28
Część druga
Starając się zignorować ból połamanego żebra, kilku innych miejsc na ciele które opasłe osiłki wpychający go do furgonetki potraktowali mocnymi kopnięciami, poddając się już częściowo nadchodzącemu atakowi paniki, próbował walczyć.
Nie wiedział, co będzie lepszym wyjściem z sytuacji - bijatyka z typami którzy wyprowadzili go z budynku Sądu mie wydawała się dobrym pomysłem. Szarpał się, ale jego ciało reagowało jednocześnie instynktownie - kulił się w sobie, chcąc uniknąć uderzeń - i ospale - bo miał wrażenie, że wszystko działo się zbyt wolno, ciężko, mozolnie.
Umysł wybrał więc drugą formę ucieczki, tą najbardziej sprawdzoną - mimo że nie był pod wpływem Gandalfa czy benzodiazepin, a jedynie na minimalnej dopuszczalnej dawce leków uspokajających dostępnych bez recepty - odpłynął myślami w zupełnie inne miejsce. Bezpieczne.
Pierwsze święta na Argentyńskiej… egzamin, do którego żadne z nich nie było przygotowane.
Wigilia przypadała w środku tygodnia, więc ranek wyglądał tak samo, jak każdy inny z okresu, gdy Chyłka poddała się chemioterapii. Gdy żegnali się przelotnie w kuchni, dopiero zerknięcie na wiszący przy lodówce kalendarz uświadomiło mu, że czeka ich coś, czego do tej pory nie przerabiali. Chyłka zarzekała się, że spędzą te dni jak każde inne wolne od pracy - co prawda dopiero w drugie święto byli zaproszeni na przyjęcie urodzinowe Darii, którego Chyłka jako matka chrzestna jubilatki nigdy nie opuszczała - ale Kordian czuł, że wszystko może się zmienić w ciągu kilku godzin jego nieobecności.
Gdy wrócił z Kancelarii, w drzwiach czekała już na niego Chyłka - odbierając od niego jego teczkę, wręczając mu zapakowaną w czarny zimowy kombinezonek Aleksandrę i wymuszając na nim przyrzeczenie, że wróci za minimum dwie godziny z choinką i z czymś do jedzenia, co będzie przypominało w konsystencji mięso, ale mięsem nie będzie.
Nie komentując tego w żaden sposób uznał, że najbezpieczniej będzie wycofać się z dzieckiem z budynku, na wypadek gdyby krzta jego wątpliwości miała być punktem zapalnym zwiastującym apokalipsę ze strony jego narzeczonej.
Zdając sobie sprawę z niefortunnej pory dnia jaka miała miejsce, udał się do najbliższej restauracji w nadziei, że uda mu się wyżebrać jakieś nieodebrane przez innych klientów zamówienia. Poszczęściło mu się dopiero w trzeciej z ich ulubionych miejscówek, gdzie kelnerzy znali go na tyle dobrze, że dołożyli mu kilka porcji dań, o których mu się nawet nie marzyło. Następnie ruszył z pomrukującą w wózku Aleksandrą w stronę rynku, gdzie - jeśli dobrze pamiętał z ostatniego spaceru - przy straganach z owocami, z racji pory roku, można było dostać drzewko świąteczne.
Zdążył w momencie, gdy wszyscy zwijali już swoje stragany; wymarudził u pierwszego z dziadków najładniejsze z najgorszych drzewek jakie mu zostało, modląc się w duchu, by Aleksandra nie zaczęła domagać się wzięcia jej na ręce w drodze powrotnej, gdy będzie targał na plecach rachityczną choinkę. U jeszcze starszej, mocno wychudzonej kobiety tuż obok dziadka z choinkami dostrzegł resztki ozdób świątecznych - nie wiedzieć czemu, czarne bombki, choć szklane i przecenione, kobiecie nie udało się sprzedać. Oryński bez zawahania wziął od niej owe ostatnie komplety ozdób. Już kierował się z wózkiem wypełnionym jedzeniem, bombkami, i z sypiącą się choinką zarzuconą na plecy z powrotem ku Argentyńskiej, gdy kątem oka dostrzegł na jednym z pakowanych do auta stoisk coś, co natychmiast kazało mu zatrzymać się i przepłacić mężczyźnie za ową rzecz, ile tylko ten sobie zażyczy.
Gdy wrócili z Aleksandrą po określonym czasie, mieszkanie przepełniał duszący zapach przypalonych buraków. Chyłka na samym progu kuchni oznajmiła mu, że ma w żaden sposób nie komentować tego co widzi i czuje i iść się przebrać, a ona zajmie się resztą. Przekazując jej niecierpliwiącą się Aleksandrę, zauważył, że miała już na sobie jego spodnie dresowe i swój świąteczny t-shirt z Eddiem.
Pod jego nieobecność Chyłka przygotowała w salonie coś na kształt… świątecznej atmosfery. Na stole przeniesionym chwilowo z kuchni rozpakowała wszystko to, co udało mu się zdobyć w restauracji. Pośrodku ustawiła nieduży garnek, z którego unosiła się para i owa przypalona buraczana woń.Przy telewizorze ustawiła jeszcze owiniętą siatką choinkę, opierając ją o ścianę. Przebrała też Aleksandrę w jeden z jej ulubionych, czarno- biały pajacyk z czerwonym brokatowym hasłem na przodzie „All I want for Christmas is rock".
Gdy Kordian wyszedł z łazienki, wszedł do salonu niespiesznym krokiem, obawiając się dalszego przebiegu tego wieczoru.
Chyłka musiała mieć pewnie te same obawy, gdy odszukali się wreszcie wzrokiem.
- Następnym razem kupimy sztuczną choinkę, żeby nie marnować życia bogu ducha winnych drzewek - mruknęła, podchodząc do niego. - A potem to już będziemy ubierać tą, którą posadzimy w ogródku koło naszego domu.
- Brzmi jak plan, z którym na pewno sobie poradzimy - mruknął, pocierając nerwowo czoło. Chyłka prychnęła, kręcąc głową.
Podeszła jeszcze bliżej i wyciągnęła ku niemu wolną rękę. Dopiero po chwili zorientował się, że wręcza mu opłatek.
Zrobił ku niej krok i złapał ostrożnie za jeden koniec. Drugą ręką odgarnął te kilka krótkich kosmyków z jej twarzy, które ostatnio żyły swoim życiem. Chyłka odruchowo przylgnęła do jego dłoni, poprawiając Aleksandrę na biodrze. Nie odrywała wzroku od jego oczu.
Nie musieli wypowiadać tego, czego sobie wzajemnie życzyli.
Kordian przełamał opłatek, wziął kawałek do ust a potem pocałował Chyłkę tak, jak o tym marzył cały dzień.
Przerwali nie z powodu konieczności zaczerpnięcia oddechu, jak to do tej pory zwykle miało miejsce, ale przez zniecierpliwioną Aleksandrę, która musiała przypomnieć im o swoim istnieniu. Oboje oddali dziewczynce swoje kawałki opłatka i obserwowali przez chwilę, jak ta obślinia każdy z nich, a potem rozgniata je na miazgę swoją malutką piąstką.
W garnku pośrodku stołu znajdował się barszcz. Barszczem był tylko z nazwy. Kordian przełknął zaledwie jedną łyżkę cieczy, zastanawiając się, jak wybrnąć z konieczności spożycia dania przygotowanego samodzielnie przez Chyłkę w całości. Jej uniesiona wysoko brew mówiła wszystko, co myślała o niedokończeniu zupy. Uratowała go Aleksandra, która walnęła w swoją porcję łyżką z pełnym impetem i głośnym komunikatem „Fu!", rozlewając zawartość swojej miseczki po stole. Kordian natychmiast zerwał się, by ratować pozostałe dania ze stołu.
- Wrócimy jeszcze do tej kwestii - mruknęła Chyłka, wynosząc miski i garnek z barszczem z powrotem do kuchni.
Po kolacji przenieśli się bliżej choinki, którą Kordian z największą ostrożnością starał się uwolnić ze siatki. Na próżno - igły sypały się z drzewka przy najdelikatniejszym ruchu, ku grozie Chyłki i ogólnemu rozbawieniu Aleksandry. Z braku stojaka, przyjęto wymuszoną pozycję półpodtrzymującą drzewko przez ścianę i jeden ze stoliczków zapchany książkami. Oczy Aleksandry rozbłysły, gdy Kordian wyciągnął z opakowania bombki i powoli zawieszał je na usychających gałązkach. Gdy tuzin bombek względnie bezpiecznie zawisło na drzewku, Chyłka wyciągnęła z komody pod telewizorem jedno z pudełek. Podała mu z nieco zawstydzonym wyrazem twarzy, jakby nie do końca przekonana, czy to właściwe działanie.
- Co to? - zapytał Zordon, kładąc rękę na wieczku.
- Ozdoby, które Magdalena zabrała ze sobą gdy wyjeżdżała z Polski - mruknęła Chyłka, próbując opanować drżenie głosu. - Robiłyśmy je razem, jak jeszcze… wszystko było lepiej.
Kordian dalej czekał.
- Jeśli nie chcesz ich oglądać…
- Nie o to chodzi - przerwała mu niemal natychmiast. - Nigdy nie przypuszczałam, że będę chciała cokolwiek przekazać swojemu dziecku. Miałam go nie mieć. A teraz mam, i… - westchnęła, odwracając wzrok na czarne bombki ozdobione drobnym złotym szlaczkiem. - Nie pamiętam świąt, Zordon. Nie mogę sobie przypomnieć tych dobrych. Zawsze starałam się po prostu przetrwać ten czas, nie obchodziłam go jakoś szczególnie. Ale ona zasługuje na prawdziwe święta. Na to, co najlepsze. Zresztą, ty też.
Kordian uśmiechnął się.
- To, że nasza Wigilia nie przypomina tych z reklam, to największe szczęście. To, że jest inna, nie znaczy, że jest gorsza. Najważniejsze, że jest nasza.
Uniósł wieczko i dalej uśmiechając się od ucha do ucha, zaczął wyciągać z pudełka nadgryzione przez czas ręcznie robione ozdoby. Rączki Aleksandry natychmiast wystrzeliły ku nowym przedmiotom. Kordian unosił każdą z rzeczy wysoko, by dziewczynka mogła ją dokładnie obejrzeć, a potem udając że przyjmuje od niej pomoc - wieszał każdą z nich na niemal już ogołoconych z igieł gałązek.
Chyłka wręczyła mu miękkie zawiniątko, które okazało się męską kurtką do biegania w kolorze Rydwanu Ognia; on z kolei dał jej, znalezioną przypadkiem na straganie kilka godzin temu kasetę VHS z koncertem Ironsów z tak rzadkiego wydania, że Chyłka do tej pory dysponowała jedynie skopiowaną domowym sposobem taśmą owego nagrania. Na Aleksandrę czekał jej pierwszy drewniany konik na biegunach.
Późnym wieczorem, gdy przysnęli na kanapie oglądając lekko zacinające się nagranie na magnetowidzie, Kordian poczuł, jak Chyłka wysuwa się z jego ramion i zaczyna chodzić po salonie, próbując ukołysać Aleksandrę z powrotem do snu. Był pewien, że nuci coś, co dobrze zna. Dopiero po chwili rozpoznał jedną z kolęd. Gdy otworzył lekko oczy i wzrok mu się wyostrzył, dostrzegł Chyłkę z Aleksandrą na ręku, przyglądające się ubranej przez niego choince.
Przypominał sobie ten dzień i ten widok za każdym razem, gdy zarzucano mu na głowę czarny worek i prowadzono w kolejne miejsca, do kolejnych aut. Przeżyli już wiele z Chyłką, mieli o wiele więcej szczęśliwych momentów w swoim życiu niż te pierwsze święta - prawda była jednak taka, że każdy z ich momentów czymś się od siebie różnił. Był zaś w świętach pewien rodzaj schematycznej powtarzalności, której chciał doświadczać, być jego częścią w kolejnych latach. I nie mógł dopuścić do siebie myśli, że tych kolejnych lat mogłoby już nie być.
