29

Część trzecia

Joanna Chyłka szła szybkim krokiem przed siebie, mrucząc pod nosem przekleństwa. Pchnęła ciężkie, drewniane drzwi i niczym tajfun rzuciła się przed siebie, rejestrując jedynie zmianę odgłosu stukotu jej własnych szpilek gdy schodziła z drewnianego parkietu na betonowy chodnik. Po raz kolejny tego dnia zakręciło jej się w głowie, żołądek zdawał się skręcać w proteście przeciw jakiemukolwiek ruchowi - ale nie zwolniła ani na sekundę. Przechodnie usuwali się jej z drogi, a ona nie zwracała na nich kompetnie uwagi. Gdy dotarła wreszcie na drugą stronę ulicy gdzie czekała na nią zaparkowana w niedozwolonym miejscu ukochana iks piątka, szarpnęła drzwiczki auta zapominając kompletnie o szacunku jakim darzyła pojazd. Usiadła za kierownicą, trzasnęła drzwiami, a potem kilkakrotnie uderzyła ręką po kierownicy.

- Kurwa pierdolona mać! - ryknęła na koniec. Położyła ręce na kierownicy i oparła na nich głowę, ciężko oddychając i próbując powstrzymać mdłości.

Minęły trzy tygodnie od zaginięcia Kordiana - trzy tygodnie, 21 dni podczas których stawała na głowie by go odnaleźć. Udała się do każdej znanej jej instytucji, która mogła jej pomóc, próbowała się ułożyć ze swoimi największymi wrogami, szukała pomocy wszędzie, współpracowała z policją, stawiała się na każde wezwanie organów ścigania i niespotykaną dotąd cierpliwością składała wyjaśnienia, odpowiadała na pytania… rozmawiała ze starymi znajomymi z prasy i telewizji, udzieliła kilka wywiadów, odmroziła swoje kontakty w środowiskach, w których nie pojawiała się od lat - wszystko to było na nic. Choćby nie wiadomo co zrobiła, dla całego świata brakowało dowodów na to, by Oryński naprawdę został porwany przez nieokreślonych sprawców i przetrzymywany wbrew swojej woli. Nie było dowodów, nie było podejrzanych, nie było świadków - prócz Chyłki i Olgierda Paderborna, którzy jako jedyni wierzyli w to, w co tak trudno było im udowodnić. Na nagraniu z kamer w Sądzie co prawda Zordon opuszczał budynek w towarzystwie podejrzanych osiłków, ale kamera nie zarejestrowała nic, co wzbudziłoby podejrzenia śledczych. Z perspektywy naocznego świadka na krokim video utrwalił się moment, jak w nerwowy ale nie wzbudzający podejrzeń o wymuszenie sposób, Kordian opuszcza budynek. Samochód, do którego miał wsiąść, nie został do tej pory namierzony. Ochroniarze widzieli go razem z dwójką rosłych mężczyzn, ale nie byli w stanie zeznać jednoznacznie, czy Oryński był przez nich porwany - czy eskortowany w momencie ucieczki z rozprawy. Jeśli Chyłka do tej pory miała kiedyś wątpliwości, jak nikły potrafi być materiał dowodowy jakim jest nagranie z kamer ochrony, to obecna sytuacja utwierdziła ją w tym przekonaniu.

Mimo ogromnej pomocy i wsparcia jakich otrzymała od Paderborna, który jako jedyny jej wierzył i pomagał jej przez ten cały czas - śledczy prowadzący sprawę zaginięcia Zordona właśnie poinformowali ją, że postępowanie zostanie wkrótce umorzone, z braku dowodów. Ich zdaniem, Oryński po prostu miał dość ostatnich wydarzeń i postanowił zaszyć się pod ziemią.

Chyła miała ochotę splunąć w twarz każdemu, kto sugerował w jej obecności, że Zordon mógłby tak po prostu odejść od niej, porzucić ją i Aleksandrę w taki sposób.

Brak jakiegokolwiek kontaktu od rzekomych porywaczy czy to w sprawie okupu czy dalszego szantażu, nie przekroczył granicy, nie widziano go nigdzie, nikt go nie rozpoznawał…

Chyłka podniosła głowę i utkwiła wzrok przed siebie, próbując wyrównać oddech.

Jedyne, co udało jej się osiągnąć, to oczyszczenie Kordiana ze wszystkich zarzutów - śledczy z CBA, nadkomisarz Cyblewski o którym dotąd nigdy nie słyszała, zjawili się jeszcze tego samego dnia w którym Kordian zniknął i złożyli obszerne wyjaśnienia przed Sądem. Nikt z biorących udział w tej rozprawie nie przeżył do tej pory takiego obrotu w sprawie; sędzia, równie nieprzychylny co zaskoczony, zgodził się na przedłużenie dobiegającej końca przerwy i wysłuchał zeznań członków specjalnej grupy dochodzeniowej. Wg nich, Oryński na ich prośbę wziął udział w procederze, który miał umożliwić policji i prokuraturze zebranie odpowiedniej ilości dowodów na przestępczą działalność Piotra Langera, oczyszczenie z podejrzeń o współudział w praniu brudnych pieniędzy Kancelarii Żelazny oraz wystawienie listu gończego za Langerem juniorem. Po kilkunastu minutach zdezorientowana Chyłka oraz oskarżyciel zostali poproszeni na salę, by usłyszeć, że Oryński został całkowicie oczyszczony z zarzutów, a Sąd zamierza w ciagu kilku dni podjąć decyzję o zadośćuczynieniu wobec niesłusznie oskarżonego i wypłacić odszkodowanie bez zbędnej zwłoki. W świetle wyjaśnień złożonych przez komisarzy z CBA, nie było już wątpliwości co do faktu, że ktoś musiał dowiedzieć się o współpracy Kordiana z organami i postanowiono go wrobić - a raczej, fakt ten był oczywisty dla Chyłki, tak jak ten, iż za tym wszystkich co go spotkało, musiał stać nie kto inny jak sam Langer. Niestety - widziała to tylko ona. Ona i Olgierd. Nikt więcej nie chciał dać im wiary w to, że Oryński wyszedł z budynku Sądu wbrew swojej woli.

Minęły trzy tygodnie. 21 dni bez Zordona. Bez jego uśmiechu, bez jego oddechu łaskoczącego jej skórę, bez jego dotyku, bez słowa pożegnania, bez zapewnienia kiedy znów się zobaczą. Zniknął nagle, znienacka, zostawiając po sobie otchłań nie do przeskoczenia.

Zerknęła w tylne lusterko, zastanawiając się, gdzie jeszcze mogłaby spróbować szukać pomocy. Jej wzrok machinalnie padł na zainstalowany na tylnym siedzeniu dziecięcy fotelik, w którym podróżowała Aleksandra.

Natychmiast dopadła ją fala wyrzutów sumienia względem córki. Od trzech tygodni dziecko spędzało niemal całe dnie z Magdaleną, podczas gdy ona próbowała odnaleźć jej ojca. Przez pierwsze dni wszędzie wędrowała z dziewczynką która wciąż musiała mieć w pamięci ich niedawną rozłąkę i reagowała wrzaskiem, gdy Chyłka zaczynała się z nią żegnać. Szybko jednak złapała katar i gorączkę, które ostatecznie unieruchomiły ją w domu jej siostry. Chyłka miała wrażenie, jakby ktoś wbijał jej nóż w serce za każdym razem, gdy patrzyła na zapłakane oczy córki. Dziewczynka powoli coraz rzadziej zadawała już pytanie „Gdzie Zodo".

Jak długo dziecko może coś pamiętać? Jak wiele czasu potrzeba, by zdołało zapomnieć kogokolwiek ze swojego życia? Kogoś, kto był w tym życiu codziennie? Jak to się na niej odbije w przyszłości?

Chciała być z nią teraz bardziej, niż kiedykolwiek. Zapewniać ją, że Zordon wróci, że będą razem, że znów będzie się z nią bawić, znów będą razem chodzić na spacery. Jednocześnie wiedziała, że nie dojdzie do tego, jeśli zostanie przy dziecku i sama nie pójdzie walczyć o to, by ktokolwiek zaczął szukać Oryńskiego.

Wyczerpała wszystkie możliwości, sprawdziła każdy trop.

Nikt nie chciał jej pomóc.

Złapała w lusterku swoje własne spojrzenie i z niedowierzaniem utkwiła wzrok w swoim odbiciu w lustrze.

Nie była tą samą Chyłką, którą zapamiętała - policzki jej się zapadły, włosy wyglądały wyjątkowo smętnie, a szklisty wzrok miała rozbiegany i nerwowy, jakby nerwowo wyczekiwała na nieustanne zagrożenie.

Nie sypiała - nie była w stanie zmrużyć oka na dłużej, niż dwie-trzy godziny. Jej umysł pracował na najwyższych obrotach, wciąż podsuwając jej nowe pomysły, ścieżki, poszlaki do sprawdzenia, ludzi do których można było zadzwonić. Nie była w stanie zjeść porządnego posiłku, bo zaraz dopadały ją mdłości. Wlewała w siebie litry kawy, a gdy jej układ pokarmowy protestował - zamieniała smołę na wodę. Każdego dnia zakończonego kolejną porażką, całą siłą woli powstrzymywała się od sięgnięcia po tequilę. Świadomość, że opieka nad Aleksandrą spoczywa wyłącznie na jej barkach była ostatnim, co trzymało ją w trzeźwości. Każdego wieczoru, gdy odkładała dziecko do łóżeczka zastanawiała się, ile jeszcze niepowodzeń będzie w stanie przyjąć na trzeźwo. Każdego ranka powtarzała sobie, że to niemożliwe, by jej mąż rozpłynął się w powietrzu i że na pewno ktoś trafi na jakiś ślad, trop, cokolwiek, co każe wreszcie policji ruszyć leniwe tyłki i zacząć go szukać.

Odpaliła nagle silnik, wbiła z impetem wsteczny i ruszyła do tyłu, włączając się do ruchu. Postanowiła, że im szybciej odbierze Aleksandrę od Magdaleny, tym krócej będzie się zadręczać wewnętrznym utyskiwaniem na nieporadność policji i może przyjdzie jej jeszcze do głowy nowa myśl, co jeszcze mogłaby zrobić. Gdzie jeszcze nie spróbowała.

Ten wieczór był zdecydowanie jednym z gorszych. Dla Aleksandry wszystko było na „nie" i Chyłka nie mogła sobie dać rady z charakterem dziewczynki. Katar i gorączka ustąpiły, ale w ich miejsce pojawił się kaszel i przy każdej próbie wykrzyczenia swoich racji dziewczynka zaczynała już nie skrzeczeć, ale niemal szczekać zbolałym gardłem. Chyłka szybko poddała się w kwestii pracy i próbując uspokoić i utulić dziecko, wyciszyła i odłożyła telefon, chwilę później zapominając o nim.

Aleksandra zasnęła po kilku godzinach. Chyłka odłożyła ją do łóżeczka i przykryła czarną kołderką w białe czaszki. Pogłaskała ją ostrożnie po jasnych włoskach, przypominając sobie gest, który zawsze wykonywał Kordian. Pokręciła głową, by odegnać od siebie te myśli. Wystarczająco dużo wspomnień dopadało ją co wieczór, gdy snuła się po mieszkaniu próbując dodzwonić się do kolejnych detektywów czy dziennikarzy.

Czując, że ignorowany dotąd ból głowy znów powraca, cofnęła się na palcach w głąb pokoju i usiadła w fotelu, w którym jeszcze niecały rok temu karmiła Aleksandrę.

Całe mieszkanie na Argentyńskiej przypominało jej Zordona - choć spędził tu zdecydowanie mniej czasu, niż ona sama. Nie mogła pojąć, jak szybko przywykła do jego obecności w swoim życiu, jak - mimo tylu przeciwności, przekomarzań, wzajemnych przyzwyczajeń - udało im się stworzyć tak zwykłą, ciepłą, wspólną codzienność i czerpać z niej siłę na każdy kolejny dzień. Jak to mieszkanie, dotąd tak wygodne ale tylko jej własne, stało się centrum świata dla dwójki dodatkowych ludzi w jej życiu. Z pamięci była w stanie wymienić, o który kant w korytarzu Zordon zahaczał powłócząc nogami, gdy wracał zbyt zmęczony z pracy, na którym palniku w kuchni wolał podgrzewać obiady, gdzie wciskał swoje płyty CD, co doprowadzało ją do szewskiej pasji.

Nie była w stanie wyobrazić sobie, że to miałby być koniec ich wspólnego życia w tym miejscu. Nie, nie tak to sobie wyobrażała - z Argentyńskiej mieli się wynieść wszyscy razem, do większego domu gdzieś niedaleko, może nawet dwie przecznice dalej. Nigdy każde z osobna, w innych okolicznościach.

Wzięła głęboki oddech i przymknęła powieki.

Na wszystkie świętości i pogańskie bóstwa, gdzie do kurwy nędzy on był?

Wsłuchując się w dźwięk syreny karetki pogotowia za oknem, zaczęła wyliczać wszystkie miejsca kojarzące jej się z Langerem.

Nie zarejestrowała momentu, w którym jej głowa opadła na bok a sen natychmiast zmorzył jej przemęczone ciało.

Poderwała się nagle, rozglądając się niepewnie po pokoju i próbując myślami umiejscowić się w rzeczywistości. Roztargnienie było wyjątkowo głębokie, gdy nerwowo rozglądała się po pomieszczeniu. Dopiero po dobrych kilkunastu sekundach oprzytomniała na tyle, by uzmysłowić sobie gdzie się znajduje. Podniosła się z fotela, niepewna tego, co mogło ją wyrwać z tak głębokiego snu. Z cieni rzucanych przez uliczne latarnie wywnioskowała, że musiało być już dość późno, na pewno po północy. Jej ciało zaprotestowało bólem rozchodzącym się od lędźwi po całym ciele, gdy zrobiła krok w kierunku łóżeczka Aleksandry. Zerknęła przelotnie w dół - dziecko oddychało chrapliwie, ale miarowo. Chyłka niemal podskoczyła, gdy nagle niczym grom z jasnego nieba rozległ się po całym mieszkaniu dźwięk dzwonka do drzwi.

Pierwsze, co przyszło jej do głowy, to, że jeszcze jeden taki sygnał a Aleksandra na pewno się obudzi, bo gdy chorowała, wszystko było w stanie ją obudzić.

Druga myśl sprawiła, że natychmiast rzuciła się do korytarza i dopadła drzwi wejściowe.

Wrócił? Znalazł się! Spierze mu mózg na kwaśne jabłko ale jeśli to on, jeśli będzie stał na progu to najpierw podziękuje niebiosom za to, że wrócił, że jest cały, bo przecież nikt inny nie mógłby się tu zjawić o tej porze…

Świadomość absurdalności tej drugiej myśli omal nie sparaliżowała jej dłoni, gdy sięgała do zamka w drzwiach.

Na progu nie ujrzała Zordona, choć w tym momencie byłaby gotowa zrzec się całej swojej kariery i majątku, byleby to był on.

Komisarz Szczerbiński opierał przedramieniem o framugę, drugą dłonią przecierając podkrążone oczy.

- Popierdoliło cię, Szczerbix? Dziecko dopiero co zasnęło. - warknęła, nie kryjąc rozczarowania.

- Próbowałem się do ciebie dodzwonić, ale nie odbierałaś telefonu. - mruknął, prostując się lekko i robiąc krok w przód.

Widać miałam powody - powiedziała, próbując sobie jednocześnie przypomnieć, gdzie mogła odłożyć telefon, i dlaczego pozwoliła sobie na odpoczynek po uśpieniu Aleksandry, gdy było jeszcze tyle roboty do wykonania. Dlaczego usnęła? Dlaczego nie poszła do kuchni i nie zaczęła szukać nowych śladów?

- Możemy porozmawiać?

- Rozmawiamy.

- Wpuścisz mnie do środka?

Joanna miała wrażenie, że jej ciało podświadomie wyczuło coś, czego myśli jeszcze nie zdołały przetworzyć.

Coś było na rzeczy. Szczerbiński nie mógł pojawić się ot tak, po takim czasie…

Cofnęła się i przepuściła go w drzwiach. Komisarz wszedł ostrożnie, starając się nie potknąć o rozrzucone po korytarzu buty domowników i wózek.

Nierealność tego, co się działo, zaczynała docierać do Chyłki. Szczerbiński musiał coś wiedzieć, musiał mieć jakieś wiadomości, skoro zjawiał się o tej porze. Próbowała się z nim skontaktować kilkanaście razy od momentu zniknięcia Zordona, ale jedyną wiadomość jaką otrzymała od jego przełożonych była taka, że komisarz przebywa na zaległym urlopie i jest nieuchwytny. Może wrócił już do pracy i dotarły do niego ostatnie wiadomości? Może porozmawiał z kolegami z komendy i znalazł sposób, by nie umarzać śledztwa? Przeniesie je na inny tor, poprowadzi sprawę i wreszcie ktoś jej uwierzy i zacznie szukać Oryńskiego?

Nie czekając na dalsze zaproszenie, komisarz skierował się w stronę kuchni, rozglądając się ukradkiem po mieszkaniu.

- Trochę się zmieniło… - zaczął, gdy wreszcie dotarł do pomieszczenia.

- Do rzeczy - warknęła Chyłka, kładąc ręce na biodra. - Po co przyjechałeś?

- Mam wiadomości. O Zordonie.

Nie myliła się, nie mogła się mylić… wreszcie ktoś zaczął go szukać.

- Potrzeba było tylu tygodni, żeby ktoś się zainteresował tematem? Ochujeliście do końca na tych swoich posterunkach? - postanowiła dać upust swoim emocjom. - Jestem na komendzie codziennie, od trzech tygodni, podaję wam na tacy wszystko…

- Chyłka… - Szczerbiński podniósł rękę i poczekał, aż ta skończy. - Zatrzymaliśmy człowieka, który był podejrzany o współpracę z Langerem.

Joanna zamilkła i utkwiła wzrok w komisarzu, biorąc płytkie oddechy.

- Facet nie miał żadnych skrupułów, rozpruł się jak tylko zaproponowano mu status świadka koronnego - Szczerbiński zaczął nerwowo przestępować z nogi na nogę. - Jak kończył, przypomniał sobie, że jakiś czas temu Lange przypadkiem odkrył, że ktoś macza palce przy jego przelewach.

- Wielkie mi halo, CBŚ już mu postawiło zarzuty i wydało nakaz aresztowania…

- Odkryli, kto za tym stoi i zgarnęli go prosto z sądu, grożąc że dobiorą się do jego rodziny, jeśli nie wyjdzie z nimi dobrowolnie z budynku - wszedł jej w słowo.

Joanna zamilkła i zamarła.

Boże, czy to było możliwe? Wreszcie?

- Langer miał dobrze znać tego człowieka, mieć z nim wcześniej jakiś lekki zatarg. Przetrzymywali go przez jakiś czas w jakieś chałupie gdzieś pod Pruszkowem. Do czasu, gdy CBS nie urządziło nalotu na posiadłość.

Komisarz przerwał i wziął głęboki oddech.

- Langer zdołał uciec w ostatniej chwili. Razem z nim zbiegło dwóch jego pomocników i jedna z księgowych.

- A co z… - zaczęła Joanna, przypominając sobie o tym, że jej organizm potrzebuje tlenu.

- Nasz podejrzany pokazał nam nagranie sprzed ucieczki jego szefa. Na nagraniu jest egzekucja.

Chyłka odniosła wrażenie, jakby podłoga spod jej nóg zaczęła się nagle osuwać.

- Mężczyzna, który został stracony, to Kordian. On nie żyje.