(Wszystkie niuanse prawne opisywane w tym rozdziale zostały wymyślone na potrzeby tej historii i nie były w żaden sposób weryfikowane pod względem ich poprawności w polskim prawie lub tym podobne. Proszę i jednocześnie dziękuję za wyrozumiałość przy lekturze tego rozdziału [być może kolejnych również].)
Przedzierając się przez zakorkowane Śródmieście, ukochana iks piątka niemal się trzęsła w rytmie dźwięków Brave New World Ironsów, podczas gdy kierująca nią Chyłka starała się skupić na tym, co przeżywa w tej chwili a nie na wspomnieniach ostatnich dni.
Potrzebowała nastroić się do najgorszej, najcięższej z walk, jakie miała do tej pory stoczyć. Jednocześnie starała się zapomnieć, że w razie porażki jej życie już nigdy nie będzie takie samo.
Wystukiwała palcami na kierownicy do rytmu kolejne kawałki. Pozwoliła sobie nawet na lekkie zbezczeszczenie auta i na ostatnim czerwonym świetle w ekspresowym tempie wypaliła jednego papierosa.
Miała nadzieję, że jeśli co do joty powtórzy dziś swoje stare przyzwyczajenia, uda jej się w jakiś niepojęty sposób zakląć sprawy, by potoczyły się po jej myśli.
Gdy zaparkowała iks piątkę na swoim miejscu, udała się jeszcze do Złotych Tarasów po kawę. Przekroczywszy drzwi prowadzące do Skylight, z niepokojem odnotowała, że zmieniło się kilka elementów w wystroju parteru, na które do tej pory nie zwracała uwagi, gdy przelotnie pojawiała się w Kancelarii. Szybko odwróciła od nich wzrok i ruszyła do windy.
Korytarz w norzeoborze tętnił chaosem, jakby nikt tu nie zażywał snu. Jej pojawienie się zostało odnotowane dopiero po kilku minutach - momentalnie ci, którzy bezczelnie zajmowali środek przejścia, delikatnie się wycofali, robiąc jej miejsce.
Chyłka jeszcze przez kilka sekund wdychała znajomy zapach przemęczonych, zalanych kofeiną i innymi substancjami utrzymującymi ich przy życiu aplikantów; przesunęła wzrokiem od recepcji po lewej do wąskiego przejścia prowadzącego do pomieszczenia socjalnego na prawo. Wszystko to trwało chwilę, ale wydawało jej się, że czas stanął w miejscu. Pod jej nieobecność nie zmieniło się tu niemal nic - prócz nowych twarzy studentów i aplikantów. Nie było tu nic, co by jej przypominało o ostatnich dwóch latach - przedwczesnym porodzie, chorobie, porwaniu przez Langera, niezdanym egzaminie Kordiana. Miejsce wypełnione papierami, grubymi tomiszczami przepisów regulujących życie każdego obywatela. Zero życia rodzinnego, wspomnień. Praca. Nowe sprawy. Nowi klienci. Zadania do wykonania, ludzie do obronienia. Twarde przepisy, odwieczne kodeksy. Nowe orzeczenia.
Wzięła głęboki oddech i ruszyła przed siebie jak taran, gdy aplikanci wreszcie podjęli przerwane czynności. Skierowała się do swojego gabinetu, odnotowując kątem oka ukradkiem rzucane jej spojrzenia pełne strachu i ciekawości. Od razu poczuła się lepiej niż po zaserwowanej dopiero co dawce kofeiny.
Brakowało jej tego.
- Jaki jest plan? - rzucił od razu Harry, gdy rozsiadł się na tyle wygodnie, na ile na to pozwalało krzesło dla gości naprzeciw biurka Chyłki.
Chyłka popatrzyła na chwilę na niego, po czym odwróciła głowę w stronę okna.
- Pełen dziur, które sprawny prokurator natychmiast wychwyci i wykorzysta - mruknęła niezadowolona.
Była wdzięczna Harry'emu za to, że odczekał przyzwoite dwie godziny, zanim przekroczył próg jej gabinetu.
Przewertowała wszystko, co udało jej się znaleźć na temat skutków załamania nerwowego, oskarżaniu osób przebywających na obserwacji psychologicznej i w szpitalu psychiatrycznym. Niestety, sprawa Oryńskiego była złożona i - jak niemal każda której się podejmowała - precedensowa.
- Najgorsze jest to, że muszę znaleźć sposób i dowiedzieć się, co tak naprawdę na niego mają - mruknęła, chowając twarz w dłoniach. Powoli zaczynała ją boleć głowa. - Mam kartę przetargową w postaci próby samobójczej i psychiatryka, ale jeśli za mocno na tym pojadę, to wybronię go tylko po to, żeby dowalili mu kuratora i ograniczyli prawa rodzicielskie.
Harry milczał, za co była mu wdzięczna. Wiedziała, że gdyby jego miejsce w tym momencie zajął Artur, już dawno poziom jej irytacji skoczyłby poza 21 piętro Skylight. Żelazny musiał wiedzieć, na czym stoją - Harry ufał jej na tyle, by cierpliwie czekać na rozwój wypadków.
Wstała i podeszła do okna, po czym ogarnęła wzrokiem tętniącą życiem ulicę.
- Jak tam Józef? - mruknęła nagle, nie odwracając głowy.
- Ach… - żachnął się Harry i poprawił lekko w krześle. - Udało się, głównie dzięki trzeźwości umysłu Kordiana, wyprowadzić go na prostą. Firma mocno straciła na wizerunku, nie ma komu jej przekazać, ale straty zminimalizowaliśmy do maksimum. Niestety, lwia część majątku musiała zostać, zgodnie z prawem, przekazana w udziale Langerowi Juniorowi.
- Ale Józef odkupił jego udziały? Betelscy są bezpieczni? - jej głos coraz bardziej brzmiał tak, jakby myślami była już gdzieś indziej.
- Tak… choć to wygląda, jakby zaczynali od zera.
Chyłka kiwnęła głową. Maurycy Betelski na długo utkwi im w pamięci - nie dość, że chłopak był oskarżony o morderstwo młodej dziewczyny, niemal doprowadził do przekazania całej rodzinnej firmy swemu najlepszemu znajomemu ze szkolnej ławki - Sadyście z Mokotowa. Do obrony chłopaka nie doszło, gdyż ten w niewyjaśnionych - nieoficjalnie - okolicznościach, nie przeżył pierwszego tygodnia w areszcie. Choć Chyłka niewiele pamiętała z tego okresu, Kordian wyjątkowo się krzywił i markotniał, gdy przypominali sobie ten wątek. Bił się nie raz z myślami, czy - jeśli rzeczywiście zamordował swoją dziewczynę - zasłużył na koniec, który go spotkał. Doskonale wiedzieli, kto mógł maczać palce w jego śmierci - co oczywiście potwierdziły późniejsze wypadki - mimo wszystko jednak, czy był większą bestią niż Langer? Czy ktokolwiek miał prawo do osądzania ich w ten sposób?
Chyłka wiedziała, że ta sprawa była równie przykra dla Harry'ego. Józef był jego przyjacielem, traktowali się jak rodzinę. Old Man, z pomocą Kordiana, robił wszystko, by uratować rodzinną spuściznę wielkopolskiej rodziny. Cokolwiek by nie planował, Langer musiał przystać na ofertę jaką mu złożono - ale on, bez żadnego wahania, wziął wszystko, co mu się należało. Przeciągał co prawda negocjacje, wszędzie wysyłając swojego pełnomocnika w ostatnim możliwym terminie, ani razu nie pojawiając się w Warszawie na rozprawach sądowych i spotkaniach zarządu, ale wszystko odbyło się ostatecznie z poszanowaniem wszystkich przepisów.
Harry towarzyszył jej w milczeniu jeszcze przez kilka minut. Nie odnotowała do końca, kiedy się z nią pożegnał - pochłonęły ją rozmyślania na temat tej sprawy i udziału Zordona w niej. Starała się być na bieżąco i pomagała Kordianowi, ale jej ówczesny stan nie pozwalał jej wtedy na zwyczajowe funkcjonowanie. Orientowała się w sprawie, ale nie kojarzyła wszystkich wątków, małych potknięć i potencjalnych niebezpieczeństw. Czy rzeczywiście, któreś z nich mogło wtedy coś przeoczyć? Nie dostrzec czy zbagatelizować coś, co w normalnych warunkach natychmiast by dostrzegła?
Pokręciła głową, jakby mogła tym gestem odrzucić wszelkie wątpliwości. Już miała wrócić do biurka, gdy jej uwagę przykuła czerwona, szybko poruszająca się po Emilii Plater plamka, skręcająca w lewo na aleje Jerozolimskie. Z tak wysoka trudno było precyzyjnie określić model auta, ale Chyłka była pewna, że bardziej przypominało kanciastego Forda Mustanga niż osobowego Opla czy Citroena. Zmroziło ją, gdy w głowie pojawiła się myśl, że Gnida z Mokotowa mogłaby mieć znów coś wspólnego z ich sprawą.
Na biurku rozległ się długo wyczekiwany riff Ironsów, zwiastujący połączenie. Chyłka drgnęła i niespiesznie podeszła do telefonu. Nazwisko które rozbłysło na wyświetlaczu upewniło ją tylko, że mogła zabrać swoje rzeczy i udać się do wyjścia.
- Wy to naprawdę nie potraficie w konspirację, komisarzu - mruknęła, podchodząc kilkanaście minut później do ławki, na której siedział Szczerbiński.
Zaprosił ją do knajpki znajdującej się najbliżej jego komendy i czekał na jednej z ławeczek wystawionych na zewnątrz. Chyłka stanęła przed nim gotowa do oddalenia się z restauracji jak najszybciej, by nie przysporzyć problemów zarówno sobie jak i jemu; komisarz jednak nie podniósł się nawet o milimetr.
- Co jest, Szczerbix? Dają wam jakieś premie za spotkania z prawnikami w miejscu pracy? Urządzacie jakieś łapanki?
Szczerbiński pokręcił głową, lekko prychając.
- Nie jadłem jeszcze obiadu. Siadaj - machnął wreszcie ręką, wskazując Chyłce miejsce naprzeciw.
Joanna westchnęła z politowaniem, a potem zajęła miejsce naprzeciw komisarza.
Obawiała się nieco, jak potoczy się ich rozmowa - zwykle reagowała nerwowo, gdy cokolwiek opóźniało zdobycie przez nią wiedzy - a Szczerbińskiego znała na tyle dobrze, by mieć pewność, że poza konkretami przekaże jej setkę niepotrzebnych faktów. Musiała jednak w spokoju go wysłuchać, by móc w razie potrzeby przycisnąć go, jeśli nie będzie tak chętny do rozmów jak zakładała.
- Zatajanie prawdy o finansowym terroryzmie - rzucił bez ogródek Szczerbiński, rozglądając się ukradkiem dookoła. Chyłka drgnęła i pochyliła się nieco w jego stronę.
- I co z nim? Bo wiem, że istnieje - mruknęła, nie kryjąc zniecierpliwienia.
Szczerbiński prychnął ponownie.
- Twój… mąż brał udział w praniu brudnych pieniędzy - również pochylił się ku niej, ściszając nieco głos - a, w każdym razie, miał o tym wiedzę i ją zataił.
- Co proszę? Zordon i przedsionek bandytyzmu? Serio, kurwa? - warknęła, kręcąc głową. - Szczerba, na litość boską, przecież ten Bakłażan przynajmniej raz w miesiącu mruczy o przekwalifikowaniu się na prokuratora. On ma wyrzuty sumienia wobec matki ziemii, gdy zakłada plastikowy worek na kosz na śmieci. Czy ty naprawdę myślisz, że brałby w czymś takim udział?
- Nie wiem czy brał, to jeszcze sprawdzają. Ale miał wiedzę. - odskoczyli oboje od stołu, gdy kelner zbliżył się i postawił przed policjantem talerz z bliżej nieokreśloną sałatką, bardziej przypominającą rzeź dokonaną na pomidorach. - A my, niestety, mamy na to tak twarde dowody, że… - kontynuował, gdy kelner odwrócił się i ruszył z powrotem.
- Że moglibyście z nich zrobić kanapki z jajkiem, ale nie macie bułek i noży - warknęła. - Niby z kim miałby uczestniczyć w takim gównie?
Szczerbiński prychnął.
- Ta wasza rodzina z Poznania, ten młody…
Tym razem to Chyłka się zaśmiała.
- Ta sprawa jest dawno skończona. Stracili prawie cały majątek przez gówniarza, który teraz gryzie glebę. Harry sam wszystko dopinał, Zordon mu tylko pomagał.
- Jesteś pewna?
Była, jak wielu innych oczywistych faktów.
- Ktoś sypnął, że w czasie kiedy byłaś na macierzyńskim i rzekomo chorowałaś…
- Nie no, ja jebię - warknęła Chyłka. - Ty chyba naprawdę ochujałeś do reszty. Zapomniałeś już jak pomagałeś Zordonowi odszukać mnie w Landzie?
- … na jego koncie było dość sporo przelewów. Na dość poważne kwoty. I procedura wciąż trwa. Nie twierdzę, że nie jest dobrym prawnikiem, ale to nie wygląda na premie z Kancelarii.
Chyłka milczała, wbijając wzrok w drzewa po drugiej stronie ulicy. Zerwała się po chwili na nogi, kładąc ręce na biodrach. Podziękowała komisarzowi zdawkowo i ruszyła w stronę iks piątki, nie obracając się za siebie.
Reszta dnia upłynęła jej w drastycznym tempie. Gdy tylko wróciła do Skylight, natychmiast rozkazała Kormakowi sprawdzenie konta Oryńskiego, a raczej prześledzenie potencjalnie podejrzanych przelewów z jego konta. Sama zamknęła się w swoim gabinecie, wertując w Lexie wszystko, co udało jej się znaleźć na ten temat - wyniki nie były jednak obiecujące. Sędziowie zdecydowanie nie byli skłonni odpuszczać podejrzanym o branie udział w procederze - wszystko wskazywało na to, że rzadko komu udało się udowodnić, iż nie ma z zarzutami nic wspólnego, prokuratura zaś dysponowała zwykle niepodważalnymi dowodami.
W ostatniej chwili uświadomiła sobie, że po raz pierwszy w życiu musi poprosić Magdalenę o odebranie ze żłobka Aleksandry. Dzwoniąc do przedszkola z informacją, iż dzisiaj zjawi się po dziecko ktoś inny, czuła zalewające ją powoli poczucie winy. Próbując przekonać samą siebie w myślach, że Aleksandra nie będzie długo o tym pamiętać, wyszła z gabinetu z prędkością tajfuna, z zamiarem przesłuchania Kormaka.
- Najnudniejsze zadanie jakie od ciebie dostałem - mruknął, odwracając się do niej.
- Bo? - warknęła Chyłka, próbując się przebić bliżej biurka przy którym siedział chłopak.
- Bo tam nie ma nic, co wzbudziłoby podejrzenia. Może tylko miesięczna kwota przeznaczana na te słodkie latte-syfy, które tak namiętnie w siebie wlewa.
Wiedziała o tym doskonale, w końcu sama miała dostęp do tych danych.
- Chodziło mi o te dane, których sama nie mogę sprawdzić, Cherlawcu - warknęła, przewracając oczami po suficie.
- I ja dokładnie pod tym kątem wszystko sprawdziłem. Zordon jest czysty, nie znalazłem ani jednej podejrzanej kwoty.
Prokuratura nie mogła się aż tak mylić, nie wystawiali w takich przypadkach nakazów aresztowania jeśli nie byli w stu procentach pewni, póki nie uzbierali niepodważalnych dowodów…
Nagle przez jej głowę przeleciała myśl, ulotna, ale nie na tyle, by nie zastanowić się nad zagadnieniem bardziej. Jeśli śledczy twierdzili, że mają niezbite dowody na to, że na konto Kordiana wpływają podejrzane przelewy, ale nie ma po nich śladu na koncie, do którego ma dostęp… wniosek był jeden.
Na jego dane musiało istnieć jeszcze inne konto. Konto, o którym ona nie miała pojęcia. I, być może, nawet sam zainteresowany.
Powrót do domu tego popołudnia był równie zły, jak wczorajszy. Zgodnie z zasadami, mogła skontaktować się z Zordonem dopiero za trzy dni - był to więc kolejny dzień, kiedy zdawało jej się, że całe ciało boli ją z tęsknoty. Spędziła w Skylight zdecydowanie więcej czasu, niż zamierzała - nie, żeby to nie było normą… kiedyś. Nie pracowała jednak tak długo, od kiedy była na macierzyńskim. Co więcej, irytowała ją świadomość, że wbrew jej wysiłkom, ten czas nie był tak produktywny i owocny, jak zamierzała - nie udało jej się ustalić wiele więcej ponad to, do czego sama doszła i w czym upewnił ją Kormak. Żeby sprawdzić cokolwiek więcej, potwierdzić swoje przypuszczenia i ruszyć niczym sztorm na prokuraturę, musiała poczekać do następnego dnia. Wyjeżdżając z parkingu pod Skylight wczesnym wieczorem, jedyne co mogła zaliczyć do pozytywów był fakt, że ominęły ją popołudniowe korki.
Nie zdążyła jeszcze przekroczyć progu mieszkania, gdy już wiedziała, że daleko jeszcze do końca tego dnia. Głos Magdaleny próbującej uspokoić marudzącą Aleksandrę niósł się echem po całym korytarzu. Gdy tylko weszła do kuchni, jej oczom ukazał się istny armagedon, a pośrodku niego pochlipujące pod nosem Daria i jej córka.
- Ma! - pisnęła Aleksandra ze smoczkiem w buzi, wyciągając natychmiast ku Chyłce rączki. Twarz miała jeszcze całą w łzach. Magda wyłoniła się spod stołu zasypanego czymś, co wyglądało jak mieszanina mąki, mleka i czegoś bardzo lepkiego. Odłożyła na blat ścierkę którą zbierała owe substancje z podłogi, wyciągnęła Aleksandrę z jej krzesełka i podała ją Chyłce na ręce.
- Nie wiedziałam, że mam mąkę w domu - mruknęła Chyłka, gdy Aleksandra wtuliła się w nią z siłą magnesu. Przeszło jej przez myśl, że jutro już nie założy tego samego żakietu - Aleksandrze oprócz łez na policzkach ciekł jeszcze katar z nosa, a koszulka była przesiąknięta mlekiem.
- Nie wiedziałam, że mąka może sprawiać taką frajdę - odmruknęła Magdalena, wracając do miejsca zbrodni i tym razem zabrała się za wycieranie twarzy Darii. - Ucz się na moich błędach i nie zostawiaj dzieci na nanosekundę samych w kuchni.
- Zo? - spytała Aleksandra, odrywając się od Chyłki i zerkając w stronę korytarza.
- Nie ma go. Jeszcze nie dzisiaj - mruknęła, zabierając dziewczynkę do łazienki.
Wykąpała Aleksandrę, choć ta protestowała przy każdej czynności. Zdejmowanie brudnego ubranka, pluskanie się w wodzie i przebieranie w pasiastą piżamkę zajęło im tyle czasu, że Magdalena zdążyła uprzątnąć cały bałagan i pożegnać się razem z wyraźnie przemęczoną Darią. Chyłka obiecała jej, że zadzwoni do niej, gdy tylko Przylepa zaśnie.
Aleksandra nie chciała zejść z jej rąk; każda próba odstawienia jej choćby na chwilę kończyła się głośnym krzykiem i niemal natychmiastowym wylewem kolejnych łez. Chyłce udało się jedynie przelotnie przebrać w pierwsze lepsze dresy jakie chwyciła - które, jak zorientowała się po chwili, należały do Kordiana - i t-shirt z Eddiem, który został od razu zamoczony łzami dziewczynki. Z dzieckiem na ręku przygotowała jej kaszkę na kolację, sobie jakąś godną pożałowania kanapkę, i usiadły przy uprzątniętym stole. Po drugiej łyżce Aleksandra wypluła wszystko co miała w buzi i zaniosła się głośnym płaczem.
Chyłka drgnęła nerwowo, starając się przekształcić pełne wkurwienie w najgłośniejsze westchnięcie, na jakie było ją stać.
- Wiesz, że możesz po prostu pokręcić głową jak nie chcesz tego jeść? - spytała z lekkim poirytowaniem, sięgając do zlewu po ścierkę i zbierając ze swojej koszulki wyplutą kaszkę.
Spojrzała poważnie na córkę, i w tym momencie serce zabolało ją tak mocno, że jej oczy momentalnie się zaszkliły.
Aleksandra przeszywała ją tym spojrzeniem, z którego biła ogromna tęsknota, strach i niezrozumienie. Jej małe ciałko drżało od łapczywych oddechów, którymi starała się powstrzymać kolejne łzy.
Świat dziewczynki stał się dla niej nagle bardzo niezrozumiały - jeszcze nigdy Zordon nie zniknął z jej życia na tak długo, a Chyłka nie miała pojęcia, jak ma satysfakcjonująco wytłumaczyć rocznemu dziecku, gdzie znajduje się jej ojciec. Choroba Chyłki i jej niedyspozycja w trakcie mogły być dla Aleksandry pewną normą, bo tak było praktycznie od momentu, kiedy wyszły obie ze szpitala - jednak Zordon był przy niej zawsze, od dnia narodzin, na każde zawołanie. Chyłka nie czuła z tego powodu zazdrości - jedynie złość i żal, że nie zna dobrego sposobu na wyjaśnienie córce, że robi wszystko co w jej mocy, by sprowadzić go do domu w jednym kawałku. I to najszybciej jak się da. Przecież jej się uda, on musi wrócić do domu…
Nie raz i nie drugi - i, niestety, miała już świadomość, że nie po raz ostatni - zalała ją kolejna fala poczucia winy. Czy była złą matką, bo nie potrafiła uspokoić córki, zrozumieć od razu co czuje to maleństwo? Dlaczego zostawiła ją na cały dzień, skoro mała najwidoczniej nie była jeszcze na to gotowa? Czy naprawdę nie mogła wcześniej wpaść na trop z drugim kontem Zordona i szybciej wrócić do domu? Czy byli z Zordonem złymi rodzicami, skoro dziecko oddawali pod opiekę ciotki, gdy sami zajmowali się pracą? Dlaczego tak bardzo brakowało jej atmosfery Kancelarii, jeśli kochała swoje dziecko najmocniej na świecie?
- Przepraszam - mruknęła Chyłka, odkładając ścierkę na stół. Odsunęła swoją nagryzioną kanapkę i miskę z kaszką, sadzając Aleksandrę na wprost siebie i obejmując ją obiema rękami. - Przepraszam, że na ciebie warknęłam. - Nie miała pewności, ile z tego dziewczynka zrozumie. Miała wrażenie, że pomaga sobie tymi słowami jedynie stłumić własne czarne myśli. - Wiem, że Zordon o wiele lepiej serwuje papkę. Ale jest jeszcze w szpitalu. Zobaczymy go za jakiś czas. Robię wszystko, co mogę, żeby szybko do nas wrócił.
Dziewczynka wciąż pochlipywała, ale już spokojniej. Sięgając do jej policzków by ponownie je otrzeć, Chyłka poczuła, jak jej własne powoli pokrywają się łzami.
- Ja też za nim bardzo tęsknię - wyszeptała, starając się ignorować nieproszoną wilgoć.
Aleksandra zsunęła się powoli z blatu i wczepiła się mocno w jej szyję. Chyłka machinalnie objęła ją, przytulając do siebie równie mocno, mimo iż czuła, jak smarki dziewczynki przylepiają się do jej karku. Objęcia tych małych rączek, ciężar jej ciałka i zapach miały w sobie coś, co wywoływało w Chyłce irracjonalne poczucie, że wszystko jakoś się ułoży. Zawsze, nawet w najgorszych chwilach, takie uczucie wydawało jej się niemal abstrakcyjne - jak, w takich momentach, w takich okolicznościach, czyiś dotyk mógł wywoływać w niej takie zapewnienie? Tak samo działały na niej objęcia Kordiana. Nie myślała o tym nigdy wcześniej, ale nikt inny nie był w stanie wyprowadzać ją z równowagi, jak i przywoływać do porządku i stawiać na nogi jak ta dwójka. Jak swoimi spojrzeniami, objęciami pełnymi miłości i oddania zamieniali najgorsze chwile w te lepsze. Jak potrafili obrócić wniwecz wszystko to, co złe, samą obecnością.
Aleksandra odsunęła się na chwilę i znów spojrzała na nią uważnie. Jej niebieskie tęczówki śledziły przez chwilę twarz Chyłki, jakby przeprowadzała jakiś skomplikowany skan twarzy. Joanna przesunęła lewą dłoń z plecków dziewczynki i ostrożnie odgarnęła jej jasne kosmyki z twarzy. Dziewczynka jak na zawołanie przylgnęła do jej dłoni i opierając na jej piersi swoje małe rączki, pochyliła się i trąciła swoim małym noskiem nos matki.
Joanna natychmiast poczuła, jak ciepły prąd przeszywa całe jej ciało. Zordon nauczył tego triku Aleksandrę jakiś czas temu, ale dziewczynka nie powtarzała go do tej pory z nikim innym. Chyłka doskonale pamiętała, gdy zobaczyła ten gest po raz pierwszy - miesiąc, może półtorej miesiąca temu? Bo wtedy pierwszą jej myślą było to, że za jakiś czas Zordon nauczy tego samego ich drugie dziecko - i była ciekawa, czy maluszek to polubi, czy będzie protestował…
Za wcześnie, pomyślała od razu. Znów coś mocno ścisnęło jej gardło, znów mimo zamkniętych oczu umysł przywołał obraz nieznośnej bieli ginącej w chłodnej ziemi, znów poczuła, jakby coś zostało brutalnie wyrwane z jej ciała. A może właśnie tak było? Może tak należało to nazwać? W końcu, tak, brutalnie wyrwano z niej życie…
- Nie idź - mruknęła lekko sepleniąc Aleksandra, wtulając się w jej szyję ponownie. Jej cichy głosik przerwał gonitwę okropnych myśli, które zalały wyobraźnię Joanny najgorszymi wspomnieniami sprzed kilku dni.
- Nie idę, zostaję z tobą - szepnęła, całując jej miękkie włosy. - Zmyjemy tylko z siebie tą okropną papkę i pójdziemy do łóżka.
Tym razem obie znalazły się pod prysznicem. Aleksandra uspokoiła się na tyle, by przestało jej być obojętne co ma na sobie i kategorycznie wskazała matce czarno-białą piżamkę w Muminki. Joanna pozbierała przy okazji stertę prania z podłogi łazienki i wrzuciła wszystko do pralki. Nie mogąc znaleźć żadnej ze swoich ulubionych koszulek, wybrała jedną z tych należących do Kordiana. Przeniosły się na lóżko w sypialni, porzucając resztę niedokończonej kolacji. Aleksandra wtuliła się w jej bok, kładąc sobie głowę na ramieniu Joanny i wolną ręką wskazując na głośnik w rogu pokoju. Chyłka sięgnęła po pilota na stoliku obok i włączyła wieżę. Jakiś czas temu Zordon skopiował ich playlistę w wersji mp3 na pendrive i na stałe podłączył go do odtwarzacza, który wg niego trącił lekkim średniowieczem jak na elektroniczne standardy Chyłki. Dla niej ów sprzęt miał jednak na tyle sentymentalne względy, że nie zamierzała się go pozbyć dopóki działał.
Z głośników cicho rozbrzmiało Disarm. Aleksandra cicho mruknęła i wtuliła się w Joannę jeszcze mocniej. Wsłuchując się w ballady wybrane przez męża i powoli uspokajający się oddech córeczki, Chyłka całkowicie zapomniała o telefonie do siostry.
