- Mama.
To było słowo-piorun, elektryzujące, porażające, zatrzymujące czas w miejscu. Chyłka przeżyła już kilka takich chwil w swoim dotychczasowym życiu – większość z nich dotyczyło jej i Kordiana – ale, jak za każdym razem, każda taka nowa chwila była niepowtarzalna i niepodważalna.
Zgodnie z zapowiedzią, odpuściła sobie całkowicie Langera i cokolwiek co było z nim związane; za punkt honoru z kolei postawiła sobie doprowadzenie swojego zdrowia do porządku. Z pomocą Kormaka znaleźli najlepszą klinikę onkologiczną w Europie, która specjalizowała się w tak rzadkich przypadkach, jak jej własny, a co do której mogliby mieć pewność, że nikt kto źle im życzył, nie miałby możliwości manipulowania jej leczeniem. Gdy tylko Chyłka doszła do siebie po wydarzeniach w Niemczech a Oryński dopiął wszystkie sprawy w kancelarii, zwłaszcza te związane z wyjściem z aresztu młodego Betelskiego, wyruszyli we trójkę do Szwecji. Spędzili tam tydzień, podczas którego Chyłka została dokładnie przebadana i zdiagnozowana – a wyniki były zaskoczeniem zarówno dla niej, jak i dla lekarzy prowadzących. Wszystko bowiem wskazywało na to, że rak który ją trawił, był w zbyt wczesnym stadium, by wyrządzać takie spustoszenie w jej organizmie. Specjaliści byli jednogłośni – podtruwanie Chyłki było tym, co omal nie pozbawiło jej życia w ostatnich miesiącach, nie rak. Według nich, agresywna chemioterapia którą niedawno przeszła, mogła być zupełnie niepotrzebna. Poddali ją standardowemu odtruwaniu, naszpikowali lekami wzmacniającymi, przedstawili kilka opcji leczenia, po wybraniu przez nią tej, którą uznała za najlepszą – rozpoczęli pierwszy etap leczenia, zaopatrzyli w konieczne lekarstwa… i wypuścili do domu, z przykazaniem by stawiła się na kontrolę za miesiąc. Zszokowani wynikami diagnozy, Chyłka i Oryński jeszcze przez kilka dni po powrocie zastanawiali się, czy aby na pewno Kormak nie pomylił się w poszukiwaniach i nie wysłał ich przypadkiem do jakiegoś krypto-hospicjum… ale już kilka dni po powrocie na Argentyńską, Chyłka mogła przyznać tylko jedno – ostatnim razem tak dobrze czuła się, zanim zaszła w ciążę.
Siły wracały jej z każdym dniem, mdłości i wymioty zupełnie ustały; co prawda wciąż szybko się męczyła, ale było to bez porównania z tym, co przeszła do tej pory - wystarczyło, by na chwilę zwolniła tempo czy przysiadła na kanapie. Nie traciła przytomności czy tchu, nie przesypiała pół dnia, nie cierpły jej ręce od noszenia Aleksandry, nie potrzebowała ciągłej pomocy Magdaleny w opiece nad córką – mogła spokojnie sama się nią zająć pod nieobecność Kordiana. Razem z fizyczną poprawą jej stanu, powracała jej pewność siebie do której utraty przyzwała się tylko, w zawoalowany sposób, Oryńskiemu – to właśnie ta świadomość, że wreszcie sama może zaspokoić potrzeby córki, dodawała jej największych skrzydeł. A oprócz wychowania dziecka, czynnego udziału w jej życiu jak nigdy wcześniej do tej pory – odzyskiwanie panowania nad własnym ciałem wiązało się ściśle z odzyskaniem samej siebie, także tej części kobiecości, która przez ostatnie miesiące odeszła gdzieś w cień przez wszystkie wydarzenia. Mimo iż od jakiegoś czasu tworzyli nieco pokręconą rodzinę, spędzali niemal każdą noc w jednym łóżku i do tej pory nie brakowało im momentów pełnych namiętności, pragnienia, bezsprzecznego zaufania, oddania siebie - dopiero teraz, zupełnie świadomie, z nieukrywanym oddaniem, pełnym zaufaniem, szacunkiem i troską, zaczynali budować intymną więź, która do tej pory kształtowała się między nimi niezwykle mozolnie. Więź, która mogła ich tylko scalić, dopełniać, sprawiać, że każda minuta spędzona osobno była wyczekiwaniem na ponowne spotkanie. Było też wiele momentów, nie tylko gdy zamykali drzwi sypialni, kiedy Chyłka czuła się jak przysłowiowa gówniara – mniej lub bardziej zakłopotana, zawstydzona, nerwowo wyczekująca, z przyspieszonym biciem serca czekająca aż Kordian wróci z kancelarii, uśpią Aleksandrę, aż wyjdzie z łazienki, lub czy udadzą się pod prysznic razem, tylko teraz bez konieczności pomagania jej przez osłabienie chorobą… doprawdy, niepojęte, co Zordon z nią zrobił.
Gdy wszystko wskazywało na to, że ich życie wskakuje na odpowiednie tory – wyniki leczenia napawały optymizmem, Langer siedział cicho, Przylepa rosła, a oni z lekką tremą zorientowali się, że zbliża się termin ich ślubu – pewien poranek rozpoczęli od telefonu z kancelarii z wiadomością, że Maurycy Betelski zaginął. Po przeanalizowaniu wszystkich danych, wyciągnięcia wielu informacji od Kormaka i kilku istotnych szczegółów od Szczerbińskiego – uznali, że zajmą się tym po ślubie. Choć sprawa była niepokojąca, tak naprawdę brakowało jakichkolwiek dowodów na to, że w zniknięciu brały udział osoby trzecie. Maurycy nie raz uciekał z domu lub znikał na kilka tygodni, nie informując o tym nikogo z rodziny. Warunkiem opuszczenia aresztu było wskazanie adresu pod którym miał się zatrzymać do czasu zakończenia śledztwa – więc, jak stwierdzili jednogłośnie Józef Betelski i Harry – to już jego problem, nie kancelarii.
Długo wyczekiwany ale jednocześnie napawający ogromną tremą dzień ślubu zaczął się tak, jak każdy inny – głośnym domaganiem się śniadania ze strony Aleksandry. Oboje byli tak zaspani, że ocknięcie nastąpiło dopiero na widok wiszących w ochraniaczach w korytarzu strojów na popołudniową uroczystość. Mimo, że jednogłośnie zdecydowali się na jak najmniejszą liczbę gości i rezerwację obiadu w restauracji którą polecił im Harry, słowem – totalną skromność – lekkie poddenerwowanie nie opuszczało ich przez całe przedpołudnie. Jedyną najbardziej zrelaksowaną osobą była Aleksandra, która nie miała całkowicie pojęcia o tym, czym ta sobota będzie się różnić od innych.
W Pałacu Ślubów na Starym Mieście towarzyszyli im Magdalena i Daria, Kormak z Anką z Recepcji, Harry i Artur. Chyłka do momentu przekroczenia progu Sali Ślubnej marudziła niestrudzenie na wszystko, co rzuciło jej się w oczy – Kordian jednak doskonale wyczuwał w jej głośnie tremę a nie irytację. Sam denerwował się znacznie mniej, od kiedy Chyłka wyszła z ich sypialni odziana w swoją czarną suknię ślubną – bezsprzecznie, najbardziej seksowną a jednocześnie elegancką suknię jaką mogła założyć. Niby już dawno byli ze sobą razem, spędzili ze sobą wiele nocy i zdawało się, że znają już wzajemnie każdy skrawek swoich ciał – wciąż jednak jej widok potrafił go zachwycić i rozproszyć, zapaść na wieki w pamięci i wywołać to pytanie gdzieś w głębi duszy, jakim cudem jednak zgodziła się przyjąć oświadczyny i zostać jego żoną.
Chyła ledwie przyznawała to przed samą sobą, ale niepokój i trema nie opuszczały jej od kilku dni. Wypowiadając słowa przysięgi małżeńskiej, nie mogła rozpoznać własnego głosu – drżał ze wzruszenia, a słowa, choć wypowiedziane głośno, ledwie była w stanie wypowiedzieć przez ściśnięte gardło. Nie zdawała też sobie sprawy z tego, że mimowolnie uroniła kilka łez – dopóki nie dotarło do niej, że to dlatego dłonie Kordiana znalazły się na jej policzkach i te łzy delikatnym ruchem otarły. Oboje za to byli niezmiernie wdzięczni pracowniczce USC udzielającej im ślubu za brak interwencji, kiedy Chyłka przekręciła słowa swojej przysięgi, kładąc dobitny nacisk na dodane słowo – „i uczynię absolutnie wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe" – a Kordian powtórzył je dokładnie tak samo.
Po zaślubinach i wystawnym obiedzie, towarzystwo przeniosło się jeszcze piechotą nad Wisłę. Tam przy jednym z barów wzniesiono kilkanaście toastów więcej niż przy obiedzie, kufle z piwem co chwila stukały się w powietrzu, a Młoda Para wzajemnie sobie dogryzała, wspominając swoje początki. Dopiero gdy parne powietrze zaczynało się ochładzać, komary cięły niemiłosiernie, miasto powoli szykowało się na nadejście nocy a wszechobecny gwar wyciszał się, zachowując jednak rytm i szum dźwięków przypominających miejską kołysankę, wszyscy powoli rozeszli się w swoje strony.
Chyłka wciąż miała niezaspokojoną ochotę korzystania z odzyskanych sił, więc powrócili na Argentyńską pieszo. Aleksandra w najbardziej odświętnej wersji dziewczęcego tiulu jaki udało się znaleźć w stolicy, spokojnie spała w swoim Silver Crossie, podczas gdy Kordian pchał wózek z Chyłką uwieszoną na jego ramieniu i szeptającą mu całą drogę do ucha, czego może się spodziewać po niej, jako jego żonie. Przekroczywszy próg mieszkania, Oryński zajął się ułożeniem dziewczynki w łóżeczku, podczas gdy Chyłka otwierała wszędzie okna by przewietrzyć duszne mieszkanie, i przygotowała dwie nieco mocniejsze szklanki tequili. Gdy Kordian wszedł do salonu, już na niego czekała, siedząc na stole i potrząsając delikatnie szklaneczkami.
- Poczekaj – szepnął, wyciągając z jej ręki obie szklanki. Joanna chciała zaprotestować, ale położył delikatnie palec na jej ustach. Wyciągnął telefon z kieszeni marynarki, wystukał coś szybko, i odłożył go na blat. Chyłka usłyszała ciche riffy z „Wasting Love" w momencie, gdy Kordian chwycił ją za ramiona i ściągnął ze stołu, przysuwając się do niej najbliżej jak mógł, i obejmując jej plecy i talię.
- Pierwszy taniec musi być – szepnął, niby przypadkiem muskając ustami jej ucho. Joanna zaplotła ręce na jego szyi i, choć wydawało się to niemożliwe, przysunęła się do niego jeszcze bliżej, całkowicie, bezgranicznie, jakby ich bliskość miała być ostatnią rzeczą, która zniknie z tego świata. – Pani Oryńska.
- Pierwszy i być może ostatni – odpowiedziała z przekąsem, oddając się jednak całkowicie delikatnemu kołysaniu nadanym przez Kordiana. – Już chyba wolę cię ogrywać w bilard.
- Możemy to wykorzystać na pierwszą rocznicę naszego ślubu – odrzekł natychmiast, wdychając zapach jej skóry i włosów.
- Wątpię, czy tyle z tobą wytrzymam… - żachnęła się.
- A czy to nie ty pierwsza przysięgłaś, że uczynisz absolutnie wszystko, by…
- Nie łap mnie za słowa, Mężu. Tańcz jeśli już trzeba. – odsunęła się lekko by spojrzeć mu prosto w oczy. Mamihlapinatapai było w tym momencie zbyt małym słowem, by mogło wyrazić to wszystko, co właśnie sobie przekazywali spojrzeniem. Joanna poczuła, jak jedna ręka Kordiana zsuwa się powoli z jej talii znacznie niżej. Naparła nieco na niego, chcąc mu pokazać, że wie, co ma na myśli i dokąd ten taniec zmierza. Piosenka wkrótce ucichła, a oni przylgnęli do siebie z powrotem, tym razem wymieniając się namiętnym i czułym pocałunkiem.
Syreny w oddali, pokrzykiwanie okolicznych żuli, trzaskanie okien i drzwi, ryk oddających się aut zastąpił dźwięki Ironsów, ale nie zwrócili na to uwagi, zbyt pochłonięci sobą. Dopiero gdy oderwali się od siebie, a ich ciężkie oddechy ułożyły się w jeden, ich uszu dobiegł dźwięk zdecydowanie zbyt świeży, obcy, zupełnie nieznany.
- Mama. – powiedziała Aleksandra nieco sepleniąc, z jakby lekkim wyrzutem i zdziwieniem, kołysząc się na pulchniutkich nóżkach i przytrzymując się futryny drzwi.
Przylepa już dobre kilka miesięcy temu opanowała sztukę chodzenia, a od kilku tygodni ćwiczyła wszelkie techniki wychodzenia ze swojego łóżeczka. Uparcie jednak milczała, porozumiewając się ostatnio wyłącznie poprzez grymasy i pomruki.
Chyłka stała jak rażona piorunem, próbując ogarnąć umysłem to, co się właśnie wydarzyło.
Kordian natychmiast się uśmiechnął, puścił Chyłkę, podszedł do Aleksandry i wziął ją na ręce.
- Powtórz to jeszcze raz, Słodziaku – rzekł, celowo używając wobec Aleksandry przezwiska, które doprowadzało Chyłkę do szału, licząc na to, że oknie się z szoku szybciej.
Aleksandra co prawda wskoczyła mu na ręce, ale tylko po to, by swoje natychmiast wyciągnąć w stronę Chyłki.
- Mama! – pisnęła radośnie, niemal wyskakując mu z objęć.
Chyłka wreszcie wzięła oddech i chwyciła córkę.
- Mama – dziewczynka szepnęła po raz ostatni, przytulając się ciepłym policzkiem do jej szyi.
- Ona mówi – szepnęła zszokowana, odwracając się w stronę Kordiana.
- Wygadana za matką – uśmiechnął się pod nosem, podchodząc do nich bliżej. Tym razem Chyłka szybciej się zorientowała, że chwilowe pogorszenie ostrości jej wzroku to tylko łzy, które wywołało kolejne tego dnia wzruszenie. Nie mogła ich otrzeć, przytrzymując jednocześnie już nieco ważącą Aleksandrę. Kordian momentalnie się przy nich pojawił i położył jedną dłoń na policzku Joanny, drugą kładąc na jej ramieniu, którym podtrzymywała córkę. Uśmiechnęła się do niego, by już po chwili ich usta znowu się złączyły na dłuższą chwilę.
- To chyba najlepszy prezent śluby, jaki można sobie wyobrazić – szepnął Oryński, kiedy oderwali się od siebie.
- Wiadomo. Hojność również odziedziczyła po swojej skromnej matce.
