwili kryzysu. Za odpowiednie honorarium, rzecz jasna.

- Gdziekolwiek teraz jesteśmy… wypuścisz mnie tak po prostu jeśli ci obiecam, że zostanę twoim adwokatem? Tak po prostu?

- Joasiu… ja wiem, że z ochotą się tego podejmiesz. – wyciągnął z kieszeni płaszcza telefon, który Chyłka momentalnie rozpoznała jako swój i pochylił się i oparł łokcie na kolanach. Stuknął w ekran, a ten natychmiast rozbłysł słabym światem. Na ekranie pojawiło się zdjęcie Kordiana i Aleksandry. – Nie chcesz przecież, żeby Kordian pozostał wiecznym aplikantem, albo żebym zabrał na wycieczkę po Europie twoją małą córeczkę…

Chyłkę ogarnęła wściekłość i zdrowy rozsądek przegrał na chwilę. Rzuciła się w stronę Langera z zamiarem wyrwania mu telefonu z ręki; niestety, zdołała tylko pochylić się do przodu i natychmiast runęła z łóżka na podłogę, boleśnie uderzając się w ramię i głowę. Ból w skroni zagłuszył dalsze słowa Piotra, który podszedł do niej, podniósł ją i ułożył z powrotem na łóżku. Kręcąc głową z rozczarowania, z drugiej kieszeni płaszcza wyciągnął strzykawkę i bez ceregieli wbił igłę w ramię Chyłki, nim ta zdążyła zaprotestować. Odczekał chwilę i upewnił się, że środek odurzający zadziałał poprawnie. Z pogardliwym prychnięciem rzucił telefon Chyłki obok jej głowy, po czym wyszedł z pokoju.

Kordian wiercił się niespokojnie na miejscu kierowcy, mknąc z kilkukrotnie przekroczoną prędkością po autostradzie. Zaledwie dziesięć godzin temu, w środku nocy, gdy wyczerpał już wszystkie możliwości zlokalizowania Chyłki z pomocą Kormaka, jej telefon nagle znów był aktywny w sieci, a zaraz potem odebrał od niej połączenie. Była zdezorientowana i przerażona, ale starała się przekazać mu jak najwięcej wskazówek co do miejsca, w którym się znajdowała. To szczęśliwie nie było już tak niezbędne, gdy Kormak ponownie usiadł przed komputerem i po kilku minutach natychmiast namierzył jej położenie. Oryński upewnił się, że Aleksandra śpi i niemal natychmiast wybiegł z mieszkania, kierując się do iks piątki zaparkowanej nieopodal. Przyrzekał Chyłce że nie spuści jej z oka, ale jeśli miał ją jak najszybciej odzyskać, Kormak był najodpowiedniejszą osobą do przypilnowania śpiącego malucha. Wyjeżdżając z Warszawy, nagrał krótką wiadomość do Magdaleny z prośbą, by ta zjawiła się jak najszybciej na Argentyńskiej.

Starał się nie wyobrażać sobie, co się stanie, gdy nie zastanie Chyłki na miejscu. Bateria w jej telefonie padała, więc przekazała mu tylko, że Langer zostawił ją w jakimś okropnym zamczysku czy kościele, postara się mu udostępnić swoje położenie, i że względnie nic jej nie dolega. Ale czy Piotr naprawdę, tak po prostu… zostawił ją?

Kątem oka Kordian uchwycił ruch na siedzeniu pasażera, i zerknął szybko w prawo. Szczerbiński poruszył się przez sen, ale jednostajny ruch auta dalej trzymał go w uśpieniu. Oryński zerknął kontrolnie na mapę – za kwadrans mieli być na miejscu, w Schwalmtal. Tu znów myśli Oryńskiego szybko zmieniły kierunek i pomknęły ku Langerze – dlaczego wywiózł Chyłkę pod granicę z Belgią, przemierzając z nią niemal całe Niemcy? Czy chciał tylko utrudnić im znalezienie siebie, czy miał w tym jeszcze jakiś cel?

Gdy z Kormakiem sprawdzili miejsce które wskazały im stacje komórkowe, Oryńskiemu przyszła do głowy jedna myśl – musi poprosić o pomoc policję. Zgłaszanie jednak zaginięcia Chyłki w Niemczech już samo w sobie brzmiało tak nieprawdopodobnie, jak i całe okoliczności. Szukając kluczyków do iks piątki, wybrał telefon do Szczerbińskiego, mając nadzieję że ten zgodzi się wyświadczyć im tą przysługę. Nie dowierzał, że Langer miałby tak po prostu porzucić Joannę tysiące kilometrów od Warszawy, nie planując czegoś w zanadrzu. Z kolei wzywanie całego oddziału policji, lub po prostu służ nie wtajemniczonych w sadystyczny umysł Langera, wydawało się Oryńskiemu drogą do katastrofy. Szczęśliwie, komisarz odebrał telefon już po kilku sygnałach, i po krótkim wyjaśnieniu sprawy zgodził się towarzyszyć Oryńskiemu w drodze.

Choć Kordian miał wrażenie, że czas stoi w miejscu a oni nie posuwają się ani o kawałek do przodu, co chwila przyspieszał gdy nawigacja informowała go, że zbliżają się do celu. Kormak kilka razy w trakcie drogi potwierdził, że powinni się kierować do Waldniel-Hostert, opuszczonego szpitala St. Josefsheim, który po wojnie przekształcono na Kent School. Kormak twierdził, że ruiny z opisu pasują do tego, co zdążyła im przekazać Chyłka. Oryński za nic mając ograniczenia obowiązujące w terenie zabudowanym, ostro wchodził w zakręty.

- Mógłbym ci wlepić kilka mandatów, z których byś się nigdy nie wypłacił – Szczerbiński mruknął pod nosem, podnosząc się na fotelu.

- Możesz mnie nawet aresztować, jak tylko Chyłka trafi bezpieczenie na Argentyńską – mruknął Oryński pod nosem.

Wszedł w ostatni zakręt i zatrzymał auto na środku placu, pomiędzy upiornymi budynkami dookoła. Wyszli z auta i zatrzasnęli cicho drzwi. Szczerbiński wyjął z kabury broń i odbezpieczył ją, Kordian z kolei wyciągnął telefon i spróbował wybrać numer do Joanny.

- Kurwa mać… - syknął, słysząc w słuchawce jedynie dźwięk wybierania połączenia. Telefon nie mógł być wyłączony, ale równie dobrze mogło się po prostu okazać, że Langer zwabił ich tu w tylko sobie wiadomym celu…

Już miał ochotę kląć pod nosem, gdy komisarz lekko szturchnął go w ramię i przyłożył palec do ust.

- Słyszysz? – szepnął i rozejrzał się dookoła. – Nie rozłączaj się, musi gdzieś tu być.

Miejsce było upiorne, wyglądało jak z horroru. Komisarz wskazał mu ręką część budynku, w której oknach znajdowały się witraże.

- O czymś takim wspominała? – spytał, wskazując na strzelistą wieżę.

- Coś jakby kaplica, nic innego tu nie pasuje – mimo zapadającego powoli zmroku, Kordian nie dostrzegł innej części budynku, która by pasowała do chaotycznego opisu przekazanego przez Joannę. Ruszyli powoli do przodu, a Oryński raz jeszcze wybrał numer Joanny. Krok po kroku zbliżali się do wejścia. Tuż przed drzwiami obaj zatrzymali się, wpatrując się w ślady wyryte na ziemi przed nimi.

Ślady opon sporego auta urywały się tuż przed drzwiami prowadzącymi do kaplicy. Wyglądały tak, jakby ktoś podjechał do wejścia tyłem, a potem ostro ruszył przed siebie.

To mogło znaczyć tylko jedno – Langera już tu nie było. Inaczej dostrzegliby z daleka jego mustanga, który kolorem nie mógł się nie wyróżniać na tle tych koszmarnych ruin.

Spojrzeli po sobie i tym momencie usłyszeli z głębi kaplicy cichą, rytmiczną melodię Afraid to Shoot Strangers, odbijającą się echem od ścian.

Kordian nie czekał na Szczerbińskiego, który kazał mu zwolnić; pobiegł do wejścia i skierował się tam, skąd melodia wydawała mu się głośniejsza.

W kaplicy było już dosyć ciemno. Jedynym źródłem światła był przygaszony wyświetlacz telefonu leżącego na czymś, co przypominało łóżko polowe ustawione na miejscu ołtarza. Kordian podbiegł do niego i chwycił telefon. Na zdjęciu na którym trzymał malutką Aleksandrę pojawił się komunikat, że zostało dwa procent baterii. Wstrzymując oddech, Oryński ścisnął komórkę Chyłki próbując odgadnąć, co mogło się tu wydarzyć. Jego oddech przyspieszył, gdy zaczął się rozglądać po pomieszczeniu, w poszukiwaniu jakiekolwiek śladu wskazującego na jej obecność tutaj. Ani na łóżku, ani na fotelu postawionym tuż obok nie znajdowało się nic, co mogło do niej należeć.

- Chyłka? – zapytał cicho, rozglądając się. – Chyłka, jesteś tu? – krzyknął, zdając sobie sprawę z paniki wybrzmiewającej w jego głosie.

Ciche skrzypienie w okolicy ołtarza natychmiast zwróciło jego uwagę. Obrócił się z powrotem w tamtą stronę, a jego oczom ukazała się blada twarz i potargane włosy Chyłki, wyłaniające się zza drzwi prowadzących do zakrystii. Wyglądała, jakby przeszła piekło i tylko po oczach mógł dostrzec, że ledwie trzyma kontakt z rzeczywistością. Rzucił się w jej stronę i chwycił mocno za ramiona – wyglądała, jakby w każdej chwili miała paść nieprzytomna na ziemię.

Próbując utrzymać prosto głowę, starała się posłać mu uspokajający uśmiech. Miała jednak wrażenie, że jej twarz wykrzywia się w grymasie który wyrażał wszystko, prócz spokoju. Poddała się, i położyła głowę na piersi Kordiana, oddychając głęboko i modląc się w duchu o to, żeby to była prawda. By dotarł tutaj, stał przed nią w tej mrocznej kaplicy, obejmował ją ramionami i podtrzymywał w pionie, głaszcząc jej głosy i szepcząc jej do ucha nerwowo „Jesteś cała?"

- Najważniejsze, że jestem z tobą – mruknęła pod nosem, nie wiedząc czy zdołał to usłyszeć czy nie. Odsunął nieco jej twarz i bacznie ją obejrzał. – Trochę ci zeszło, Bakłażanie. – walczyła ostatkiem sił by zachować przytomność, ale kiedy jej umysł wreszcie pojął, że Kordian naprawdę ją odnalazł, jego obraz rozmazał się jej oczami i zaszedł mgłą.