Warszawa tętniła co prawda przygaszonym, ale wciąż wyczuwalnym i miarowym rytmem nocy. Mrok powoli rozlewał się na niebie, próbując sięgnąć do ostatnich zakamarków w których chowało się zachodzące słońce. Jak na koniec czerwca przystało, dzień był bardzo skwarny i długi, a jasna noc miała się powtórzyć tak samo, jak przez ostatni tydzień. Odgłosy zasypiającego miasta brzmiały jak cicha kołysanka, docierając do mieszkań jako stłumione melodie. Ich przyciszenie zdawało się dawać gwarancję, że nadszedł czas na wytchnienie; ich miarowość, że całe miasto czeka w gotowości na kolejny dzień.
Kordian stał w drzwiach prowadzących do pokoju Aleksandry i przyglądał się śpiącej dziewczynce.
Nie była już pomarszczonym, skurczonym stworzeniem które za szybko, w zbyt gwałtowny sposób zostało sprowadzone na ten świat; nie była też już pulchnym, słodziutkim niemowlęciem które największym uwielbieniem darzyło butelkę z mlekiem i czystą pieluchę. Półtora roku minęło jak biczem strzelił – Aleksandra rosła jak szalona, choć nadal w porównaniu do swoich rówieśników wydawała mu się najdrobniejsza. Przezroczyste włoski nieco ściemniały i urosły, sięgając jej już za ramionka i zakręcając się w drobniutkie spirale na końcówkach. Twarzyczka nabierała wyrazistości, a rysami zdawała się przypominać młodszą wersję swojej matki. Marszczyła brwi w ten sam sposób co ona, a jej szeroki uśmiech był dosłowną kopią. Nie było przeszkody nie do pokonania na jej drodze, nie było zbyt wysokiego mebla, zbyt stromych schodów czy ostrych kantów – jak jej matka, z kłód pod nogami rzeźbiła sobie schody i wspinała się na szczyty metaforyczne i fizyczne.
Uwielbiała, gdy czytano jej na głos i śpiewano Ironsów i Kazika w samochodzie; popołudnia spędzane z Magdaleną i Darią mógł przebić jedynie dziadek Harry, który rozpieszczał ją do granic rozsądku. Jedyną bolączką pozostawał fakt, że mało się odzywała i niespecjalnie lubiła mówić, ale nigdy nie przeszkodziło jej to w wyrażaniu swoich uczuć, potrzeb czy zachcianek.
Przeciągnęła się lekko pod kołderką, westchnęła i przewróciła się na drugi bok. Kordian wychylił się by sprawdzić, czy nie odkryła się za bardzo. Usłyszał ciche skrzypnięcie podłogi za sobą. Chwycił za klamkę, przymknął ostrożnie drzwi i odwrócił się. Chyłka mierzyła go czujnym, ale ostrożnym wzrokiem.
Ona też się zmieniła; nie mógł się chwilami nadziwić, jak wiele zmian zaszło w niej od momentu, kiedy zbeształa go pod Skylight za kopcenie Davidoffów. Przybyło jej trochę zmarszczek, miała dłuższe i inaczej wymodelowane włosy; choroba i inne przejścia mocno wydrenowały jej ciało, ale powoli wracała do siebie i przybierała na wadze. Nie, żeby narzekał na jej biust czy inne części jej ciała… tyle tylko, że ostatnie lata naprawdę zostawiły na niej wiele blizn i znamion. Mimo to, w obcisłej sukience czy spódnicy i swoich ukochanych szpilkach, doprowadzała go swoim widokiem do szaleństwa.
Nerwy i stres, problemy codzienności, problemy zawodowe – znikały w jej oczach na widok Aleksandry. Dziewczynka wnosiła w ich życie ciepło, które łagodziło zło i cierpienie zewnętrznego świata. Niestety, nie zawsze było w stanie wymazać wszystkiego, co trapiło ich dusze. Od kilku tygodni dojmujący smutek przebijał się w oczach Chyłki częściej niż radość. Była to przygniatająca myśl, bowiem nigdy wcześniej nie widywał jej jeszcze w takim stanie. Chyłka parła do przodu jak ich córka, za nic miała przeszkody, była niezatapialna. A od jakiegoś czasu zwolniła kurs i uważnie rozglądała się naokoło, jakby nie wiedziała który kierunek w życiu obrać.
- Załatwione – rzekła cicho, podchodząc do Oryńskiego nieco bliżej. Jej blada skóra wydawała się jeszcze bielsza na tle czarnego t-shirtu z Eddiem, a nogi o wiele szczuplejsze w czarnych, podartych jeansach. – Możemy jechać.
- Muszę tylko… - odchrząknął nerwowo, próbując pozbyć się palącego uczucia w gardle.
- Nic nie musisz. Już cię spakowałam. Magdalena jest w drodze. Idziemy – rzuciła jak karabin, starym tonem nie znoszącym sprzeciwu. Mimo tego, nie poruszyła się o milimetr, jakby czekała, aż on sam dojdzie do tego samego wniosku i nada bieg temu wydarzeniu.
Oryński uchylił drzwi i jeszcze raz zerknął przez ramię na śpiącą córkę. Znów przymknął drzwi i tym razem ruszył w stronę ich sypialni. Chyłka zostawiła jego torbę na ich łóżku. Chwycił ją, zarzucił na ramię lekką bluzę i wrócił na korytarz.
Chyłka stała w tym samym miejscu, chowając twarz w prawej dłoni. W lewej ściskała już kluczyki od iks piątki.
Przeszli w milczeniu do samochodu, gdzie zwyczajowo zajęli swoje miejsca – ona za kierownicą, on jako pasażer. W otaczającym ich mroku wypatrywali Magdalenę, która miała lada moment zjawić się z naprzeciwka.
- Wiesz, dlaczego to robię? – przerwała wreszcie krępującą ciszę, która wisiała nad nimi. Nie czekała jednak na odpowiedź. – Wiem, Zordon, przez co przeszedłeś. Mój poród, moja choroba, Langer, Betelscy, kancelaria, aplikacja… to jest dużo. Nigdy nie będę tego negować. Nigdy nie będę ci wypominać tego, że łykałeś te opioidy. Nie będę ci wypominać, że mogłeś sobie darować czy przerzucić się na tequilę. Rozumiesz? – odwróciła się lekko w jego stronę i czekała, aż kiwnie głową. – Nigdy nie usłyszysz ode mnie, że to było nic, że te wydarzenia nie mogły na ciebie wpłynąć w mniejszym stopniu niż na mnie. Przeżywaliśmy to razem. Każde z nas radziło sobie najlepiej jak mogło. – Zrobiła przerwę na głębszy oddech. – W życiu jest czas na wszystko, a wszystko jest dla ludzi. Chlanie, ćpanie, seks, zapierdalanie od świtu do nocy. Ale to wszystko się zmienia w momencie, kiedy zostajemy rodzicami.
Głos jej zadrżał i zachłysnęła się. Kordian odwrócił się w jej stronę i dostrzegł pojedynczą łzę spływającą po jej policzku. Wyciągnął lewą rękę i odszukał jej dłoń, którą nerwowo zaciskała na gałce biegów. Rozplótł jej palce i ścisnął jej dłoń.
- Jestem dzieckiem narkomana i alkoholika, i nie dopuszczę do tego, by nasza córka widziała i przeżywała to, co ja przeżyłam. – Głos jej się łamał. – Ani ona, ani ja na to nie zasłużyłyśmy. A ty nie zasłużyłeś na to, żeby byle gówno sprzątnęło mi ciebie z tego świata, kiedy tak bardzo cię potrzebuję, a ten pierdolony cyrk trzeba ogarnąć.
Odwróciła wreszcie głowę ku niemu, wierzchem lewej dłoni ocierając szybko policzek. Kordian natychmiast przysunął się bliżej i ujął jej twarz w swoje dłonie.
- Przepraszam cię, Joanno… - zaczął, ale ona od razu mu przerwała.
- To ja cię przepraszam. Zwaliło się na ciebie całe gówno tego świata, a ja nie byłam w stanie ci pomóc. Gdybym tylko…
- Gdybanie nic teraz nie pomoże – tym razem on jej przerwał, czując, że zbliżają się do tematu który wisiał między nimi nieporuszony od kilku godzin. – Zło zawsze będzie gdzieś koło nas, i nie zawsze uda nam się go uniknąć.
- Wiem to, w końcu raz po raz… - wymownie wywróciła oczami po suficie, ale nie zatrzymało to spływających łez. – Do kurwy nędzy. Nie chciałam ci mówić przed egzaminem, chciałam żebyś w spokoju go zdał, widziałam ile godzin kułeś jak szalony… chciałam tylko poczekać na odpowiedni moment.
Kordian przysunął się bliżej i przyłożył swoje czoło do jej.
- To nie jest twoja wina – powiedział cicho, pewnym, niepodważalnym tonem. – Słyszałaś lekarzy. Przy twojej dawce leków to był cud, że tak długo wytrzymał.
Unikali jak ognia słów, które wywoływały zbyt wielki ból, słów, które dobitnie potwierdzały zajście rozdzierające ich serca na drobne kawałki.
Chyłka bała się tego, co miało ją czekać. Pięć dni bez Kordiana. Pięć długich dni które będzie się starała wypełnić córeczką i wszystkim co będzie konieczne, by zapobiec aresztowaniu go. Pięć długich nocy, podczas których nie zazna ciepła i otaczających ją ramion Kordiana, pięć nocy przez które nawiedzać ją będą zbyt świeże i zbyt bolesne wspomnienia z kilku ostatnich dni.
Nieprzytomny Kordian na podłodze pełnej jego wymiocin; jej spanikowany głos, gdy wzywała karetkę i obezwładniający bezład myśli w głowie; powiększająca się plama krwi na jej spodniach, gdy chciała go ocucić, gdy nie mogła wyczuć pulsu na jego szyi; przejmujący ból w brzuchu, jakby ktoś siłą wyrywał jej trzewia; płacz Aleksandry dochodzący z jej pokoju; pobudka w szpitalu, rażąca w oczy biel, i ta sama biel na małej trumience, ginącej w mroku świeżo rozkopanego grobu.
Cichą melodię złożoną z ich oddechów przerwało im delikatne stukanie w szybę iks piątki. Zerknęli tylko przelotnie na Magdalenę, która machnęła ręką w stronę bloku i od razu skierowała się w jego stronę.
- Im szybciej tam dotrzesz, tym szybciej wyjdziesz – mruknęła cicho Chyłka, odrywając się od Oryńskiego i odpaliła auto.
ROK WCZEŚNIEJ
Choć Szczerbiński najchętniej rzuciłby się w pościg za Langerem, nie tylko zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że to kompletnie bez sensu. Znalazł w mapach najbliższy szpital i ruszył jak tylko trasa wczytała się w nawigacji. Oryński na tylnym siedzeniu próbował docucić Chyłkę, z mieszanymi efektami – to się przebudzała, to znów odpływała w niebyt, mówiąc bez składu i ładu.
W szpitalu natychmiast się nią zajęto, i zaledwie godzinę później wyszedł do nich lekarz dyżurujący. Na większość wyników trzeba było poczekać do rana, ale wstępnie wszystko wskazywało na to, że Langer podał Chyłce tylko końską dawkę uspokajających i nasennych leków. Choć Kordian najchętniej jak najszybciej zawiózłby Joannę do najlepszej kliniki na świecie, na razie wystarczyły my zapewnienia, że nic więcej prócz wzmacniającej kroplówki i porządnego posiłku nie jest jej potrzebne; wszak od zawsze było wiadomo, że Chyłka najszybciej dochodziła do siebie w swoim mieszkaniu. Gdy tylko lekarz dał zielone światło, prysnęli ze szpitala najszybciej jak się dało i ruszyli iks piątką w stronę Warszawy.
Choć trudno było to sobie logicznie poukładać, mimo usilnych namów ze strony Szczerbińskiego – Chyłka nie wniosła na policję żadnego zawiadomienia o porwaniu przez Langera. Gdy tylko znaleźli się sami z Kordianem na Argentyńskiej, gdy już do reszty odzyskała przytomność i wspomnienia – postarała się mu wyjaśnić tą przedziwną, socjopatyczną zależność, jaką Langer dostrzegał w związku między ich trójką.
- Ten popieprzony psychopata czerpie siłę z tego, że nas kontroluje. I tylko o to mu chodzi – chce być panem mojego, naszego życia – wyszeptała odpalając papierosa i wypuszczając dym przez otwarte okno, gdy stanęli przy nim razem i wpatrywali się w miasto. – Nie wiem co tak naprawdę mi podali w tej współczesnej wersji Auschwitz, ale na pewno nic, co mogłoby mi zaszkodzić. Wbrew pozorom, mam teraz u niego dług. I to konkretny. A jemu zawsze o to chodzi. Żeby ktoś był od niego zależny.
Kordian długo przyglądał się autom mknącym przez wiadukty w oddali. Przysunął się bliżej Chyłki, wyciągnął z jej dłoni tlącego się papierosa i zaciągnął się mocno. Chyłka od dawna nie paliła, zwłaszcza przy dziecku, jemu zdarzało się sporadycznie wypalić po papierosie przed rozprawą; trzymali jednak rezerwową paczkę w salonie, na wypadek takich sytuacji jak ta teraz.
- Gnida od początku chciała, żebym stała się od niego zależna. Stąd to podtruwanie. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że miał jeszcze jakiś udział przy sprawie z Baumanem… mniejsza o to. Dopiął swego.
- Dlaczego w takim razie nie chcesz wnieść oskarżenia? Szczerbiński tylko na to czeka, choć nigdy się do tego nie przyzna. – Kordian oddał jej papierosa. Stykali się teraz ramionami; Kordian czuł ciepło bijące z jej ciała, każde mniejsze drżenie przy zimniejszym podmuchu wiatru. To był jeden z tych momentów, gdzie dotykając jedynie skrawka ciała ukochanej osoby, czuło się ją całym swoim jestestwem. Jakby to połączenie scalało ich w niewytłumaczalny sposób, jakby doszło do nie dającej się opisać symbiozy. I tylko tyle wystarczyło – zetknięcie się ramionami – by mieć pewność, że tak powinien wyglądać ten wieczór. Ta chwila.
Chyłka ponownie się zaciągnęła, i znów oddała papierosa Oryńskiemu. Wystarczy na dziś. Nikotyna jak dawniej rozjaśniała jej myśli, ale mając na uwadze swój stan zdrowia, nie chciała przesadzić.
- To nie ma sensu – szepnęła wreszcie, przechylając głowę w bok. Trafiła idealnie w bok Oryńskiego, i w tej pozie już została. – Zrobił to, co chciał. Wiemy, że jest nieobliczalnym skurwielem, mordercą, psychopatą, sadystą i popierdoleńcem przekonanym o swej boskości. To za dużo jak na jedną osobę. A ja… mam go dość, Zordon.
Westchnęła i odgarnęła z czoła przeszkadzający jej kosmyk włosów.
- Czy my go będziemy ścigać, czy Deutchland, choćby samo FBI i CIA… mam to gdzieś. On się kiedyś wreszcie potknie, popełni błąd. Ale to nie znaczy, że powinniśmy czekać w napięciu na jego kolejny krok… mieć oczy szeroko otwarte, czuwać – tak. Ale nie zamierzam już dłużej tracić na niego swojego życia.
Jak na zawołanie, wagę jej słów podkreślił rozlegający się gdzieś w oddali ryk syreny karetki pogotowia.
- Mam ciebie i Aleksandrę. Chcę być z wami, chcę patrzeć jak ona rośnie, a nie cały czas wypatrywać Langera w tle. On wróci, Zordon, ale będzie wtedy potrzebował nas, naszych zdolności i umiejętności. I wtedy trzeba będzie działać. A do tego czasu…. Nie chcę tracić na niego ani sekundy więcej, iż to jest konieczne.
Kordian w końcu nie wytrzymał, i objął ją ramieniem, przysuwając ją do siebie jeszcze bliżej, tak, że wreszcie mógł musnąć ustami jej skroń i upewnić się, że jej włosy pachną tak, jak to zapamiętał.
- Sprawa z Betelskimi będzie się jeszcze trochę ciągnąć, ale na razie świetnie sobie poradziłeś. A teraz… zajmiemy się tym, żebym nie wykitowała za dwa lata i twoją aplikacją.
