Nie, nie, nie. Błagam, nie, nie, tylko nie…

Nie pamiętała, kiedy po raz ostatni użyła tego słowa, zwłaszcza w myślach. Może wtedy, tej nocy, kiedy jej i tak zszargane dzieciństwo zostało doszczętnie i nieodwracalnie zniszczone. Może, ale nie była pewna. Nie była osobą, która błaga o cokolwiek, już na pewno nie od tamtej pory.

Dlaczego więc teraz to była pierwsza rzecz, która przyszła jej do głowy?

Błagam cię Zordon, tylko nie to…

Niby kogo miała błagać? Kto mógł jej w tej chwili pomóc cofnąć czas?

Miała paraliżujące wrażenie, że w niewytłumaczalny sposób jej ciało oderwało się od umysłu i działa poza nią; wszystko odgrywało się w zwolnionym tempie. Zanim zdążyła przeanalizować to, co widzi a co właśnie jej umysł starał się wyprzeć, już do niego podbiegła, już odwracała na bok jego głowę by nie zadławił się wymiocinami i próbowała go docucić. Widziała to wszystko, jakby stała tuż obok. Gdy powoli zaczynała rozumieć co się wydarzyło, już dawno sprawdziła puls i zaczęła niezdarnie wykonywać masaż serca jedną ręką, drugą próbując wygrzebać z torebki telefon.

Proszę cię, ocknij się…

- Argentyńska 12, przedawkowanie leków, nieprzytomny mężczyzna, przyjedźcie jak najszybciej… - wyrecytowała na jednym wdechu, nie dając dojść do słowa człowiekowi po drugiej stronie słuchawki. – Co? Nie, to nie jest próba samobójcza do kurwy nędzy, po prostu przedawkował… przyjeżdżajcie jak naszybciej, nie wiem jak długo tak leży! – przerwała znów na chwilę, a operator wykorzystał ten moment i znów zalał ją potokiem pytań. – Na chuj ci to teraz potrzebne? Jestem jego żoną, tępy wale!

Nie rozłączyła się, ale odrzuciła telefon na bok i dalej próbowała ocucić Kordiana. Zmuszała się, by nie rejestrować w umyśle tego przerażającego widoku – skóra tak blada, że przebijały przez nią chyba wszystkie żyłki, niemal fioletowe sińce pod oczami, zaschnięta krew pod nosem…

Chyłka potrząsnęła głową i znów zaczęła uciskać jego klatkę piersiową.

W tym momencie usłyszała płacz Aleksandry, dochodzący z jej pokoju.

- Słoneczko, mama zaraz do ciebie przyjdzie! – krzyknęła, nie rozpoznając własnego głosu. Próbowała wziąć się w garść, ale drżała już na całym ciele i czuła ogarniające ją mdłości. – Nie wychodź z pokoju, zaraz się zobaczymy!

Jeden, dwa, trzy. Aleksandra była już tak zwinna i niecierpliwa, że rzadko co było w stanie ją zatrzymać w jej pokoju, gdy życie toczyło się obok niej.

- Znajdź Eddie'ego i pokaż mu nową książeczkę, dobrze? – sześć, siedem, osiem. Coś jej podpowiedziało, że gdyby usłyszała to z ust kogoś innego w tym tonie, byłaby jeszcze bardziej zaniepokojona niż uspokojona.

Kordian wciąż nie reagował. Chyłka pochyliła się i już przykładała swoje usta do jego, gdy nagle to poczuła.

Przejmujący, rwący ból w dole brzucha. Jęknęła głośno z bólu i zgięła się wpół tak mocno, że niemal upadła na Kordiana.

Nie. Nie. Nie. Nie. Nie… błagam, nie…

Ból nie ustępował. Chyłka podniosła się z piersi Kordiana próbując złapać oddech. Łzy popłynęły z jej oczu, ale nie zarejestrowała tego. Poczuła, jak coś ciepłego rozlewa jej się między nogami. Spojrzała w dół, zanim zdążyła się powstrzymać, zanim uświadomiła sobie, co się stało i co to oznacza – a może wiedziała od razu, a widok spodni poplamionych krwią tylko miał to potwierdzić?

- Przyślijcie drugą karetkę – pochyliła się nad Kordianem próbując zapomnieć to, co właśnie zobaczyła. Tym razem również nie poznała swojego głosu – całkowicie pozbawiony emocji, nie brzmiący ani trochę tak, jak jej głos, pusty i lodowaty. – Po…

Nie, nie mów tego. To się nie stało, mylisz się, wszystko będzie…

Nie zarejestrowała, kiedy ratownicy przekroczyli próg mieszkania i weszli do pokoju. Widziała tylko czerwone plamy, które poruszały się szybko i próbowały ją odciągnąć od Kordiana. Próbowała walczyć, ale siły ją opuściły – ustąpiła, gdy zrozumiała, że jeden z ratowników trzyma ją mocno za przedramiona i zadaje jej pytanie, podczas gdy drugi sprawdza drogi oddechowe Oryńskiego i przejmuje reanimację.

- Czy wie Pani, co ten mężczyzna mógł zażyć? – ratownik przysunął się jeszcze bliżej niej, probując skupić na sobie jej wzrok. Chyłka wreszcie odwróciła głowę od Kordiana i spojrzała na przytrzymującego ją ratownika.

- Tak… leki na… na uspokojenie… - wymamrotała, dalej nie poznając swojego głosu.

- Kiedy ostatni raz Pani z nim rozmawiała? – ratownik wciąż mocno ją trzymał, a Chyłka zaczynała odnosić wrażenie, że chyba zaraz sama odpłynie w niebyt.

- Jakąś… godzinę temu. Może.

Ratownik kiwnął głową. W tym momencie usłyszeli jak ktoś zaczyna kasłać za ich plecami. Chyłka próbowała się odwrócić, upewnić się że Kordian oddycha, ale ratownik puścił jedną rękę i natychmiast odwrócił jej głowę. Przelotnie musiał ją też dokładnie otaksować, bo na chwilę skupił wzrok na jej poplamionych spodniach, a wyraz jego twarzy natychmiast się zmienił.

W tym momencie Chyłka zdała sobie sprawę, że pogorszone widzenie ma związek z lejącymi się z jej oczu łzami, a jej samej coraz trudniej złapać oddech.

- Proszę Pani, czy Pani ma miesiączkę? – Chyłka machinalnie pokręciła głową i od razu tego pożałowała, bo świat zawirował jej przed oczami o wiele za szybko. Żołądek poszedł jej do gardła, czuła napływającą żółć w ustach. – Czy jest Pani w ciąży?

Kiwnęła głową, zagryzając zęby. W tym momencie drugi ratownik rzucił w przestrzeń „Mamy go!" i podniósł się, idąc w stronę korytarza. Po chwili do pokoju wpadło dwóch kolejnych ratowników, jeden niósł nosze.

- Mężczyzna po przedawkowaniu leków uspokajających, fiolka która leżała tuż obok wskazuje na benzodiazepiny. Tętno słabe, przywrócone krążenie, bierzcie go chłopaki natychmiast – rzucił do kolegów, a ci od razu podnieśli Oryńskiego i ułożyli go na noszach. Drugi z ratowników którzy przyjechali jako pierwsi, zbliżył się do swojego kolegi i również kucnął przed Chyłką.

- Co tu… - zaczął, ale drugi mężczyzna od razu mu przerwał.

- Pani jest w ciąży – spojrzał na kolegę, dyskretnie wskazując koledze spodnie Chyłki. Ten od razu zrozumiał. – Zabieramy Panią do szpitala.

Chyła wiedziała, że widziała tylko połowę z tego, co się wydarzyło, słyszała tylko część; szumiało jej w uszach, coś mocnym echem odbijało się po jej głowie. Jakby za dużo bodźców na raz, jakby umysł próbował wybrać tylko te najważniejsze, na których musiał się skupić jako pierwszych.

Ratownik nieco zluzował uchwyt na jej przedramieniu, a Chyłka dosłownie sekundę później przechyliła głowę na bok i zwymiotowała na podłogę.

Tętno słabe, przywrócone krążenie…

Kątek oka widziała, że któryś z mężczyzn podaje jej butelkę wody i papierowy ręcznik; zaraz potem poczuła, jak drugi obejmuje mocno jej plecy, wsuwa sprawnie rękę pod kolana i podnosi ją z ziemi. Nie miała siły go objąć, zwisała więc bezwiednie jak szmaciana lalka, skupiając się na tym by trzymać w pionie głowę.

- Proszę spróbować oprzeć czoło na moim ramieniu, nie będzie Pani mdlić – usłyszała bardzo blisko.

Błagam… niech to nie będzie prawda…

- Mama? – rozległo się ciche pytanie. Ratownicy natychmiast odwrócili się w stronę drzwi i spojrzeli na stojącą w progu Aleksandrę, która ściskała w jednej ręce swojego pluszowego Eddie'ego, a w drugiej książkę wielkości połowy jej samej.

- Aleksa… - szepnęła Chyłka, ale nie dokończyła, zagryzając znów zęby i powstrzymując kolejną falę mdłości.

- Ja pierdolę… - mruknął pierwszy ratownik, po czym kucnął przed dziewczynką, która nie spuszczała z niego wzroku.

- Jestem Marek. Musimy zabrać twoją mamę na przejażdżkę. Pojedziesz z nami, dobrze? Przewieziemy cię taką fajną karetką… Stary, idź już na dół, jak zobaczy że wynosisz jej matkę to może pójdzie z nami bez płaczu…

Aleksandra zdecydowanie nie wyglądała na ucieszoną tym faktem, ale gdy wyminął ją ratownik z niemal już nieprzytomną Chyłką na rękach, przełożyła książkę do drugiej ręki jeszcze mocniej ściskając Eddiego, drugą z kolei podając ratownikowi. Mężczyzna zarzucił swoją torbę na ramię i chwycił drobną rączkę malutkiej blondynki, ciągnąc ją za sobą do drzwi.

CZTERY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ - KORDIAN

Kordian Oryński wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze z ust, rozglądając się nerwowo po widoku miasta rozpościerającym się z XXI piętra Skylight. Panorama na pewno nie była bardziej powalająca w porównaniu do wielu innych miast na całym świecie, ale ten mały, warszawski widok, wcale nie był taki zły. Oryński co prawda coraz częściej droczył się ze swoją żoną na temat przeprowadzki w miejsce nieco bardziej zielone i wyciszone, ale ta na razie stanowczo ucinała temat. Miejski ruch zdawał się z minuty na minutę przybierać na sile; zbliżał się koniec pracy dla większości mieszkańców stolicy. Kordianowi również zostały ostatnie minuty, zanim wyjdzie ze Skylight i będzie próbował przebić się na Argentyńską.

Jeszcze tylko chwilę. Uspokoi myśli, wyciszy się, zapomni o tym co dziś widział…

Paradoksalnie, tętno mu przyspieszyło a jego oddech znów stał się nierówny.

Przed oczami stanęły mu zdjęcia makabrycznej zbrodni, jakiej rzekomo dopuścił się ich nowy klient. Ciała swojej rodziny rozczłonkował, a potem próbował je spalić. Sprawa była wyjątkowo paskudna, Oryńskiego dodatkowo dotykał fakt, że jedną z ofiar było trzyletnie dziecko.

Aleksandra była niewiele mniejsza od tego małego chłopczyka…

Pokręcił głową, ale lawina obrazów zdążyła już przelać się przez tamę rozsądku. Widział ostatnio zbyt wiele, za dużo obrazów zlewało się w jeden bezlogiczny, wywołujący panikę ciąg – zdjęcia z miejsca zbrodni, nieprzytomna Chyłka w niemieckich ruinach, Langer, ciało Maurycego Betelskiego, Aleksandra walcząca o każdy oddech po przedwczesnym porodzie, ofiary z Mokotowa, wykończona chorobą Chyłka…

Termin jego egzaminu adwokackiego przypadał za równe cztery miesiące. Kuł, rył, spędzał każdą wolną chwilę na nauce. Chyłka uparła się, by najważniejsze wg niej zagadnienia miał opracowane w pdf'ie i przeglądał je w telefonie w każdej możliwej chwili. Gdy wracał z pracy, niemal od samego progu zaczynała wielkie przepytywanie, które trwało do momentu gdy szła się kąpać. Robił co mógł, powtarzał ile się dało, Aleksandra zasypiała przy jego boku gdy czytał najpopularniejsze orzeczenia, a Chyłka starała się odciążyć go od innych obowiązków – niestety, czasami miał wrażenie, że w głowie ma jeszcze większą pustkę niż przed studiami. W momencie, gdy przypominały mu się makabryczne szczegóły spraw które razem prowadzili, coś zaczynało blokować jego umysł. Jakby tego było mało, gdy niedawno wracał do domu, skręcając na Argentyńską wpadł na człowieka, który mogły zostać okrzyknięty bliźniakiem Gorzyma. Oryński nie mógł pozbierać się z szoku, i choć próbował zwalić to na przygotowania, Chyłka przeczuwała, że to grubsza sprawa. Tego wieczoru Kordian po raz pierwszy od dawna miał atak paniki. Pod pretekstem krótkiej przebieżki wymknął się szybko z mieszkania, pobiegł w stronę parku, a nim się zorientował co robi, już był na XXI piętrze Skylight, prosząc Kormaka o coś na uspokojenie. Chudzielec był gotów oponować, ale widząc w jakim stanie jest jego najbliższy przyjaciel, poczęstował go tym co miał pod ręką, i zadzwonił do Chyłki sprzedając jej naprędce wymyślona historię o tym, że spotkał Oryńskiego na mieście i wyciąga go na jedno piwo. Chcąc nie chcąc, nie oponowała, prosząc Kormaka jedynie o to, by w razie potrzeby odstawił Zordona pod próg ich mieszkania, bo ona nie będzie się uganiać po mieście za pijanym małżonkiem. Oryńskiemu wystarczyło pół godziny, by wyciszyć nękające go myśli i wracać; a minuta, by stwierdzić, że potrzebuje w najbliższym czasie stałego dostępu do tego leku. Tylko tyle, jedną tabletkę na koniec pracy, żeby nie wracać z tymi myślami do domu, jeśli oczywiście będzie się czuł bardzo źle.

DWA MIESIĄCE WCZEŚNIEJ

Gorzym coraz częściej się pojawiał – w snach, czasami za dnia. W przeróżnych konfiguracjach. Raz śledził go gdy wracał z pracy, czasami stał w kolejce w jakimś spożywczaku, najczęściej jednak atakował w nocy – wtedy już nie był bierny i obojętny; porywał, groził, bił i szantażował. Wszystkich po kolei, na których Kordianowi zależało.

Po naprawdę dobrych i wielce obiecujących wynikach i rokowaniach, Chyłka trochę podupadała na zdrowiu w jego oczach. To były minimalne różnice, ale od razu je wychwycił – grymasiła przy jedzeniu, znów szybciej się męczyła, ucinała sobie drzemki razem z Aleksandrą – zwalała to na karb obowiązków i konieczności dźwigania ciężaru małżeństwa jakie z nim popełniła. I choć nieznośnie często dopytywał, próbował ją wyręczać, beształa go za każdym razem i groziła pozwem za pomówienia.

Wszystkie jego podejrzenia co do jej stanu zdrowia rozpływały się, gdy coraz częściej budził się zlany zimnym potem po kolejnym koszmarze. Chyłka może ze dwa razy przyłapała go, jak nerwowo kręci się po kuchni, by zająć czymś galopujące w głowie myśli. A tak, najzwyczajniej na świecie – spała jak dziecko. Czyli jak dawniej. To go uspokajało, ale nie na tyle, by ukoiło to jego samego.

Sprawa z Betelskim ciągnęła się za nimi jak widmo. Żelazny od czasu do czasu uprzejmie mu przypominał, że może sobie być kim chce w stosunku do Chyłki, ale bez zdanego egzaminu nie ma dla niego miejsca w kancelarii.

Benzodiazepiny przydałyby mu się w domu, ale obawiał się, że Chyłka je znajdzie. Jedna tabletka przed wyjściem z pracy nie zawsze wystarczała do końca dnia; dla bezpieczeństwa, zapobiegawczo, zaczął zabierać ze sobą drugą, ukrywając ją w którejś kieszeni marynarki i zażywając przed snem. Udawało mu się przespać kilka nocy bez koszmarów. Ale, tak w razie czego, zażywał już kolejną, gdy zjawiał się w Skylight – odprężenie i spokój jaki go ogarniał pomagały mu uporać się z nawałem pracy.

MIESIĄC WCZEŚNIEJ

Nawet nie zauważył, kiedy Chyłka przestała brać leki – ale nawet mu tego nie wypomniała. Wyglądała na nieco silniejszą, choć przysypianie w ciągu dnia weszło jej w nawyk. Przybrała minimalnie na wadze, a przez codzienne spacery do parku i coraz częstsze wizyty na placu zabaw sprawiły, że jej dotąd przeraźliwie blada skóra nabrała złotawej opalenizny – wydawała mu się o wiele zdrowsza. Prócz tego, co mocno go zaskakiwało, coraz częściej zbierało jej się na czułości o które nigdy by jej nie podejrzewał. Poza tym, była wobec niego tak wyrozumiała, że to zaczynało już być podejrzane. Zbywała go gdy wypytywał, czy jest coś co mu umknęło, ale zamiast – jak zwykle – wyśmiać go, uciąć dyskusję, zakończyć to w typowo chyłkowy sposób – unosiła delikatnie kąciki ust, odpowiadała „nic to", i całowała namiętnie, żeby go rozproszyć.

Gorzym już nie codziennie nawiedzał go w koszmarach, ale Kordian nie czuł się na tyle pewnie, by zrezygnować z lekarstw. Co prawda, musiał nieźle kombinować by je zdobyć, ale trud był wart tego spokoju rozlewającego się po całym ciele.

Chyłka zaczynała coś podejrzewać, ale zbywał ją wtedy w tem sam sposób, jaki ona stosowała wobec niego. Musiał uważać, bo gdy przesadzał z ilością tabletek przed powrotem do domu, coraz częściej popadał w lekkie otępienie i trudniej mu się było skupić na nauce. Kormak kilkakrotnie wspominał mu o skutkach zbyt długiego i regularnego przyjmowania benzodiazepinów, ale Oryński zapewniał go, że bierze je jedynie od czasu do czasu. Nie przyznawał się, że załatwia sobie lewe recepty; przecież skończy z tym wszystkim, gdy tylko będzie po egzaminie. Wyjadą z Chyłką i Przylepą na jakieś krótkie wakacje, może nawet gdzieś za granicę… nie czuł potrzeby, by kogokolwiek obarczać swoimi problemami. To tylko kilka koszmarów, których już prawie nie ma. Przecież Gorzyma nie może spotkać tak po prostu na ulicy… to wszystko z przemęczenia. Skończy z tym za chwilę. Jak tylko zda egzamin.

EGZAMIN Z PRAWA GOSPODARCZEGO

Gorzym siedział na drugim końcu sali, wpatrując się w Kordiana z lekkim uśmieszkiem. Jakby już tylko czekał, żeby dopaść go zaraz za drzwiami i wyprowadzić w pierwsze lepsze, bardziej ustronne miejsce. Akurat teraz, w ostatnim dniu.

Kordian wziął kilka głębokich oddechów i próbował wyrównać oddech.

Spojrzał na ekran komputera i jeszcze raz, bardzo powoli, przeczytał ostatnie pytanie. Słowa rozmazywały się, to znów zlewały w jedno i nijak szło mu zrozumienie, co tak naprawdę stanowiło jego sedno.

Jego sąsiadowi z lewej strony spadł długopis z biurka, odbijając się od drewnianej podłogi z głośnym hukiem. Oryński podskoczył, a serce przyspieszyło mu jak szalone. Rozejrzał się powoli po sali – wszyscy aplikanci pochylali się nad klawiaturami laptopów, ewentualnie przewracali strony w kodeksach lub swoich arkuszach. Gorzym siedział ciągle niewzruszony w tym samym miejscu.

Kto go w ogóle tu wpuścił?

- Szanowni Państwo, został już tylko kwadrans do końca – rozległ się cichy spokojny głos z miejsca, w którym zasiadali egzaminatorzy. Cichy pomruk ni to aprobaty, ni to niezadowolenia przeszedł przez całą salę, ale nie zakłóciło to niczyjej pracy.

Kordian przejrzał swoje arkusze i spróbował rozczytać odpowiedź, którą udzielił na pierwsze pytanie. Druga również wyglądała całkiem satysfakcjonująco, ale trzecia… mogą nie zaliczyć. Druga strona była zapisana tylko w połowie. Na trzeciej, podobnie jak i na czwartej, nie zapisał nic.

Kordian podniósł wzrok.

Gorzym zniknął, ale jego miejsce zajął teraz Maurycy Betelski, z tym swoim irytującym wyrazem twarzy Pana i władcy całego świata.

Nie wiedział, w którym momencie się poddał – czy wtedy, gdy nie mógł znaleźć poprawnej odpowiedzi na pierwsze pytanie z trzeciej strony, czy wtedy gdy zobaczył swojego dawnego oprawcę. Przeszło mu wtedy przez myśl, że gdyby się nie powstrzymywał rano i wziął jedną tabletkę, na pewno byłby bardziej spokojny i skupiony. Ale obiecał sobie, że przecież da radę. Wziął jedną przed snem. Chyłka proponowała mu coś na wyciszenie, ale odmówił. Bał się, że znowu wpadnie w ten trans wpatrywania się w przestrzeń, który ostatnio coraz częściej go dopadał. Umysł wyłączał się i reagował tylko na podstawowe bodźce, jego myśli sączyły się tak powolnie, że byłby w stanie je zobrazować gdyby ktoś kazał mu to zrobić.

Może gdy wyjdzie wcześniej, ani Betelski, ani Gorzym który pewnie gdzieś się tylko kryje, nie złapią go przed wejściem…

Spojrzał ostatni raz na swój arkusz, i dopiero teraz dotarło do niego to, co widzi.

A raczej, czego nie widzi. Odpowiedzi na kilkunastu stronach. Nie było ich. Nic nie napisał. Nic nie wymyślił.

Nie zdał. Nie musiał nikogo pytać, nie musiał czekać na wyniki. Wiedział, że oblał.

Tym razem fala paniki przygniotła go jak fala z przełamanej tamy. Naraz zrobiło mu się zbyt gorąco, duszno, zaczynał mieć problem nie tylko z widzeniem, ale i z oddechem.

Dlaczego to zrobił? Dlaczego nic nie napisał? Chyłka przygotowywała go tak długo, tyle dni, tyle godzin…

Wstał, pozbierał ze stołu swój arkusz, wcisnął go bez słowa do ręki profesora który ruszył w jego stronę. Profesor zawołał za nim cicho, ktoś inny do niego podszedł i chyba wskazywał na jego rzeczy, ale Kordian wyminął go i podszedł czym prędzej do stolika przy drzwiach. Wyciągnął z plastikowego pudła swój telefon i wyszedł z sali.

Jak na zawołanie, jego smartfon zawibrował w jego dłoni. Spojrzał na wyświetlacz tylko po to, by go odblokować.

- Nie zdałem – rzucił w przestrzeń, nie wiedząc nawet z kim rozmawia.

- Co? – usłyszał jedynie nieskrywany szok i niedowierzanie. Kormak nie dał mu dojść do słowa – Jak to kurwa nie zdałeś? Co ty pierdolisz i dlaczego już odbierasz połączenia?

- Idę do domu, muszę uciec… spierdalam stąd – mruknął Oryński przechodząc przez drzwi wejściowe i rozłączając się natychmiast. Zastanawiał się chwilę, czy nie wyłączyć telefonu, ale oślepiające słońce skupiło jego myśli już na czym innym.

Chyłki jeszcze nie było. To znaczy, że Aleksandra przeciąga pobyt na placu zabaw. To znaczy, że ma chwilę czasu, by samemu dotrzeć do domu i wziąć kilka tabletek, zanim go dogonią, a Chyłka zrobi mu z dupy przysłowiową jesień średniowiecza.

Nie, nie będzie taka… będzie wściekła, będzie się pieklić, ale z umiarem, dopóki Aleksandra nie zaśnie. Co będzie potem…

Ruszył czym prędzej przed siebie, zapominając, że przecież dojechał na egzamin Rydwanem Ognia.

Weźmie kilka tabletek, uspokoi się i porozmawiają. Trudno, przecież podejrzewał, że nie uda mu się zdać wszystkiego za pierwszym razem. Kapek miał w małym paluszku, zresztą trudno żeby nie, ale prawo gospodarcze było dla niego nie do przebicia…

Nie pamiętał jak przebył całą drogę na Argentyńską. Wpadł do kuchni i z pojemnika na cukier ukrytego w jednej z dolnych szafek, do którego tylko on zaglądał, natychmiast wyciągnął fiolkę benzodiazepiny.

Wyrzucił na trzęsącą się dłoń kilka tabletek i natychmiast wrzucił je do ust.

Telefon znów zawibrował – tym razem zerknął na wyświetlacz, na którym rozświetliły się rozpromienione szczęściem twarze Chyłki i Aleksandry.

Jak w letargu odblokował połączenie i przystawił telefon do ucha.

- Jedziemy już do domu – powiedziała Chyłka, wyraźnie próbując powstrzymać zdenerwowanie w swoim głowie. Gdzieś z tyłu doszedł go wesolutki pisk aprobaty jego małej córeczki. – Nie wychodź nigdzie, zaraz będziemy.

- Nigdzie nie idę – odpowiedział, zdając sobie sprawę, że dokładnie o tym pomyślał – wyjść stąd natychmiast, nie być dla nich ciężarem, uosobieniem porażki. Nie obciążać ich tym wszystkim…

- Zaraz będę, Bakłażanie.

Usiadł na kanapie w salonie, ale zaraz potem zerwał się, wrócił do kuchni i wysypał z fiolki jeszcze kilka tabletek. Gonitwa myśli coraz mocniej go przytłaczała, miał wrażenie, że umysł rozgrzewa mu się do granic możliwości.

Nie, Chyłka na pewno nie przyjedzie tak szybko, pewnie utkną gdzieś w korku. Zdąży się uspokoić, porozmawiają…

Wyrzucił z pojemnika na dłoń ostatnie dwie tabletki. Nie pamiętał już, czy popił je jeszcze wodą, czy od razu ruszył do sypialni żeby przespać się, zanim przyjdzie mu się zmierzyć z powrotem Chyłki i Aleksandry.