Chyłka niemal nigdy się nie spóźniała. Punktualność była jedną z tych cech, które przylgnęły do niej jak skorupa, jak druga skóra. Spóźniła się tylko kilka razy, gdy była w ciąży z Aleksandrą i jej organizm, zupełnie niespodziewanie dla niej, domagał się czegoś tak prymitywnego jak sen.

Dlatego teraz, kiedy Aleksandra zakończyła już karierę żłobkową i rozpoczęła w swoim życiu etap przedszkolaka - zmieniło się równocześnie dotychczasowe miejsce jej dziennego przebywania. Było po drodze do Skylight, ale w związku z powrotem Chyłki do pracy w pełnym wymiarze, odprowadzanie jej odbywało się rano, a nie jak do tej pory do południa - a to oznaczało nic innego, jak pakowanie się w poranne korki.

Były one jednym z czynników, które powodowały ostatnio ich spóźnienia do pracy - ku wszelkiemu ubolewaniu Joanny, Aleksandra cierpiała na chorobę lokomocyjną i wyjątkowo źle znosiła jazdę iks piątką, gdy to ona prowadziła - mimo, iż bardzo się starała prowadzić samochód jak najdelikatniej. Kordian z kolei prowadził ukochane auto żony ospale i łagodnie, co przyczyniło się do trwałej zmiany w zakresie zasiadania za kółkiem auta do i z przedszkola.

Kolejny poranek wczesnej, rześkiej jesieni wyglądał więc tak samo - mimo, iż zerwali się z łóżka jak tylko rozdzwonił się budzik, mimo naprawdę dobrej organizacji czasu przy codziennych czynnościach między łazienką, szafą a kuchnią - utknęli w korowodzie aut na zjeździe w wąską uliczkę, prowadzącą do jednego z najlepszych publicznych przedszkoli w stolicy.

- Ja pierdolę - mruczała Joanna pod nosem, zakładając na nos ciemne okulary przeciwsłoneczne i rozglądając się z siedzenia pasażera. - Te dzieci pączkują przez noc jak drożdże i jest ich codzień więcej, czy mi się wydaje?

- Zakładając, że w samej grupie Aleksandry znajduje się jedenaścioro szkrabów… - zaczął Oryński, również wyglądając na bok do przodu, próbując ocenić, ile aut przed nimi będzie skręcać w prawo.

- Pączkują Zordon, mówię ci. Przez pandemię nie było zbyt wiele do roboty na zdalnej. Przynajmniej dla niektórych.

Kordian westchnął i osunął się plecami na oparcie. Nie miał jak przebić argumentu żony, potwierdzały to statystyki.

- Ale żeby dzień w dzień, codziennie rano… - mruczała dalej pod nosem.

Z głośników popłynęły dźwięki ostatniej płyty Ironsów, Senjustu. Joanna automatycznie zaczęła wystukiwać palcami rytm piosenek i delikatnie kiwać głową. Aleksandra, kultywując na razie swoje nieodzywanie się bodajże więcej niż jednym słowem, mruczała sobie pod nosem melodię.

Od jakiegoś czasu, z nieco większym niepokojem, przyglądali się małej - a raczej jej brakowi chęci wyrażania się poprzez więcej niż jedno słowo. Jej zasób ograniczał się do zwyczajowego pakietu - mama, Zodo, tak, nie - i może od czasu do czasu był uzupełniany kolejnymi, pojedynczymi słowami. Chyłka powoli zaczynała się niecierpliwić tym milczeniem - wszak do któregoś miesiąca życia Aleksandra gaworzyła jak opętana. Milczenie przyszło dużo później - w momencie, w którym wg podręczników właśnie wszystkie dzieci zaczynały się komunikować już poprzez całe zdania.

Aleksandra uparcie nie składała całych zdań, natomiast rewelacyjnie wychodziły jej takie czynności jak przewracanie oczami, teatralne westchnięcia, spojrzenia pełne dezaprobaty, mruganie oczkami gdy czegoś potrzebowała czy głośne piski, gdy jej czegoś odmawiano.

Zaczęli się zastanawiać, czy nie udać się z nią do logopedy - to znaczy, zaczął Kordian. Chyłka była przekonana, że jeszcze jest na to czas i nie ma co jej popędzać - choć gdy Oryński tego nie widział, sama próbowała nakłonić Aleksandrę do mówienia, próbując wciągać ją w rozmowy.

- Może jednak powinniśmy odstawiać ją wcześniej do przedszkola? To znaczy, ty byś ją odstawiał wcześniej.

- Żebyś mogła dłużej pospać?

- Żebym mogła być szybciej w pracy - mruknęła pod nosem, wyciągając z torebki telefon i logując się na Lexie. - Żebym mogła potem punktualnie wychodzić po Aleksandrę w samo południe.

- I niszczyć jedyną, niezastąpioną planetę na której żyjemy smogiem? Dopuścić do tego, żeby nasze dziecko nie miało czym oddychać za kilkanaście lat? Pogłębiać efekt cieplarniany?

Chyłka odwróciła ku niemu głowę, ale nie zdjęła ciemnych okularów - i bez tego mógł sobie jednak wyobrazić, który rodzaj pogardliwego spojrzenia mu rzuca.

- To jakiś rodzaj pokuty za zjedzenie wczoraj mięsa na obiad? Pierdolenie takich farmazonów?

- Nie, to akurat szczera prawda. Nic tak nie przyczynia się do ocieplenia klimatu jak auta stojące w korku, przewożące tylko jedną osobę, która… - Chyłka machnęła zniecierpliwiona dłonią, po czym podgłośniła nieco Ironsów.

Kordian pozwolił sobie na drobny, niemal niezauważalny uśmieszek - wiedział, że jedyną opcją na spacyfikowanie tematu ich osobnej podróży do miejsca pracy jest nawijka o ekologii. Co jak co, ale Chyłka nie była w stanie słuchać o mordowaniu matki Ziemii spalinami - odkrył to jakiś czas temu, gdy zasugerował, że jedno z posiadanych przez nich BMW mogliby wymienić na jego elektryczną wersję. Zmyła mu głowę i zrobiła mu godzinny wykład na temat tego, jak bardzo upośledzona jest maszyna uzależniona od codziennego ładowania. Wiedział, że korki znosiła z taką godnością jak wiadomości w TVP1 - czyli unikała ich jak ognia. Dla niego jednak, codzienne odwożenie Aleksandy do przedszkola z marudzącą na siedzeniu obok żoną, stanowił pewien rodzaju rodzinny rytuał, z którego nie chciał rezygnować. Zwłaszcza od momentu, kiedy coraz więcej spraw prowadzili osobno i nie spędzali już ze sobą w pracy tyle czasu, co jeszcze rok temu.

Jego kariera adwokata na samodzielnym stanowisku wreszcie nabierała rozpędu - a Chyłka, choć również tęskniła za wspólnie prowadzonymi sprawami, nie protestowała, gdy Żelazny zarzucał Kordiana coraz to nowymi klientami w sprawach, w których ona nie brała udziału.

Oczywiście, zdarzały im się jeszcze postępowania prowadzone wspólnie - ale oboje uznali, że dla zachowania pewnego rodzaju higieny w ich związku, przyda im się od czasu do czasu odpoczynek od siebie nawzajem.

Van przed nimi ruszył dość ostro z miejsca. Oryński powoli puszczał sprzęgło, nie skupiając się za bardzo nad tym, by dogonić vana przed nim.

- Zordon, jedź szybciej, proszę - rozległ się cichy, znudzony głos, i Oryński bezwiednie przyspieszył, dopiero po sekundzie uświadamiając sobie swój błąd.

Naraz wydarzyło się kilka rzeczy - on, posłusznie wiedziony poleceniem, przyspieszył. Iks piątka rzuciła się do przodu, a on dopiero w momencie szarpnięcia zorientował się, że ostatnie polecenie nie zostało wypowiedziane przez Chyłkę, ale przez Aleksandrę. Nim to pojął do końca, iks piątka wbiła się w zderzak hamującego właśnie przed nimi vana. Chyłka podskoczyła jak oparzona na fotelu pasażera i przeklnęła tak siarczyście jak jeszcze nigdy przy dziecku. Aleksandra natomiast zasłoniła sobie usta i próbowała powstrzymać śmiech.

- Co to do kurwy nędzy miało znaczyć?! - krzyknęła Chyłka, zrywając się ze swojego fotela i odwracając się najpierw do Kordiana, a potem do tyłu. - Dziecko, nie ruszaj się!

Niemal wyskoczyła z auta, dopadając natychmiast do tylnych drzwi i wskoczyła na siedzenie, obmacując Aleksandrę by sprawdzić, czy nic jej się nie stało.

Kiedy dziewczynka wreszcie nie wytrzymała i roześmiała się, Chyłka chwyciła się za serce i wzięła wreszcie głęboki oddech. Kordian już otwierał drzwi z drugiej strony i również zaczął sprawdzać pasy w foteliku, totalnie ignorując coraz głośniejsze krzyki z sąsiedniego auta i trąbienie kierowców za nimi.

- Nic ci nie jest? Nic się nie boli? Uderzyłaś się gdzieś? - zarzucił Aleksandrę pytaniami, nie do końca będąc pewnym, czy dziewczynka zechce mu na nie odpowiedzieć. Dokładnie zbadał jej głowę, ale ona z uśmiechem wierciła się w foteliku, jakby nigdy nic. Zerknął przelotnie na Chyłkę, która próbowała wyrównać oddech i była niemal zielona na twarzy.

- Czy ty właśnie zaczęłaś mówić? - zapytał poważnym tonem Aleksandrę. Dziewczynka kiwnęła głową posłusznie.

- Dlaczego teraz? Dlaczego kazałaś Zordonowi jechać szybciej? - zapytała Chyłka.

- Chcę się bawić - odpowiedziała dziewczynka, posyłając im niewinny uśmiech.

Zza pleców Oryńskiego rozległ się oburzony męski krzyk.

- Zaraz, człowieku! - odkrzyknął Kordian przez ramię, wracając wzrokiem z powrotem do żony i córki. - Od kiedy znasz tyle słów? Dlaczego nie odzywałaś się wcześniej?

Aleksandra wzruszyła ramionami.

- Nie chciałam - rzuciła najprostszą z odpowiedzi. - Jedziemy już?

Kordian spojrzał na Chyłkę, która próbowała oswoić się z tym, co właśnie usłyszała, i najwyraźniej powstrzymywała się całą swoją silną wolą przed wybuchem na skalę bomby atomowej.

- Słoneczko, ustalmy w takim razie, że tata Zordon będzie jechał szybciej, ale to mama mu powie kiedy, ok? A ty nam mów o innych rzeczach, ok?

Aleksandra kiwnęła głową. Kierowca vana miał już ewidentnie dość i postukał Kordiana w ramię.

- Czy pana popierdoliło do…

- Przestań pan przeklinać mi przy dziecku! - ryknęła Chyłka, wyskakując z tylnego siedzenia i niemal materializując się przy otyłym kierowcy potrąconego auta. - Tak, wjechaliśmy w pański zadek, bo jedziesz Pan jak głupek bez prawka. Tu masz numer naszego ubezpieczyciela, tu wizytówkę naszej kancelarii. Załatwmy to w tej chwili, bo nie ręczę za siebie jeśli zechcesz wezwać policję. Udowodnię przed sądem, że światło stop w twoim aucie istnieje tylko na papierze i…

- Moja żona chciała powiedzieć, że wszelkie naprawy zostaną pokryte z naszej polisy - wtrącił się szybko Kordian, zapinając marynarkę. Kierowca vana poczerwieniał na twarzy, ale nie dane mu było dojść do słowa. - Mecenas Oryński, Kancelaria Żelazny . Tu jest nasza wizytówka, a tu numer do ubezpieczyciela. Proszę się powołać na moje nazwisko.

Rozejrzał się, próbując ocenić, czy Chyłka wymaga dalszej pacyfikacji - ona jednak była już przy masce, dokonując obdukcji zniszczeń.

Iks piątka miała zaledwie kilka rysek na grillu; plastikowy zderzak vana z kolei żałośnie zwisał na powykrzywianych haczykach. Chyłka odetchnęła z ulgą i poklepała maskę.

- Jeśli myśli Pan, że… - zaczął otyły kierowca, ale Kordian od razu wszedł mu w słowo.

- Myślę, że wszyscy jesteśmy już zdrowo spóźnieni i tylko niepotrzebnie wstrzymujemy ruch. Nie wiem jak Pan, ale my mamy umówioną wizytę w prokuraturze rejonowej. Jeśli bardzo Panu zależy, może się Pan wybrać z nami…

Kierowca wreszcie wypuścił powietrze z ust, wyrwał z ręki Kordiana wizytówki i wrócił do swojego vana, przeklinając jeszcze pod nosem. Oryński odprowadzał go chwilę wzrokiem, a następnie odwrócił się do auta i upewniwszy się, że Aleksandrze teoretycznie nic nie grozi, zamknął drzwi od jej strony, przypominając sobie gdzie znajduje się najbliższy sklep z fotelikami dla dzieci. Może zdąży jeszcze podjechać po nowy fotelik, zanim odbiorą Aleksandrę z przedszkola?

Okrążył auto, podchodząc do Chyłki.

Jej twarz przybrała już normalny odcień. Odpaliła papierosa z awaryjnej paczki, którą trzymała przy sobie na takie właśnie stresujące okoliczności, i powoli zaciągała się.

- Zmieniłam zdanie - mruknęła, kiedy się do niej zbliżył i wyciągnął papierosa z jej dłoni, by również się zaciągnąć. - Nie ma opcji, żebym cię samego zostawiła z dzieckiem.

- Do tej pory jakoś nam to wychodziło - zdziwił się.

- Do tej pory nie wydawała ci poleceń, które bezwiednie spełniałeś - warknęła, odbierając mu z powrotem papierosa. - Co będzie następnym razem? Zordon, przyłóż mojemu koledze z Tygrysków bo zabrał mi kredki? Zabierz mnie do Disneylandu? Kup mi wszystkie różowe spinki z Pepco? Włącz mi świnkę Peppę?

- Przyznaj sama, zszokowała cię tak samo jak mnie. Nikt się nie spodziewał…

Nie dokończył, gdy na sekundę oparła swoje czoło na jego piersi, a potem równie szybko oderwała się od niego i ruszyła z powrotem do auta.

- Jeśli każdym nowym skillem będzie nas raczyć w ten sposób, powinniśmy zmienić auto na czołg.