27
Część pierwsza
„Egzekucja" jest moim ulubionym tomem, choć - tak jak pozostałe - zawiera w sobie pewną dozę nieprawdopodobieństwa graniczącego z realem. Mimo to - w końcu mówimy o fikcji - to, co Autorowi udało się w tym tomie pokazać, co przeżywaliśmy razem z Chyłką, gdy patrząc w oczy swojego ukochanego nie widziała nic, co mogłoby wskazywać na choćby przebłysk tego uczucia, którym darzył ją Kordian do tej pory… Chyłka, której dotychczasowe życie rozpada się kilkakrotnie w ciągu pierwszych rozdziałów. Ona, gdy leżą przysypani gruzem, opowiadająca mu historię ich związku i tego, jak heroiczną robotę wykonał Zordon, by przekonać ją, że warto spróbować. Ona, która wypowiada na głos te straszne słowa, które nam już od kilkudziesięciu stron kołatały się po głowie - co, jeśli on sobie nie przypomni? Zordon, mimo amnezji, nie wyobrażający sobie jak inaczej mogłoby się potoczyć jego życie. Nie będę się rozdrabniać - wszyscy wiemy, o co chodzi.
Ten tom jest totalną egzekucją nie tylko tytułową, ale też w wielu innych wymiarach - dotychczasowego życia głównych bohaterów, ich i naszych uczuć, ich rzeczywistości, ich i naszych marzeń. Boli jak cholera, a nie idzie się od niego oderwać.
Dlatego nie wyobrażam sobie, by te wątki miałby być jakkolwiek pominięte. Dlatego chciałam je jakoś wpleść w tą historię. Pomysł przyszedł przypadkiem, czy się wkomponował - pozostawiam do własnej oceny. Z nadzieją, że w razie czego wybaczycie i zrozumiecie.
Proszę również o wyrozumiałość w kwestiach prawno-śledczo-dochodzeniowych, z braku czasu nie mam takich możliwości by dokładnie sprawdzić opisywane przeze procedery. Wszystkie zostały wymyślone na potrzeby niniejszej historii i tylko przelotnie sprawdzone, więc mogą się pojawić pewne nieścisłości. Delikatny przywilej fikcji :) Wiem też, jak bardzo część z nas ma dość postaci Langera, powracającej do nas w co którymś tomie i zdającym się mieć rolę tego jedynego odpowiedzialnego za całe zło tego świata. Mnie też to wkurza. Ale w tej części absolutnie nie mam siły na wprowadzanie kolejnego czarnego charakteru i umiejscawianie go odpowiednio w tej historii, stąd pozostanie przy Langerze (poza tym, no właśnie… może to pora by wreszcie się z nim rozprawić w tym fanfiku :) )
(W kolejnych rozdziałach wykorzystano fragmenty lub nawiązywano do książki Remigiusza Mroza „Egzekucja")
Joanna starała się wyglądać na opanowaną, ale nerwy zaczynały się brać nad nią władzę. Wzięła do ręki telefon i zerknęła kontrolnie na wyświetlacz. Żadnego przegapionego połączenia, żadnej wiadomości. Opuściła dłoń i zaczęła delikatnie uderzać telefonem o udo, dając ujście kotłującym się w niej emocjom.
Kilka kroków w przód, zamaszysty obrót wokół własnej osi, i powrót w to samo miejsce z którego ruszyła przed chwilą.
Trasa, którą wydeptywała od kilku minut na sądowym korytarzu, czekając aż Zordon wróci z toalety, choć doskonale wiedzieli, że korzystanie z tej sądowej to nic innego jak serwowanie sobie niepotrzebnego rozstroju żołądka. To miała być druga i ostatnia rozprawa - Chyłka zamierzała wytoczyć najcięższe działa i jak najszybciej doprowadzić do całkowitego uniewinnienia Kordiana i wycofania wobec niego wszystkich zarzutów. Definitywny koniec jego problemów z prawem.
Wyznał jej całą prawdę - i choć gotowała się w środku ze złości i zdumienia gdy usłyszała tą historię, w duchu całkowicie rozumiała motywacje, którymi kierował się jej mąż przy podejmowaniu decyzji. Jej samej również byłoby ciężko odmówić.
Przeklnęła w duchu służby za to odpowiedzialne i rozejrzała się nerwowo po korytarzu. Przerwa dobiegała końca, wszyscy uczestnicy rozprawy zaczynali się schodzić i gromadzić przy drzwiach sali, ale Zordona nigdzie nie było widać. Chyłka zerknęła na zegarek, podkręciła głową i ruszyła w stronę wyjścia, do korytarza prowadzącego do toalet.
Bez wahania otworzyła drzwi oznaczone trójkątem. Uderzył ją lekki swąd silnego środka czyszczącego, ale to wszystko - w środku nie było nikogo. Pchnęła wszystkie drzwiczki - na próżno. Podniosła dłoń w której ściskała telefon i wykręciła numer Zordona. Kilka sekund oczekiwana na połączenie, po czym dobiegł ją jakby stłumiony dźwięk wibracji. Ruszyła do najbliższej kabiny i weszła do środka - zdawała się pusta. Wibracje były głośniejsze. Wetknęła rękę za muszlę sedesu i wymacała telefon Zordona, zawinięty w szary papier. Poczuła ciarki na plecach. Umysł zdawał się przestać rejestrować otaczający ją świat, ograniczając się tylko do najprostszych, pojedynczych bodźców.
Odwinęła telefon z papieru i jej oczom od razu ukazała się zbita szybka, a zza pajęczyny pęknięć zdjęcie, na którym trzymała maleńką Aleksandrę. Oraz baner z jej nieodebranym połączeniem.
- Chyłka! - okrzyk Olgierda Paderborna zaskoczył ją tak, że aż podskoczyła w miejscu. Gdy się odwróciła, ściskając w dłoniach oba telefony, prokurator wpadł już zdyszany do toalety.
- Porwali go - wysapał Olgierd, podchodząc do niej.
- Co? - mruknęła, patrząc na niego z niezrozumieniem.
- Porwali go - powtórzył Olgierd, wyrównując oddech. - Ochroniarze dopiero co widzieli, jak Kordian wychodzi z dwoma podejrzanymi typami. Pod wejściem czekało na nich auto.
To, o czym jej mówił, oczywiście mogło mieć miejsce. Takie rzeczy się zdarzały. Ale nie jej, nie Kordianowi, nie w takich okolicznościach…
- ...rusz się! Jedziemy na komisariat! - poczuła, jak Paderborn chwyta ją za rękę i wyciąga z męskiej toalety. Chciała mu dorównać kroku, ba - wiedziała, że byłaby w stanie go wyprzedzić, ale nogi miała jak z ołowiu, a po głowie kołatała jej się jedna, niezbyt realna myśl.
Oni go zabiją.
Dwa dni przed egzaminem Kordian odebrał telefon z nieznanego numeru. Przekonany, że to kolejna reklama fotowoltaiki, odrzucił pierwsze połączenie. Sekundę później, nieco poirytowany, przesunął zieloną słuchawkę zanim uświadomił sobie, że prościej byłoby odrzucić połączenie ponownie i zablokować numer. Podniósł jednak aparat do ucha i zanim zdążył się szybko pożegnać, męski głos przekazał mu, by zjechał z XXI piętra Skylight i udał się w stronę budki z kebabem pod Pałacem Kultury.
Czekał tam na niego niski mężczyzna, przeżuwając powoli wystygnięte już frytki. Kiwnął głową na powitanie, ale jak tylko Kordian zaczął się do niego zbliżać, ten odwrócił się do niego plecami i ruszył powoli przed siebie. Zaniepokojony Oryński wahał się przez chwilę. Już miał zamiar odwrócić się na pięcie i wrócić do Skylight, kiedy dostrzegł kątem oka dwóch innych mężczyzn, obserwujących go z obu stron. Niski z frytkami zatrzymał się i lekko odwrócił, jakby upewniając się, czy Oryński za nim podąża. Prawnik, widząc że dwóch kolejnych zaczęło się do nich zbliżać, ruszył niepewnie przed siebie, doganiając nieco tego od frytek. Utrzymując nieco dystans, wszyscy czterej znaleźli się po kilku minutach w holu hotelu Metropol. Kordian, próbując nie zwracać na siebie zbytniej uwagi, udał się za swoim przewodnikiem do windy, po czym wjechali na piąte piętro. Dwóch kompanów którzy odprowadzali ich spod Pałacu, już do nich nie dołączyło.
W apartamencie do którego się udali, czekał na nich starszy mężczyzna z twarzą przeoraną głębokimi zmarszczkami. Nie witając się wylewnie z nowoprzybyłymi, od razu wskazał od niechcenia Oryńskiemu miejsce przy stole , na którym leżała gruba szara koperta.
Przedstawił się jako nadkomisarz Cyblewski z CBA, głównodowodzący zespołem zajmującym się ściganiem przestępców podejrzanych o terroryzm finansowy. Przez dobre dwa kwadransy wyjaśnił Oryńskiemu, jak udało im się trafić na trop jednej z najprężniej działającej organizacji, wyprowadzającej niewyobrażalne środki z kraju do rajów podatkowych. Przez kolejne piętnaście minut zapoznał Oryńskiego ze wszystkimi dowodami, jakie udało się jego grupie zebrać przeciwko podejrzewanemu o kierowanie całym tym przestępczym procederem - czyli Piotrowi Langerowi juniorowi.
- Zdajemy sobie sprawę z pewnej niezdrowej sympatii, jaką Piotr Langer darzy Pana i Pana małżonkę - mruknął Cyblewski, chowając niespiesznie materiały z powrotem do koperty. - Na inne zarzucane mu przestępstwa nie mamy wpływu, poza tym jesteście Państwo nieszczęśliwie zbyt dobrzy w swoim fachu pod kątem jego przewinień na tle zabójstw. Ale pod względem finansowym mamy ogromne szanse, by wreszcie dopaść skurwysyna i posadzić go za kratkami. W trakcie ostatnich wakacji nieco się zagalopował i jeden z zagranicznych banków, choćby nie wiadomo jak bardzo pragnął tego uniknąć, po prostu musiał zgłosić preceder na policję, a ci z kolei do Interpolu.
- Skoro macie tyle dowodów, na co jeszcze czekacie? I po co ja w tym wszystkim? - zapytał Zordon, odsuwając się od stołu, wyraźnie próbując ukryć zniecierpliwienie. Już dawno powinien był wracać na Argentyńską.
Potrzebowali ostatniego dowodu - czynnej aktywności Langera, przyłapania go w konkretnym momencie, z konkretną kwotą, przelaną z określonego miejsca. Na konto założone na nazwisko Kordiana. Proceder miał trwać maksymalnie trzy, cztery dni. Namierzony przelew dałby służbom potrzebny im dowód na aresztowanie Langera, a zebrane dowody miały przesądzić o jego pobycie za kratkami. W związku z prowadzoną przez niego przestępczą działalnością poza granicami kraju, do procesu w Polsce miałyby zostać dodane zarzuty z innych państw. Jedyne czego potrzebowali, to zaufanego człowieka, który nie zwinie się z brudnymi milionami ze stolicy.
- Wiemy, że w określony sposób Langer dalej pozostaje klientem twojej Kancelarii, ale jeśli zabralibyśmy do tego kogokolwiek innego, to Żelazny będzie w kolejce do odstrzału, za uczestnictwo w terroryzmie. Dlatego, jak sam widzisz, wyciągamy wam rękę na pomoc… a ty masz okazję uratować swoje przyszłe miejsce pracy, i karierę każdego prawnika który obecnie znajduje się na tym waszym XXI piętrze. Proponujemy ci współpracę. Twoje uczestnictwo nie będzie jawne, o to możesz być spokojny. W postępowaniu przed Sądem zdołamy udowodnić, że sami, zgodnie ze wszelkimi przepisami etyki adwokackiej, musieliście zgłosić tą sprawę, by nie popaść z konflikt z prawem. Wasza Kancelaria będzie czysta, o twoim udziale nikt się nie dowie, Langer trafi za kratki i sprawa się skończy.
Oryński pokręcił głową, próbując odsunąć myśli o konieczności zażycia popołudniowej dawki benzodiazepinów. Chaos w jego głowie potęgował uczucie przytłoczenia. Czy naprawdę musieli akurat jego wybrać do tego zadania? Langer w więzieniu. - to brzmiało wręcz nierealnie. Czy to naprawdę było możliwe? Czy rzeczywiście, użyczając jedynie swojego imienia i nazwiska do założenia konta bankowego, mógł się przyczynić do osadzenia tego zwyrodnialca za kratki na kilkadziesiąt lat?
Przypomniał sobie sceny z opuszczonej ruiny w Niemczech, otumanioną lekami Chyłkę, strach o jej życie i zdrowie. Tak, jak mu mówiła - odpuściła, nie szukała Gnidy z Mokotowa. On również. Żyli, wychowywali Aleksandrę, zajmowali się sobą i swoimi problemami. Nie wspominali o Piotrze od tamtego czasu. Mimo tego, widmo jego powrotu w najmniej oczekiwanym momencie było realne, a jego pojawienie się byłoby dobitnym potwierdzeniem na koniec tak ciężko budowanego spokoju w ich życiu.
Jeśli coś pójdzie nie tak, sprawa wyjdzie na jaw, a on zostanie oskarżony za współudział w praniu brudnych pieniędzy. Ale scenariusz nie przewidywał takiej opcji. To, czego mieli dokonać, było zbyt proste, by coś mogło pójść nie tak. A wizja przyszłości, w której nie będzie szansy na spotkanie Langera przechadzającego się po ulicach Warszawy czy jakiegokolwiek innego miasta w poszukiwaniu następnej ofiary jego chorych wynaturzeń…
Kordian wstał, przetarł dłonią oczy i podszedł do okna, spoglądając na panoramę skrzyżowania Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Ruch gęstniał, i kierowcy i przechodnie zdawali się być jakby nieco bardziej nerwowi o tej porze dnia. Ilu z tych ludzi miało szansę trafić w spokoju do domów za zasłużony odpoczynek? Kogo z nich Langer mógł upatrzyć sobie na swoją kolejną ofiarę? Czy może czaił się od dawna gdzieś w okolicy Argentyńskiej, zamierzając pozbawić Chyłkę i jego samego spokoju za jakiś czas, wplątując ich w kolejne swoje machlojki?
Wiedział, że Chyłka byłaby nieziemsko wkurwiona, gdyby jego udział w tym procesie wyszedł na jaw. Ale sami go zapewniają, że nie będzie to w ich interesie. Są w stanie tak wyciszyć sprawę, że nikt się o tym nie dowie.
Zgodził się bardziej dlatego, że czuł się potwornie zmęczony i chciał jak najszybciej wrócić do domu. Od razu więc przystąpili do działania, tak, że po kilkudziesięciu minutach wyszedł z hotelowego pokoju ze świadomością, że naprawdę przyczyni się do osadzenia niebezpiecznego mordercy w więzieniu nie za morderstwa, które popełnił.
