CZTERY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ – CHYŁKA

Wielozadaniowość, którą do tej pory posługiwała się bezproblemowo, zaczynała ją męczyć i trudno jej było wbić się w stary rytm pracy i życia. Zwykle funkcjonowała na pełnych obrotach, była czujna i spostrzegawcza, nie umykały jej rzeczy, na które większość ludzi nie zwracała uwagi. Jednak wszystko, co wydarzyło się od momentu narodzin Aleksandry, zmusiło ją do drastycznej – względem poprzedniego – zmiany trybu życia, funkcjonowania w nowej rzeczywistości; chwilami bardzo ją to irytowało, w innych zaś momentach była za to niezwykle wdzięczna.

Codziennie, po trochu, uczyła się żyć ze świadomością, że teraz wychwytuje kątem oka każdy ruch córeczki, by upewnić się, że stawiający jeszcze nieco koślawe kroki brzdąc nie zrobi sobie krzywdy; nie musi doszukiwać się na jej twarzy kłamstwa, oszustwa, zatajania prawdy – co do tej pory robiła w kontaktach niemal z każdym. Nie mogła wymagać od rocznego dziecka nadganiania jej, nadążania za nią, przyspieszania czegokolwiek – nie, tu musiała wydobywać z siebie pokłady cierpliwości, o które nigdy dotąd siebie nie podejrzewała. Przylepa nie miała problemów z koncentracją i bardzo łatwo skupiała swoją uwagę na nowych rzeczach, ale kolejne umiejętności nabywała w zwyczajowym dla dzieci tempie. Miała też szczególną manierę nie chwalenia się od razu tym, czego się nauczyła - zwykle serwowała im nowy zestaw sprawności w pakiecie, co jakiś czas, nigdy pojedynczo.

Chyłka powoli coraz bardziej marzyła o powrocie do pracy - ustalili z Kordianem, że zaczekają jeszcze chwilę, aż Oryński zda egzaminy - wtedy Żelazny nie będzie miał innego wyjścia jak go zatrudnić, a oni będą mogli wrócić do wspólnego prowadzenia spraw wydających się na pierwszy rzut oka beznadziejnych. W przypadku Chyłki była mowa o powrocie na pół etatu, ale to bardzo jej odpowiadało; nie widziała powodu dla którego Przylepa miałaby spędzać w żłobku więcej godzin, a ona zacznie wracać na dawne tory po przejściach z ostatnich dwóch lat. Do tego czasu zamierzała intensywnie maglować Kordiana z zagadnień prawa, które były dla niego najcięższe - czuła i była o tym święcie przekonana, że odpowiednio przygotowany, zda egzaminy za pierwszym podejściem. Robiła wszystko co wpadło jej do głowy, by maksymalnie go odciążyć od zwykłych obowiązków prócz pracy; wiedziała, że najgorsze ze wszystkich prawo gospodarcze spędza mu sen z powiek i to na tym zagadnieniu skupiali się najczęściej. Kordian z każdym dniem przybliżającym go do egzaminu stawał się coraz bardziej spanikowany, choć w tym przypadku objawiało się to u niego poprzez wyłączanie się na świat zewnętrzny. Chyłka z lekkim niepokojem obserwowała, jak wraca z pracy myślami będąc zupełnie gdzie indziej, jak trudno mu się skupić na tym co omawiają, jak nawet bawiąc się z Aleksandrą, zdaje się być w innym świecie. Zastanawiała się i pytała kilkakrotnie, czy przyczyną jego obecnego stanu jest jedynie egzamin, ale zbywał ją bladym uśmiechem i zapewniał, że tak.

Kulminacja miała miejsce tego wieczoru - gdy brała prysznic, krzyknął jej przez drzwi że chce przewietrzyć głowę i idzie szybko pobiegać, bo Aleksandra wreszcie usnęła. Chyłka zdziwiła się tą naglą decyzją, bo zwykle nie wpadał na takie pomysły z minuty na minutę. Zanim zdążyła wyjść spod prysznica, usłyszała już szczęk zamka w drzwiach i tyle go widziała. Gdy weszła do salonu, który wyglądał jak pomieszanie drukarni ze sklepem z zabawkami, jej niepokój tylko wzrósł - Kordian nigdy nie zostawiał takiego bajzlu na stole, gdy kończył naukę. Jakiś czas później zadzwonił do niej Kormak z informacją, że Oryński wpadł do niego i wychylą jeszcze po jednym piwie zanim wróci. Chyłka odetchnęła z ulgą - Chudzielec zadba, by nic mu się nie stało. Najważniejsze, że nie był sam w takim stanie.

DWA MIESIĄCE WCZEŚNIEJ

Nigdy dotąd nie myślała o jakiejkolwiek części swojego życia w takich kategoriach, ale ostatnio coraz częściej przychodziły jej do głowy małe, jak igiełki, wyrzuty sumienia - być może to ona zawiodła Kordiana wtedy, gdy najbardziej jej potrzebował? Czy nie powinna być dla niego większą podporą a mniejszym problemem? Cała sytuacja z narodzinami, jej chorobą, to były miesiące i lata, gdzie nie była w stanie samodzielnie funkcjonować. Kordian bez cienia wątpliwości zajął w jej życiu to miejsce, które zawsze miało pozostać puste. Oczywiście, że do egzaminu można było podejść kolejnym razem, ale Chyłka dobrze wiedziała, jak niewiele dzieli wtedy aplikantów od porzucenia wszystkiego w diabły i całkowitej zmiany kierunku. Czy byłoby to dobre dla Oryńskiego, który nie znał i nie wyobrażał sobie nigdy innego życia?

Jego otumanienie i odpływanie myślami nie ustąpiło, aczkolwiek był o wiele spokojniejszy. Chyłka początkowo myślała, że może to wpływ Kormaka albo że Oryński popada w typowy dla niego stan obojętności względem swojej kariery - do momentu, gdy przypadkiem nie znalazła w kuchennej szafce małej fiolki leków uspokajających. Natychmiast zrobiła szybki research na temat benzodiazepinów; przeliczyła też tabletki we fiolce i nieco się uspokoiła, bo brakowało zaledwie trzech sztuk. Co nie zmieniało faktu, że sytuacja zaczynała być coraz bardziej destrukcyjna - skoro czuje się na tyle beznadziejnie, że ucieka się do przyjmowania leków o których wcale jej nie mówi…

Gdyby znalazła leki wczoraj, poznałby siłę jej gniewu. Jednak dzisiejsze przedpołudnie z lekarzami zajmującymi się doprowadzeniem jej ciała do porządku, wywróciło wszytko do góry nogami - do tego stopnia, że w jednej chwili całkowicie zrozumiała mechanizm postępowania swojego męża.

- Co kurwa? - omal nie krzyknęła w gabinecie lekarskim, patrząc to na swojego lekarza prowadzącego, to na jego kolegę, który robił jej właśnie badanie usg.

- To, co słyszałaś, Chyłka… jesteś w ciąży. - Ginekolog odwrócił ekran w jej stronę i wskazał na ekranie mały punkt, który Chyłka już raz w życiu widziała.

Gdy pierwszy raz słyszała te słowa kilka lat temu, był to dla niej szok i wstrząs, ale teraz miała wrażenie, że zasypuje ją śnieżna lawina.

- Mówiłeś, że to niemożliwe w tej chwili, że nie ma szans! - warknęła na lekarza prowadzącego, lekko się unosząc na łokciach i dalej wpatrując w ekran.

- Nie wiem co mam ci powiedzieć… to się zdarza, bardzo rzadko, ale się zdarza - odpowiedział jej, przecierając twarz dłońmi. - Prawdopodobieństwo zajścia w ciążę przy lekach które zażywasz jest bliskie zeru, poza tym jeśli nawet dochodzi do zapłodnienia to płód bardzo szybko obumiera i dochodzi do poronienia zanim kobiety zdają sobie sprawę że były w ciąży…

- … Ale w tym przypadku zarodek przetrwał już osiem tygodni - wtrącił się jego kolega, dalej manewrując urządzeniem po brzuchu Chyłki. - I wszystko wskazuje na to, że nic mu nie dolega a ciąża rozwija się prawidłowo.

To była pierwsza informacja tego dnia, która nieco ją uspokoiła. Gdy zadzwonili do niej z przychodzi, że ma stawić się na pilnej wizycie jak najszybciej poza kolejką, zmroziło ją od środka. Czuła się ostatnio nieco bardziej przemęczona, ale łączyła to ze stresem związanym z egzaminem Kordiana i przeziębioną Aleksandrą; od pielęgniarki dowiedziała się tylko, że chodzi o jakieś nieprawidłowości w wynikach. Po przyjeździe do kliniki, jej lekarz prowadzący natychmiast zaprowadził ją do drugiego skrzydła szpitala, gdzie już na nich czekał jego znajomy ginekolog.

Przez te kilka minut, od momentu kiedy pierwszy raz usłyszała o dziecku do chwili gdy się ocknęła, zdążyła sobie przypomnieć najgorsze z wad letalnych, o jakich czytała zanim urodziła się Aleksandra.

Opadła z powrotem na łóżko i spojrzała w sufit.

Los naprawdę uwielbiał z niej drwić i zsyłać jej największe szczęście w najgorszych momentach.

To dalej był bardzo wczesny etap ciąży, wiele mogło się wydarzyć… ale skoro przetrwał tyle czasu?

- Odstawiasz dzisiaj leki - wtrącił się z powrotem onkolog, gdy wyłączyli urządzenie. - Twój stan jest bardzo dobry, nie idealny, ale nie jest źle. Będziesz pod stałą obserwacją, meldujesz się na kontrolę co tydzień.

- Kwalifikuję twój stan jako ciążę podwyższonego ryzyka - znów wtrącił się ginekolog. - Zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby pomóc ci utrzymać ciążę. Chyba, że chcesz terminacji.

Od razu ujrzała w myślach zatroskaną twarz Kordiana i jego słowa - „chcę mieć z tobą dziecko, ale nie kosztem twojego zdrowia i życia. Nie wybaczyłbym sobie, gdybyś zaszła w ciążę zanim nie będziesz całkowicie zdrowa i wystarczająco silna"…

- Urodzę - odpowiedziała cicho, nieświadomie kładąc dłonie na brzuchu. Jeśli tylko rak nie wróci, pomyślała, zrobi wszystko, by donosić tą ciążę. Nie będzie tak, jak ostatnio - nie wróci do pracy jeśli ciąża jest zagrożona, ale będzie Kordianowi pomagać przy sprawach. Za chwilę Zordon zda egzamin, Żelazny będzie musiał zaproponować mu lepszą ofertę, więc finansowo dadzą sobie radę. Ona zajmie się orzecznictwem i planami obrony, ale to Kordian będzie miał okazję wykazać się na sali sądowej. I bardzo dobrze - otrzaska się ze środowiskiem, pokaże na co go stać. Aleksandra za dwa tygodnie zaczyna żłobek, więc będzie miała chwilę dla siebie i na wypoczynek. Żadnego pałętania się po szemranych miejscach, żadnych klientów bezpośrednio, jak najmniej stresu… Jasny plan ze wszelkimi przeszkodami do pokonania wyklarował się w jej myślach błyskawicznie. Może będą musieli pomyśleć o większym mieszkaniu, jeśli nie będą chcieli upychać kolejnego Pasożyta razem z Aleksandrą, w końcu jedno dziecko budzące się co chwila w nocy im wystarczy, starsze dziecko zasługuje na spokojną noc… nie, nie Pasożyt. Bąbel? Mały Bakłażan? Później o tym pomyśli…

Lawina puściła, i choć jej wrodzony zdrowy rozsądek temu powinien przeczyć, siadając za kierownicą iks piątki zdążyła już sobie wyobrazić, jak Zordon najpierw zastygnie w szoku, a potem obdarzy ją takim uśmiechem, że mógłby nim wyczarować brokatową tęczę z jednorożcami; jak znów wykupią pół dziecięcego asortymentu w Hard Rock Cafe; jak późnym wieczorem gdy będą się już w łóżku, Kordian będzie kładł rękę na jej wypukły brzuch i nucił wybrany, Ironsowy repertuar… tym razem będzie inaczej. Zamęczy go zachciankami. I będzie obecny przy porodzie, już ona tego dopilnuje. Niech sobie nie myśli, że rodzenie to jak pstryknięcie palcami, ot i jest…

Ale na razie mu nic nie powie, żeby go dodatkowo nie stresować . Nie, niech spokojnie zda egzamin, wtedy przekaże mu tą wiadomość. Kilka tygodni nie zrobi jej różnicy, a on nie potrzebuje się teraz denerwować jej stanem zdrowia. Zbyt wiele już poświęcił, teraz jest jego czas. Musi go trochę mocniej wspierać i zwracać uwagę, w jakim stanie wraca z pracy, czy bierze w tajemnicy więcej tych tabletek czy nie… ale dadzą sobie radę. Wszystko się ułoży.

Uśmiechnęła się do siebie i znów położyła rękę na brzuchu. Potrzebowała jeszcze chwili by odetchnąć, oswoić się z tymi myślami, zanim włączy się do ruchu i wróci na Argentyńską.

MIESIĄC WCZEŚNIEJ - CHYŁKA

Ledwo się powstrzymywała, by mu nie powiedzieć w pierwszej lepszej chwili o ciąży - ale tak, jak początkowo uspokojona przez obu lekarzy oddawała się niepohamowanemu optymizmowi, tak teraz mocno zeszła na ziemię i starała się nie wymyślać nowych projekcji ich przyszłego życia, pozwalając sobie jedynie na wspominanie tych, które wymyśliła zaraz po wyjściu z gabinetu. Czuła się dobrze, o wiele lepiej niż gdy była w ciąży z Przylepą - mdłości jej nie dokuczały, spała dużo w ciągu dnia, ale miała też na to idealną wymówkę w postaci spacerów z Aleksandrą. Niestety, już na kolejnej wizycie zrobiono jej szereg badań, także tych poza normą, i werdykt był mocno niepokojący - ciąża, choć rozwijała się prawidłowo, nadal była zagrożona. Nie chciała znać nic nie mówiących jej szczegółów, wystarczyło jej proste wyjaśnienie, że wskutek choroby i leczenia, jej jeszcze nie do końca sprawne ciało ma ogromny problem z łożyskiem, a raczej z jego niewydolnością. Serwowano jej co tydzień na wizycie leki wzmacniające, stosowała się do zaleceń lekarza by dbać o siebie, nie przemęczać się - tylko zbliżający się egzamin Zordona kładł się ceniem na zaleceniach i wywoływał więcej stresu niż oboje potrzebowali.

Każdy kolejny dzień, którzy przybliżał ich do tego dnia, utwierdzał ją w przekonaniu, że dobrze zrobiła, czekając z oznajmieniem mu o ciąży. Bacznie go obserwowała - nie miał już ataków paniki, przesypiał znów prawie całe noce, ale z Kancelarii wracał jeśli nie zmęczony, to dość mocno otumaniony. Uciekając się raz do podstępu, udało jej się wyciągnąć z Kormaka, że raz, rzeczywiście załatwił mu fiolkę tych leków, ale już nigdy później Oryński nie poprosił go o kolejną. Ilośc materiału jaka mu pozostała do opanowania nie była zatrważająca, ale prawo gospodarcze wpadało mu do głowy jednym uchem, a drugim wylatywało. Nie raz widziała go tak bardzo zamyślonego, jakby myślami był oddalony od niej miliony kilometrów. Ściskało ją wtedy serce; podchodziła do niego, ostrożnie obejmowała jego twarz swoimi dłońmi i wpatrywała się w jego oczy tak długo, aż wzrokiem przywoływała go z powrotem na ziemię.

Po krótkiej przerwie spowodowanej jej powrotem do zdrowia i ślubem, znów wrócili do wymieniania się długimi pocałunkami i ostrożnymi pieszczotami, jak wtedy gdy chorowała - nie zawsze, mimo ogromnej ochoty, miała wtedy siłę na seks. Ale Kordian to rozumiał, nie nalegał, cierpliwie czekał - i gdy minęło już zagrożenie, gdy przestali się hamować i przed jak i po ślubie ciągle wyczekiwali wolnej chwili, by zająć się sobą wzajemnie gdy tylko była po temu okazja - teraz ona musiała się nieco powstrzymywać. Nie tylko ze względu na stan Kordiana, ale też na ciążę. Cieszyła się więc z tego, że chwilowo nie było mu po drodze z miłosnymi igraszkami, bo wyjątkowo nie lubiła mu odmawiać wspólnej przyjemności i oddania.

- Wyduś to wreszcie z siebie - szepnęła, gdy leżeli naprzeciw siebie pewnej nocy. Ona jedną ręką przeczesywała jego włosy, drugą trzymając na jego piersi tak, by czuć jego bijące serce. Kordian z kolei obejmował mocno jej biodro. -Bo zaczynasz już przypominać buraka gruntowego przed zbiorem.

- A nie pomidora, czy paprykę?

- Nie przedrzeźniaj mnie.

- Niech będzie… - mruknął, i znów umilkł na chwilę. Chyłka miała ochotę teatralnie westchnąć i przewrócić oczami, ale Aleksandra nauczyła ją wykrzesywać z siebie pokłady cierpliwości, o których posiadanie nigdy się nie podejrzewała. Co więcej, zauważyła, że ta cierpliwość stosowana wobec jej małżonka przynosi zbawienne efekty.

- Jak bardzo będziesz rozczarowana, gdy nie zdam?

- Wcale nie będę - odpowiedziała od razu. - Bo zdasz.

- Ale jeśli?

- Chcesz mi powiedzieć, że po to przyjęłam twoje nazwisko, by teraz być kojarzona z pierwszym aplikantem w Kancelarii Żelazny , który nie zda egzaminu adwokackiego?

- Nie, ale…

- Nie wybiegniesz z egzaminu tym razem, nikt nie podłoży bomby, nie będzie ataku terrorystycznego, powodzi, pożaru, tornada, chuj wie jeszcze czego - uruchomiła swoje zwyczajowe tempo wypowiedzi, ale na końcu wzięła oddech i przystopowała. - Zordon, masz to wszystko obkute. Musisz się tylko skupić. Robiliśmy już cięższe rzeczy. Naprawdę, ten egzamin to nie jest coś, o co będziemy się martwić i wspominać za rok.

- A o co będziemy się martwić? - podjął od razu wątek.

- Cholera wie, może o to, że Aleksandra będzie chciała śpiewać The Wicker Man zamiast jakiś durnych piosenek i kwiatkach bratkach i przedszkolanki nie pochwalą jej wrodzonego talentu, albo że ktoś jej pokaże niby przypadkiem Psi Patrol i wtedy będziemy mieli przerąbane…

- Psi Patrol? Masz na myśli Szczerbińskiego?

Chyłka odsunęła się nieco od niego i podniosła brwi.

- O taki sarkazm bym cię nigdy nie podejrzewała - mruknęła pod nosem. - To taka kreskówka, wszystkie Madki na placu zabaw o tym gównie trąbią.

- Myślałem, że z nimi nie rozmawiasz, tylko czytasz Lexa.

- Czytam, ale nie zawsze da się ich nie słuchać.

- Wracając do tematu…

- Nie zdasz teraz, zdasz następnym razem. - Podsumowała, przysuwając się bliżej, tak, aż zetknęli się czołami. Chyba nigdy nie znudzi jej się i nigdy nie będzie miała dość tego uczucia, jak bije od niego ciepło, od którego dostawała gęsiej skórki. - Nie rozwiodę się z tobą. Ale Żelazny może nie być tak wyrozumiały, a ja nie będę cię utrzymywać po tym, jak przyjęłam twoje nazwisko.

- Nie całkiem.

- Bo jeszcze mi rozumu nie odjęło do reszty - mruknęła, muskając powoli jego wargi. - Jak sobie wyobrażasz szyld naszej Kancelarii za trzydzieści lat? Kancelaria Oryńskich?

- A Kancelaria Chyłka-Oryńska i Oryński będzie bardziej chodliwe?

- Wszystko, co błogosławione jest moim nazwiskiem, jest chodliwe. Dbam o nasze zabezpieczenie i prestiż. Nawet nie wiesz, ile wnoszę do tego małżeństwa.

- Wnosisz cuda - mruknął, wplatając palce w jej włosy i namiętnie całując.

DZIEŃ EGZAMINU - CHYŁKA

Pożegnali się w progu mieszkania - ona, choć mu o tym nie powiedziała, jechała na kolejną wizytę kontrolną, wcześniej zostawiając Aleksandrę u Magdaleny. Przylepa dalej komunikowała się kilka podstawowymi słowami - tak, yy, mama i Zodo - ale Chyłka podejrzewała, że mała po prostu nie chce ich znudzić swoją elokwencją i czeka tylko na jakiś epicki moment by dać popis tego, czego się do tej pory nauczyła. Magdalena i panie ze żłobka twierdziły, że Aleksandra jest bardzo pojęta i bystra, i co prawda z tym mówieniem to nie do końca, ale ciagle coś nuci pod nosem i to bardzo melodyjnie.

Joanna najmocniej w świecie marzyła teraz o tym, by wreszcie na którejś wizycie kontrolnej usłyszeć werdykt, że zagrożenie minęło i nie ma już ryzyka poronienia. Nie mogła pojąc, jak jej własna macica może ją tak zwodzić, podczas gdy ona nie czuła się wcale gorzej, prócz lekkiego przemęczenia. Lekarz był wyjątkowo ostrożny w osądach, ale mogła liczyć na jego pełne wsparcie i wiedzę. Co nie zmieniało faktu, że znacznie ostatnio przybrała na wadze i nie mogła się doczekać tego dnia, by wreszcie położyć na już nieco zaokrąglonym brzuchu dłoń swojego męża. Chciała mu z dumą oznajmić, że wszystko jest w porządku z nią i z dzieckiem, że daje radę, że ma już wybrany szpital w którym będzie rodzić, że choćby miał zemdleć to będzie jej w tym towarzyszył, i że w zeszłym tygodniu oglądała już ogłoszenia z większymi mieszkaniami na sprzedaż.

Przedpołudnie wlokło się niemiłosiernie; lekarz dalej podtrzymywał swój werdykt o zagrożeniu, w drodze z kliniki do mieszkania Magdaleny stała chyba we wszystkich możliwych korkach i na każdych światłach, co dodatkowo wyprowadzało ją z równowagi, bo nie dość że miała w planach zorganizowanie jakiegoś bardziej uroczystego obiadu na dzisiaj i spacer z Przylepą, to na każdym postoju zalewała ją fala niepokoju o Zordona.

Telefon od Kormaka zastał ją, gdy odebrała Aleksandrę i zmierzała do ich ulubionej knajpki, by odebrać zamówiony obiad na wynos.

- Wyszedł już z sali - rzucił bez wstępu Chudzielec.

- Co? Jak to kurwa wyszedł? - niemal krzyknęła, a siedząca z tylu Aleksandra zaśmiała się perliście. - Rozmawiałeś z nim?

- Powiedział że nie zdał, że idzie do domu, musi uciec i spierdala stąd - mruknął smutno Kormak. - Tyle.

Chyłka syknęła pod nosem i walnęła pięścią w kierownicę.

- Dzięki, Kormaczysko - brzmiała zrezygnowanie, gdy się z nim rozłączyła i natychmiast wybrała numer Zordona.

- Jedziemy już do domu – powiedziała Chyłka, gdy nawiązała połączenie i usłyszała przyspieszony oddech Kordiana po drugiej stronie słuchawki. – Nie wychodź nigdzie, zaraz będziemy.

Nigdzie nie idę – odpowiedział, ale brzmiał tak żałośnie, że aż ścisnęło ją w gardle.

- Zaraz będę, Bakłażanie.